Czyj jest ten wzorek?

14 grudnia 2011

Z racji pomysłu na bloga o modzie, który ignoruje wypatrywanie najnowszych trendów, nie spopieliłam się ostatnio ze wstydu czytając notkę o popularności wzorów indiańskich w odzieży na najbliższe sezony. Notka była z lipca, jako żywo mamy grudzień, więc taka nieświeża informacja nie powinna w ogóle się tu znaleźć – ale blog nie jest o trendach, więc honor uratowany, możemy spokojnie grzebać w temacie.

Ale po kolei. Czy znacie firmę Pendleton? Ja do kilku dni wstecz nie miałam o niej zielonego pojęcia. Ta firma tworzy bardzo popularne dodatki do domu, a ostatnimi czasy i ubrania nawiązujące do wzorów zaczerpniętych z kultury indian Nawaho. Początkowo głównym odbiorcą koców byli faktycznie Indianie i to z myślą o nich powstały pierwsze koce, jednak Pendleton i kilka innych firm działających w początkach XX wieku szybko zaczęły kierować swoją ofertę do nie-indiańskiej klienteli reklamując koce jako autentyczny wyrób rdzennej ludności Ameryki.

Źródło:http://www.collectorsweekly.com/articles/why-the-native-fashion-trend-is-pissing-off-real-native-americans/  

Autorka bloga The Vintage Traveller pisze o tej sytuacji jako o kulturowym zawłaszczeniu. Jego mechanizm polega na przejęciu przez jedną grupę kulturową charakterystycznych cech innej grupy kulturowej. Może to dotyczyć muzyki, sztuki, jedzenia czy właśnie elementów ubioru. W kulturowe zawłaszczenie wpisane jest również to, że strona zawłaszczająca najcześciej nie ma pojęcia o znaczeniu przejmowanego elementu, o kontekście, w jakim dany element jest używany w swojej pierwotnej grupie. Przywołanym przykładem jest indiański pióropusz, którym bawi się dziecko. Nie ma ono pojęcia (podobnie zresztą jak jego rodzic), że pióropusz może być przedmiotem religijnym w innej grupie kulturowej, a jego zabawa z wykorzystaniem pióropusza może ranić w jakiś sposób uczucia religijne osób z tej odmiennej grupy. Ten przykład akurat jest dosyć skrajny, a w historii ubioru do „inspiracji” pochodzących z kultur nieeuropejskich już dochodziło – by przypomnieć tylko orientalną kolekcję Poireta czy rosyjskie inspiracji u YSL. Nie jest możliwe w dzisiejszych czasach robienie „czystych” kolekcji. Na czym więc polega problem z inspiracjami indiańskimi?

Przede wszystkim na subiektywnym poczuciu niektórych z nich, że nie dość, że biali ludzie odebrali im ziemię i skutecznie przyczynili się do upadku ich kultury, to jeszcze zarabiają na „ich” wzorach. Myślę, że można zrozumieć rozgorycznie przedstawicieli plemion indiańskich zważywszy na ceny produktów oferowanych przez Pendleton’a – większość Indian po prostu na nie nie stać. Wobec tych uczuć drugorzędna staje się kwestia, ile we wzorach plemienia Nawaho jest domieszek hiszpańskich, francuskich czy meksykańskich.

Źródło: http://www.collectorsweekly.com/articles/why-the-native-fashion-trend-is-pissing-off-real-native-americans/ 

Druga sprawa to kwestia opisywania produktów jako „rdzennych” (native) czy „inspirowanych rdzenną kulturą” (native-inspired), które niekoniecznie są wyrobem oryginalnym, przez osoby, które nie są Indianami. Jest to sytuacja przypominająca hollywodzkie filmy z lat 30-tych i 40-tych, w których role Indian grali biali aktorzy z pomalowanymi na czerwono twarzami. Interesy Indian reprezentują nie-Indianie, co tych pierwszych znacząco irytuje.

Dalej, współpraca Pendletona z firmami takimi jak Levi’s czy Vans powoli zmienia pozycjonowanie produktu niegdyś reklamowanego jako produkt „Indian Nawaho”, a teraz coraz bardziej jako „produkt rdzennej ludności Ameryki” w ogóle, ale niekoniecznie chodzi tutaj o Indian, to jest po prostu swoiste dobro wszystkich mieszkańców Ameryki. Z drugiej strony taka współpraca dla Pendletona jest kwestią przetrwania firmy w ogóle: jeśli chce dalej istnieć, musi otworzyć się na młodych ludzi, którzy wygenerują jej dochód.

Źródło: http://thevintagetraveler.wordpress.com/2011/08/07/some-thoughts-on-cultural-appropriation/

Kto ma rację?

Z jednej strony żal Indian Nawaho musi być ogromny: czują się, jakby ktoś powiedział im prosto w twarz „zaprojektowaliśmy te super ciuchy korzystając z waszej kultury, ale nawet was na nie nie stać”. Z drugiej strony, nie da się zawrócić przysłowiowym kijem Wisły. Jedyne, co przedstawiciele mniejszości indiańskiej mogą zrobić, to twardo obstawać przy tym, żeby metkę „Nawaho” otrzymywały tylko te produkty, które faktycznie pochodzą z ich kultury, to prawo gwarantuje im ustawa z 1990 roku. Nie wierzę jednak, żeby udało im się doprowadzić do wyegzekwowania z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy.

Uważam, że to szczególna sprawa, ze względu na historię Ameryki Północnej, nie przychodzi mi też do głowy żaden inny przypadek analogiczny do tego. Jest to jednak ciekawy głos w dyskusji o tzw. inspiracje projektantów. Myślę, że gdyby nagle w jakimś obcym kraju ktoś zaczął zbijać fortunę na sprzedaży – strzelam – koszulek z wizerunkiem Lecha Wałęsy, też niektórzy Polacy mieliby o to żal.

Pozostaje nadzieja, że osoby kupujące produkty Pendletona przy okazji dowiedzą się conieco o kulturze Indian Nawaho. A jak skorzystają na tym sami Indianie? Może gdyby nie działalność Pendletona kwestia historii plemion indiańskich zostałaby o jeden raz za mało poruszona, a dzięki dyskusji w internecie kilka osób doinformuje się w tej kwestii? To też nie jest zupełnie bez znaczenia.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tej sprawie, dobry artykuł znajduje się tu.

Najpierw jednak warto sięgnąć po historię koców indiańskich tu.