Zarządzanie szafą

12 lipca 2011


Lecąc na łeb na szyję w generalizacje pozwolę sobie stwierdzić, że coraz trudniej znaleźć obszary, których Amerykanie jeszcze nie zbadali czy też dziedzinę, którą można „zarządzać”, najlepiej efektywnie. Tym razem padło na nasze szafy i garderoby.

Angielski termin „wardrobe management” budzi na wstępie uśmiech (przynajmniej u mnie), bo tu już nie chodzi o proste porządki co jakiś czas, ale właśnie o „zarządzanie”. Czy dzięki temu przeglądanie szafy i pozbywanie się zbędnych ubrań nie zyskuje od razu na znaczeniu?

W myśl artykułu, który ostatnio czytałam, zarządzanie szafą/garderobą odnosi się do pozbywania się ubrań, które już na nas nie pasują. Ale zanim dojdzie do etapu pozbywania się czegokolwiek, najpierw należy coś nabyć. I już w tym stadium pojawia się pierwszy problem: zdaniem autorek kobiety w przymierzalni winią siebie za to, że ubrania na nie nie pasują. Od razu pomyślałam o mierzeniu spodni, które są za małe i pierwszej myśli „jestem za gruba” – a czemu nie: „kto to szył??? Jak to wygląda??? i racjonalnym kroku udania się po inną parę skoro akurat wybrana nie pasuje. Łatwo napisać, trudniej zrobić.

Dalej, zakładając, że jednak uda nam się coś kupić bez poczucia winy, kiedyś jednak może tak się zdarzyć, że rzecz przestanie na nas pasować. I co? Racjonalnie byłoby wyrzucić/oddać komuś/odsprzedać. Jednak odpowiedzi uzyskane od ankietowanych kobiet pokazują, że racjonalizm jest ździebko przereklamowany. Obraz powodów, dla których zatrzymują niepasujące rzeczy rysuje się następująco:

Powód pierwszy: tzw. zarządzanie wagą, czyli: „Myślę, że uda mi się schudnąć i jeszcze kiedyś to założę”.

Kobiety zatrzymują za małe lub za duże rzeczy jako wskazówki: do tego rozmiaru chcę/ nie chcę wrócić. Na przykład, zatrzymują za duże rzeczy „ku pamięci”, że do takiego stanu nie chcą już wrócić lub też jako dowód zwycięstwa nad własnym ciałem. Niektóre mają rzeczy-próbniki, jak stare spodnie, które choć niekoniecznie chcą założyć na spotkanie z innymi przedstawicielami naszego gatunku, to służą one jako miarka idealnego rozmiaru – jeśli pas zaczyna uciskać znaczy wracamy do surówek. Naukowy głos w dyskusji zwraca jednak uwagę, że zatrzymywane w szafie niepasujące na nas ubrania niemalże krzyczą do nas zaraz po otwarciu drzwi: „schudnij!” albo „uważaj na to, co jesz!”, a to z kolei na dzień dobry wpływa na nasz nastrój. Czy trzeba pisać, że niekoniecznie na lepsze?

Powód drugi: wartość inwestycyjna, czyli „Dużo za to zapłaciłam”

Leżą sobie w szafie rzeczy, które sporo kosztowały. Trudno przyznać się do pomyłki, pojawia się poczucie winy pod hasłem „tyle za to zapłaciłam i w tym nie chodzę”, bo np. już za małe, albo nie pasowało od początku, ale kupiłam, bo kiedyś do Tej Rzeczy schudnę.

Innym ciekawym spostrzeżeniem były informacje od kobiet, które kupiły komplet, np. spodnie z żakietem, i tylko jedno z nich pasuje, więc zatrzymują drugą połowę – ponownie licząc, że do tej za małej schudną. Respondentki usiłowały zestawić pasującą część z innymi rzeczami, ale jakoś bez sukcesu.

Jako że na drogie rzeczy mnie nie stać, problem ten w moim życiu nie istnieje. Jeden mniej z głowy. Chociaż jeden ;)

Powód trzeci: wartość sentymentalna, czyli „Przypomina mi o dobrych chwilach”

Ta bluzka pamięta zaręczyny, miesiąc miodowy, pierwszą randkę albo to prezent od mamy na święta (tu ukłon w stronę pamiętnego sweterka z reniferem, który otrzymał pan Darcy w pierwszej części Bridget Jones). Czasami mogą to też być równocześnie drogie rzeczy, więc jednoczą w sobie dwa powody, dla których nie chce się ich uwolnić z szafy.

Jak dotąd raz udało mi się przekazać w dobre ręce Rzecz Sentymentalną – ile kosztowało mnie to przemyśleń i wyboru rzeczonych dobrych rąk to aż sama się sobie dziwię. W końcu pewnego dnia wstałam z myślą „oddaję” – a „wybranka” wygląda w Rzeczy lepiej niż ja … ;)

Powód czwarty: obiekt estetyczny, czyli „To po prostu piękna rzecz”

Może nie pasuje, może pasuje i ubrałam raz, a może dopiero premiera przede mną? Nieważne. Ważne, że z przyjemnością wyciągam z szafy i patrzę na piękną rzecz. Przykład: absurdalnie niewygodne żółte sandałki z zamszu na wysokim obcasie. Już samo przejście przez pokój grozi kalectwem, nie mówiąc o tym, że każdy kontakt butów ze światem spoza pudełka powoduje natychmiastowe zabrudzenia zamszu. Po co w takim razie je kupiłam? Bo powiedziały do mnie „mamo” ;)

Czy powody zostały wyczerpane? Na pierwszy rzut oka zupełnie nieźle odrysowany obraz usprawiedliwień, ale czekam na komentarze. Może autorki się mylą?

Wyczytane w :Bye, E; McKinney, E. (2007) „Sizing up the Wardrobe – Why We Keep Clothes That Do Not Fit?”, w: Fashion Theory, Volume 11, Issue 4, s. 483-498.