O „dernier cri” w modzie kobiecej i nie tylko

2 sierpnia 2011

Tak mi się podoba, że nie wiem, jak zacząć ;) Połknęłam w całości i z zadowoleniem, a teraz poluję na własny egzemplarz.

To może zacznę od ładnych wyrażeń?

W Polsce w roku 1926 „dernier cri” było połączenie koloru błękitnego z różowym, które to zestawienie zaprezentowała na scenie Mieczysława Ćwiklińska. Takie zestawienie barw zwano wówczas „girofle-girofla”.

Niestety, nie ma kolorowych zdjęć z tego okresu w książce, żeby móc zobaczyć jak to niegdyś bywało, gdy ostatnim krzykiem mody (dernier cri właśnie) było zestawienie kolorów niemowlęcych. Dobra to nazwa na modowego bloga – i naturalnie już wykorzystana.
Ciekawe, czy końcowe „girofle-girofla” wzięło swoją nazwę od imion dwóch sióstr bliźniaczek, które są tytułowymi bohaterkami opery z 1874 roku „Girofle-Girofla”? Brzmi prawdopodobnie, ale to moja prywatne pogooglowa hipoteza.

W rozdziale o modzie po 1947 roku znajduję … ech, to sformułowanie Magdaleny Samozwaniec powinno wejść do współczesnej polszczyzny ;) W kontekście pończoch czytamy:

Pończochy w omawianych latach nosi się w różnych kolorach: od zupełnie jasnych, przezroczystych, poprzez różnego rodzaju palone, mysie itd. – aż do zupełnie czarnych lub w różnych jaskrawych kolorach. Pończochy, będące bardzo ważnym elementem stroju, traktowane są rozmaicie w poszczególnych okresach mody: albo podkreślają budowę anatomiczną i wówczas mają kolory podobne do skóry ludzkiej, albo stanowią akcent kolorystyczny współdziałający z kolorem ubioru i tworzący barwną abstrakcyjną plamę, jakby odcieleśniającą nogi. Ponieważ kolorowa i czarna pończocha łączy się ze wspomnieniami z okresu kankana i ówczesnej atmosfery towarzyskiej, a później z modą secesyjną, kiedy ukazanie stopy w białej lub czarnej haftowanej, ażurowej pończoszce było shockingiem towarzyskim, i – jak pisze M. Samozwaniec – powodem do wykluczenia z towarzyskiego grona, obecne starsze pokolenie przyjęło modę kolorowych pończoch z dużym zastrzeżenim.

No ale przyjęło :) I co Wy na ten „shocking towarzyski”? Mnie zachwyca. Plus odcieleśniona noga i jestem w językowym błogostanie ;)

Poza przyjemnym dla oka i ucha językiem użytym w książce dodatkową atrakcję stanowią mini-wykroje krawieckie strojów z epok – i przyznaję, że zaczynam się zastanawiać jak skutecznie powiększyć wykrój jednej z sukienek z rozmiaru 4 cm x 10 cm na pełnowymiarową babę ;) Na końcu książki są pięknie wyrysowane zmiany strojów i sylwetki od 1900 roku do 1949 – i to rok po roku z uwzględnieniem np. kreacji zimowej, sukni domowej kostiumu wiosennego i jesiennego. Kapelusze z głów dla kunsztu rysowniczki, Marii Jaroszyńskiej.

Patrząc na tę modę kobiecą XX wieku – choć niepełnego, bo publikacja jest z 1964 roku – to zaskakujące jak wiele rzeczy w modzie powraca, niechybnie prowadząc do myśli „wszystko już było”.

Źródło: http://www.empik.com/moda-kobieca-xx-wieku-dziekonska-kozlowska-alina,2839456,ksiazka-p

W 2007 roku wydawnictwo Arkady zdecydowało się na reprint „Mody kobiecej XX wieku” i chwała mu za to. Wcale nie tak łatwo jest znaleźć książkę, która będzie odpowiednio szczegółowa, z zarysowanym tlem historycznym i bogatymi ilustracjami – i do tego wszystkiego nie będzie nudna. Reprint zdaje się rozszedł się dosyć szybko, ale w sieci nic nie ginie – poszukacie, to znajdziecie. Dobra inwestycja plus książka do której chce się wracać.

Wyczytane: Dziekońska-Kozłowska, A. (1964) Moda kobieca XX wieku, Arkady, Warszawa.