Burkini, Nigella a sprawa polska …

27 kwietnia 2011

… czyli o czym czytałam podczas minionych dni świątecznych.


Prologiem niech będzie artykuł „Światowa moda pod hidżabem” z czasopisma As-Salam, który znalazłam przeglądając na dworcu potencjalne lektury do pociągu. W tym to artykule burkini jest tylko jednym z elementów kobiecego ubioru w szczególności, a fenomenu mody w krajach muzułmańskich w ogólności. Słowem wyjaśnienia, burkini to strój kąpielowy dla muzułmanek zakrywający całe ciało. Moda dla muzułmanek nie samym burkini jednak stoi,
a zainteresowanych odsyłam i do artykułu, i do ubiorów zaprojektowanych przez Walida Atallaha i Elie Saaba.


W części pierwszej zajrzyjmy na stronę „The Telegraph”, gdzie pojawiła się notatka o popularnej prezenterce programu kulinarnego, Nigelli Lawson, w rzeczonym burkini. Dlaczego, Nigello, dlaczego??? – docieka gazeta. Oficjalnie – bo burkini chroni ciało przed oparzeniem słonecznym, mniej oficjalnie – bo media zjadłyby Nigellę, gdyby ta pokazała się zwyczajowym dla tej części świata kostiumie kąpielowym odkrywając nabyte w kuchni wdzięki. Wystarczy spojrzeć jaką sensacją dzień wcześniej było ubranie przez Serenę Williams bikini. No i co to za tytuł dla notatki: „Burkini Nigelli Lawson: czy możesz ją winić?” – jakby co najmniej popełniła poważne przestępstwo (o, gdyby zdefraudowała jakiś trudno dostępny artykuł spożywczy, albo sterroryzowała mieszkańców Brytanii zabraniając „English breakfast”), ale co to za skandal, że ubrała strój do pływania zakrywający całe ciało??? Autorka sugeruje również, że toto nie może być wygodne do pływania – a kompletny strój do nurkowania to niby jest? Bo też na wygodny nie wygląda, a na tej podstawie w końcu wyciągamy wnioski. To chyba kwestia wykonania
i jakości materiału, a nie mniej lub bardziej „wygodnego wyglądu”.


Część druga – to w sumie kontynuacja części pierwszej, bo niedaleko pada artykulik w prasie polskiej od artykuliku zagranicznego. „Nowy krzyk mody – burkini”: tu pojawiają się ciekawe argumenty przeciw burkini: no bo niehigieniczne. Niestety nie wiadomo, co świadczy o niehigieniczności. Ale myślę sobie o wizycie na basenie, z której uciekłam, bo osobnik kąpiący się w ogólnie dostępnym basenie miał jakieś paskudztwo na plecach, w rodzaju rozdrapanych ran – ale kąpał się swobodnie nieupomniany przez nikogo. Nie wspominając o grzybicy stóp, która swobodnie sobie człapie po basenach i kąpieliskach, bo kontroli stóp też jeszcze nie napotkałam na swojej pływackiej drodze (może po prostu niewiele widziałam? I nie mówcie, że sprawę rozwiązują te baseniki z płynem odkażającym przy wejściu na basen – w nim na pewno kąpią się wszystkie grzybicze bakterie – widział kto, jak często ten płyn jest wymieniany?). Innym argumentem jest to, że kobieta w burkini może wystraszyć dzieci. Jak nie wiadomo, co powiedzieć, to wywołajmy dobro dziecka, w końcu na dzieckach zależy nam wszystkim, czyż nie? Bo – jak powyżej – płetwonurek w pełnym rynsztunku budzi wyłącznie przyjazne odczucia, a kobieta w burkini wywołuje strach i koszmary nocne. Jak rodzic dziecięciu wytłumaczy, że nie wszyscy ludzie są tacy sami, a inni – nawet jak inaczej ubrani niż my – to też dobrzy ludzie, to burkini przestanie zagrażać młodemu pokoleniu. No i może takie burkini będzie rozwiązaniem dla osób, które mają tak wrażliwą skórę, że każda kąpiel
w morzu czy jeziorze jest okupiona poparzeniem?


Epilog moich lektur – na uspokojenie emocji – to artykuł z najnowszego dodatku do „Polityki” pt. „Sztuka życia” (jak ktoś szuka po okładce, to patrzy na nas z niej Wojciech Waglewski, ale dalej nie o nim) – owa sprawa polska z tytułu. Krótki bo krótki, ale za to ciekawy artykuł o Barbarze Hoff, misjonarce mody niosącej kaganek stylu w czasach PRL-u i późniejszych. Warto przeczytać. Streszczać nie zamierzam, bo po co zabierać autorowi smaczki.


Poza oglądaniem ubiorów i stylizacji lubię sobie czasem popatrzeć na modę i stroje przez pryzmat literek. Lubię czytać, cóż robić…


Wyczytane w: