Teksas-land

30 listopada 2011

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Ale poznacie. Przeczytałam właśnie książkę pod tytułem „Teksas-land. Moda młodzieżowa w PRL” i myślę, że to jedna z polskich publikacji na temat mody i ubioru, którą warto byłoby przetłumaczyć na języki obce i jako lekturę obowiązkową zadać kwękającym młodym osobom, które chcą „robić w modzie” i mówią, że to trudne. Trudno, to proszę Państwa było, jak nie było z czego szyć, gdy ubrania farbowało się w domu na upragniony kolor czarny, a czarne buty były czarne dzięki wysmarowaniu ich czarną pastą.


Książka jest przykładem połączenia bardzo dobrej znajomości tematu, pasji i umiejętności przekazania posiadanej wiedzy żywym językiem. Rzeczy ciekawych, a niekoniecznie powszechnie znanych mnóstwo, aż trudno było mi wybrać coś do wpisu.


W poniższym fragmencie możecie zobaczyć kostium Haliny Frąckowiak zaprojektowany dla niej przez Barbarę Hoff. To był schyłek lat sześćdziesiątych i kreacja w oczach organizatorów została uznana za oburzającą – wszak pokazywała talię i nogi! Kamerzyści mogli filmować ją tylko z daleka, ale takie ujęcie paradoksalnie pokazywało więcej niż chcieli organizatorzy, ponieważ w ten sposób widzowie mogli zobaczyć całość kostiumu. Gdyby na ujęciu znalazła się tylko twarz piosenkarki, polscy widzowie nie mieliby pojęcia jak wyglądał ów szokujący strój. Cały strój był wykuty z blachy i musiał być tak wykończony, żeby jego brzegi nie raniły ciała piosenkarki.



Źródło: http://www.youtube.com/watch?v=Bmf_OpraDE0


Inną ciekawą kwestią było odkrycie przez Janusza Sobolewskiego (fotografa) jak to się stało, że na zdjęciach z amerykańskiego wydania „Vogue” nie ma cienia modelki. Najpierw podejrzewał, że to retusz, następnie zaczął eksperymentować:


(…) z kolegą elektrykiem obwiesiliśmy cały sufit pracowni żarówkami opalowymi. Było ich chyba 64. Gorąco było potwornie, no ale trzeba dla artystycznego efektu cierpieć. Niestety, w efekcie było tych cieni tyle co żarówek, czyli 64. Innym razem zabandażowałem lampę fleszową. Wtedy te cienie były jakby troszeczkę mniejsze. Analizowałem, próbowałem kilkakrotnie… aż pewnego razu zobaczyłem w „Vogue” zdjęcie modelki. A właściwie tylko części jej twarzy, ponieważ była to reklama nowego makijażu. W jej oku odbijał się parasol. No więc wziąłem zwykły parasol, pomalowałem go bielą cynkową. Robiąc zdjęcie, strzeliłem światłem flesza do środka parasola. No i zobaczyłem, że jest mniej cienia. Coś w tym było.


I na koniec informacja z okresu Beatles’ów: sprzedawano gumy do żucia „Beatles-Gum” mające oddawać smak przeżyć związanych z ich muzyką. Tak było :)


Jak szukacie dla siebie prezentu, polecam!


P.S. A tytułowy Teksas-land? Jak przeczytacie książkę, to się dowiecie.


Wyczytane: Pelka, A. (2007) „Teksas-land. Moda młodzieżowa w PRL”, Wydawnictwo Trio, Warszawa