Jak nie zostałam szafiarką

21 lipca 2011


Kilka dni temu po raz pierwszy wystąpiłam w roli okazu fotografowanego w czasie sesji zdjęciowej. Uświadomiło mi to kilka rzeczy, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę przeglądając blogi szafiarskie.

Przede wszystkim, zrobienie dobrego zdjęcia trwa. Owszem, kliknięcie pięć razy aparatem daje pięć zdjęć i trwa krótko, ale nie zawsze wszystkie muszą być od razu trafione, więc trzeba zrobić więcej. Dużo więcej. Dlaczego? Bo światło nie takie. Bo okaz fotografowany skierowany w stronę światła zamyka oczy i trzeba powtórzyć ujęcie. Bo okaz uparcie łzawi wystawiony w stronę promieni słonecznych. Bo kończyna (dowolna) wygięła się w sposób niepożądany/dziwaczny. Bo tło nie takie, albo nagle pojawia się na nim jakaś paskudna reklamówka. Bo zawieje i efekt zepsuty, albo nie zawieje jak zawiać ma i efektu brak. Bo trzeba zgrać kreację z tłem, żeby nie robić wiecznie zdjęć w tym samym otoczeniu. Bo przechodzący ludzie pytają, czy to zdjęcia na fejsbuka ;) I tak w nieskończoność.

Jeśli w ciągu jednego dnia chcemy mieć więcej niż jedną kreację na więcej niż jednym tle, żeby przygotować się „do przodu” cała operacja się wydłuża.

W efekcie przestało mnie dziwić zamieszczanie na blogach jakiejś obłędnej ilości ujęć jednego stroju plus zbliżenia dodatków, bo jak się człowiek tak narobi, to efektami pracy chce się pochwalić. Nie wpłynęło to jednak na moja tolerancję wobec ilości zdjęć – moje zainteresowanie opada w okolicy zdjęcia numer trzy, a przy piątce odczuwam przesyt. Ale może jak dam się przeczołgać na jeszcze kilku sesjach, to zmienię zdanie?

Ze względu na czas poświęcony na takie przygotowania rozumiem, że aktualizowanie szafiarskiego bloga częściej niż raz w tygodniu jest pewnym wyczynem, szczególnie, jeśli ta działalność nie jest źródłem dochodu – mam tu na myśli blogi, na których osoby pokazują samodzielnie skomponowane kreacje na sobie, a nie zdjęcia mody ulicznej, czy proponowane zestawienia ubrań, ale – że tak się wyrażę – bez ciał. No i jeszcze trzeba zgrać się w czasie z osobą, która zrobi nam zdjęcie, czyli czynnik zewnętrzny, na który nie mamy wpływu.

Nawet jeśli kilka miesięcy temu licho kusiło mnie, żeby wystawić się na widok publiczny, to teraz już wiem, że zrezygnowanie z prezentowania szafy było dobrym pomysłem. Wygospodarowanie czasu na dobre zdjęcia (aaa, zapomniałam, że zdjęcia trzeba jeszcze obrobić!) nie jest w tej chwili luksusem, na który mogę sobie pozwolić. Ale czasy się zmieniają, więc – kto wie? ;)

Zatem Panie Szafiarki, kapelusze z głów, że przez miesiące, a często przez lata, chce Wam się kontynuować swoje hobby. Dziękuję za inspiracje!

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=fidrygauka fidrygauka

    Tak, to fakt – wszelkie blogi z dużą liczbą zdjęć, a szczególnie zdjęć własnego autorstwa zajmują bardzo dużo czasu. Ale jak ktoś ma pasję tworzenia, to mu to nie straszne. Także może jeszcze faktycznie zmienisz zdanie, szczególnie że czerpiesz inspirację z takich ciekawych źródeł? Mnie w ‚profesji’ szafiarki najbardziej przerażałoby szperactwo – dla mnie nie do przejścia :)

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    Mnie akurat samo szperactwo (nawiasem mówiąc: fajne słowo ;)) nie przeraża jako takie, ale czas, jaki czasem trzeba poświęcić na poszukiwania. Co do ilości zdjęć, to może uściślę, że właściwie nie chodzi o ilość, ale o to, co na nich jest pokazane – jeśli dużo i ciekawe, to jest ok, jeśli dużo i perspektywa niewiele się zmienia, to mnie nuży. Ale może zmienię zdanie ;) Dziękuję za komplement :)