O ocenianiu stylizacji

15 stycznia 2012

W części kolorowych czasopism, na portalach „z życia gwiazd” czy na niektórych blogach pojawiają się różnej maści panie i panowie „autorytety” do spraw mody i ubioru. Komentują ubrania gości na imprezach czy osób mniej lub bardziej znanych w różnych sytuacjach. Dają plusy, minusy, punkty, toną w zachwytach lub grzmią z potępieniem „jak można tak…!”.
I o ile komplementów miło się słucha, tak słów krytykujących wybrany przez Osobistość strój niekoniecznie. Osobistości czasem się nie przejmują, a czasem i owszem – i trudno się dziwić, bo nie każdy jest z betonu i uwagi „eksperckie” potrafią być dotkliwe.

logo-fb (1)

Podobno Osobistość-Występująca-W-Mediach winna znać reguły szołbizu i wiedzieć, że od tej pory założona kieca, dobrana torebka czy krawat są potencjalnymi tematami różnych mediów, a raczej konkretnych osób, które oceniają wybrany ubiór (bo to nie „media” piszą, ale konkretne osoby, czasem znane z imienia i nazwiska, czasem anonimowo).

 

Podobno również „każdy ma prawo do własnej opinii”, do powiedzienia, że to jest cacy, a to be. Za takim stwierdzeniem można schować wiele opinii krytykujących drugą osobę – w końcu mamy wolność wypowiedzi, czy jakoś tak. No i na korzyść krytykującego przemawia to, że jest „autorytetem” w tych sprawach (w sprawach ubioru i mody, słowem uściślenia), więc może powiedzieć więcej, bo „zna się”.

 

Co mnie jednak zastanawia w ocenianiu stylizacji tzw. osób znanych (mniejsza z tym z czego) przez tzw. autorytety są dwie sprawy: po pierwsze, co sprawia, że autorytet jest autorytetem, a po drugie, dlaczego opinia autorytetu w sprawie stylizacji konkretnej osoby jest czasem kontrowersyjna.

 

Sprawa pierwsza: „autorytet w sprawie mody” czyli kto? Bo ja za bardzo nie wiem – patrząc na polskie realia. Owszem, mam swoje typy, ale żadna z tych osób nie zajmuje się ocenianiem stylizacji. A jeśli chodzi o osobę, którą uważałabym za niepodważalny autorytet w kwestii tego, jak „należy” się ubierać w zależności od wieku i figury, to zasadniczo ciemność widzę ;)

 

Dlaczego? Bo to, czy ktoś dobrze wygląda w ocenie kogoś innego to jest skrajnie subiektywna opinia – i pod tym względem moja własna ocena jest dla mnie równoważna ocenie „autorytetu”. Może to komuś wydaje się zarozumialstwem, ale dla mnie to kwestia zaufania do własnego wyboru. A może po prostu jestem za stara, żeby słuchać autorytetów z bezkrytycznym oddaniem?

 

A co ze sprawą drugą? Wspomniana wyżej kontrowersyjność w drugim rzędzie oznacza dla mnie to, że autorytet publicznie wypowiada się, co ktoś powinien lub nie powinien ubierać, bo ciało, bo wiek, bo coś tam. Chodzi mi w pierwszym rzędzie o to, że taka opinia ad personam w ogóle się pojawia.

 

Bo tak sobie myślę, jak stereotypowe baby spotkają się na plotki i omówią – ich zdaniem – nieudaną kreację koleżanki z imprezy sylwestrowej, to się to nazywa obgadywaniem: „w jej wieku taka mini? taki kolor? i dekolt? że ziemia nie zadrżała, ja to bym nigdy czegoś takiego nie ubrała…”. Mniej to lub bardziej złośliwe czy trafne – po prostu rzecz gustu. Nie podają jednak swojej opinii do publicznej wiadomości jako „najprawdziwszej prawdy”.

 

Ale jak autorytet w sprawach stylizacji zagrzmi, to przecież może, bo się zna, a osoba wzięta pod lupę najwyraźniej się nie zna i popełnia błąd, który się jej wytyka. Ale czy osoba samym swoim wystąpieniem przed aparatami na jakiejś imprezie faktycznie prosi o taką opinię? Wydaje mi się, że nie, więc po co takie nieproszone opinie? Jeśli autorytet uważa, że „czegoś takiego” by nigdy nie włożyl, to niech nie wkłada, prosta sprawa, ale dlaczego mówi innym, co mają robić ze swoim strojem, skoro oni o tę opinię nie proszą? Żeby pokazać, że wie lepiej? Lepiej, czyli jak? I wracamy do poprzedniego punktu.

 

Myślę, że owa „wolność słowa” jest czasem opacznie rozumiana, że można powiedzieć niemal wszystko każdemu pod sztandarem prawa do własnej opinii. Tylko, że części z tych obrońców słowa umyka fakt, że wygłoszenie danego własnego zdania może komuś się nie spodobać. Bo poza wolnością słowa jest jeszcze (a może przede wszystkim) odpowiedzialność za słowo – i jeśli o kimś wyrażę się niepochlebnie (co wcale nie znaczy, że niekulturalnie), to mogę zostać pociągnięty do odpowiedzialności za swoje słowo. Nie do końca mamy bowiem wpływ na to, jak nasza ocena zostanie przez osobę ocenianą zinterpretowana – to, co jednej stronie wydaje się wyważoną opinią, druga strona potraktuje jako raniące jej/jego uczucia. Tylko tyle i aż tyle.

 

Po prostu zastanawiam się, jak daleko pada czynność oceniania ubioru (i całokształtu) wyglądu osób, które o to nie proszą, od kultury osobistej. Po prostu wydaje mi się to ważne.

 

I wiem, że media, że klikalność, że reklamy…

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=rebecca.fierce rebecca.fierce

    Są różne rodzaje krytyki. A wyrocznie, które oceniają stylizacje gwiazd/celebrytów zazwyczaj jadą tym najpodlejszym rodzajem – mam wrażenie, że bardziej niż o ocenę, chodzi o to żeby popisać się źle rozumianą elokwencją, wylansować siebie, i osiągnąć dziką satysfakcję wynikającą ze zmieszania kogoś z błotem. I nikt nikomu krzywdy nie robi, bo wolność słowa, a osoba publiczna wie, na co się decyduje, będąc osobą publiczną. Tym bardziej mnie to śmieszy, że żaden aspirujący autorytet w sprawie mody nie skrytykuje Donatelli Versace, bo przecież ta pani jest autorytetem, gwiazdą o statusie nieomylnej. Ale po jakichś aktorkach śmiało już można jechać.
    Ostatnio głośno rozszumiały się wyrocznie w sprawie wpadek na Złotych Globach. Przejrzałam te karygodne stylizacje i połowa z nich wcale mnie nie zgorszyła. Cóż, wysublimowany gust trzeba wypracować. Że oku się podoba, to jeszcze nie wszystko.