Ach te metamorfozy…

26 stycznia 2012

Zupełnie niedawno wysłuchałam wystąpienia pewnej referentki potępiającej program, w którym dwie znane stylistki przeprowadzają metamorfozy uczestniczek. Zarzuty były ciężkie: promowanie jedynie obowiązującego kanonu kobiecości (czyli podkreślanie kobiecych drugorzędnych cech płciowych celem zadowolenia oka samca), narzucanie uczestniczkom nowej tożsamości pod hasłem „Ty jeszcze nie wiesz, jaka jest ‚nowa Ty’, no to ja Ci powiem” oraz uwaga pani referentki na temat tego, że tylko jedna uczestniczka całej edycji (a chodziło o edycję polską) „odważyła się” powiedzieć przed kamerami, że wersja „po” jej się nie podoba.


Przyznam, że trochę zdębiałam, bo program znam i od czasu do czasu z przyjemnością oglądam. I jakkolwiek rozumiem, że nie każdemu program może się podobać (bo nie ma takiego przymusu), to postawa owej pani mnie zdumiała ze względu na ton wypowiedzi, ton, który mówi „tak jest”. Żadnej refleksji pod hasłem „w mojej ocenie” czy „na podstawie własnych obserwacji” (bo to była metoda zastosowana do oceny programu), tylko stanowcza postawa „prawda jest po mojej stronie”. Jako, że lubię się dowiedzieć, „a dlaczego?” ktoś myśli tak, a nie inaczej, postanowiłam uaktywnić swój kanal werbalny.


Zupełnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że program promuje „jedyny i obowiązujący” kanon kobiecej sylwetki i sposób podkreślania jej atutów, i nie ma innych opcji, więc albo pokazujesz biust i talię, albo przepadnij – choć owszem, stylistki mają dosyć sprecyzowany sposób pracy nad figurą i czasem wydaje mi się, że mieszając zdjęcia z różnych metamorfoz propozycje tychże pań można rozpoznać bez problemu.


Czy „nowa ja” służy zadowoleniu oczu płci męskiej? Niektóre uczestniczki rzeczywiście podawały taki argument, że zrobiły to dla swojego mężczyzny. Ale z kolei inna grupa zrobiła to dla siebie, jako krok ku pewnej zmianie w życiu, początku zmian czy może jako efekt ich spektakularnego podsumowania. Sprowadzanie idei programu do produkowania seksownych kociaków uważam za dosyć jednostronne podejście.


W sprawie narzucania nowej tożsamości – też nie przypominam sobie szczególnego wmawiania uczestniczce, że ma podporządkować się nowej tożsamości narzuconej przez stylistki. Owszem, pod kątem tego, w czym pani będzie lepiej wyglądać po metmorfozie, zdarzały się naciski – ale w końcu po to się kobieta zgłasza do programu, żeby wyglądać inaczej, a nie tak samo jak wcześniej, więc zarzut jest w ogóle nieuprawniony.


Jednak najbardziej kuriozalną uwagą była ta o odwadze jednej z uczestniczek, czego wyrazem było okazanie niezadowolenia z metamorfozy. Na moje pytanie skierowane do referentki, skąd podejrzenie, że inne panie też nieszczególnie były zadowolone, ale przez usta im to nie przeszło, referentka odrzekła, że wyczytała to z ich mimiki (sic!). Utrzymałam powagę, choć w tej chwili miałam ochotę udusić wszystkich autorów i autorki poradników dotyczące prostej (a często prostackiej) interpretacji komunikacji niewerbalnej. No więc: mimika. Poddałam zatem pod dyskusję myśl, że być może nie do końca euforyczny wyraz twarzy był wyrazem np. zaskoczenia – bo właśnie uczestniczka zobaczyła siebie w zupełnie nowej odsłonie, stresu – bo zmiany, nawet najradośniejsze – też są źródłem napięcia, a poza tym przemiana (często skrajna), która dokonuje się w ciągu kilku godzin musi budzić skrajne emocje plus występ na wybiegu i te wszystkie kamery… to też niekoniecznie sprzyja naturalnemu uśmiechowi i rozluźnionemu głosowi. No ale referentka skupiła się jedynie na interpretacji braku odwagi. Ona po prostu WIEDZIAŁA.


Zupełnie umknęły jej dwie – moim zdaniem – dosyć istotne aspekty.


Po pierwsze, program – choć w szczątkowej formie – zwraca uwagę na takie problemy jak depresja, aborcja, koślawe ciało po operacji, chęć bycia atrakcyjną po urodzeniu dziecka czy po przekroczeniu wieku, w którym otoczenie najchętniej widziałoby kobietę jako opiekunkę wnusiów i koniec.


A po drugie – to jest program rozrywkowy, a nie żadne ideolo. Jak się komuś nie podoba – nie ogląda. Jak kogoś to cieszy, bo może coś podpatrzeć dla siebie ciekawego, bo zobaczy, że „taka kobieta jak ja” może dobrze wyglądać, to żadnej szkody na umyśle istotom myślącym program nie czyni. A jak umysł niemyślący? Cóż, wtedy nic nie pomoże.


Tak sobie rezonowałam, nieco podkpiwałam i pewnie w ogóle ten krytyczny sąd by mnie nie ruszył, gdyby nie – jak napisałam na początku – referentka nie wyszła z założenia, że zna prawdę i teraz nas oświeci, zbłąkane owieczki strzyżace swe futerko dla swoich baranków. Niestety, ja czarna owca jestem i zabeczałam. Nikt nie jest doskonały – ale na takie czarnoowiectwo jeszcze nie ma programu.

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=fidrygauka fidrygauka

    Tak, tacy wszystkowiedzący ‚specjaliści’ się czasami zdarzają.
    W Anglii natomiast przesadzają w drugę stronę z tymi ich ‚I suppose that – correct me if I’m wrong – it might be slightly …’ czyli łagodzenie na maxa. Czasami to aż trudno dojść do sedna wypowiedzi :)
    A swoją drogą to bardzo lubię takie programy.

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    Masz rację, to zastrzeganie, aby nie urazić drugiej strony, też czasami przybiera kuriozalne formy. Ja akurat jestem po stronie sporej bezpośredniości kontaktów, dlatego formuła T&S dla mnie jest ok. A przede wszystkim podoba mi się przesłanie z gatunku „ty też jesteś piękna”, chociaż Twój rozmiar to 40+. Zastanawiam się też nad takim eksperymentem: czy osoby krytykujące taki program, jego założenia i formułę, zgodziłby się poddać profesjonalnej metamorfozie, pobyć 2-3 miesiące w ‚nowym’ wyglądzie i czy potem chciałyby wrócić do ‚starego’?

  • http://www.welldressedmind.blox.pl/ well-dressed_mind

    Ciuchy, makijaż, fryzury to jedno. Ale jest jeszcze bardzo ważny aspekt – psychoterapeutyczny. Tego typu programy robią dużo dobrego dla kobiet – pokazują im, że też mogą pięknie wyglądać, że mogą się podobać, tym samym wspaniale wpływając na samoocenę kobiet. A jak wiadomo, w pewnym wieku pewność siebie kobiet siada. Metryka, zmarszczki, dodatkowe kilogramy, praca, dom, dzieci, szkoła, obiad, rozwalony na kanapie mąż w kalesonach…To potrafi przybić, a nadmiar codziennych obowiązków skutecznie zniechęca do podejmowania jakichkolwiek starań. Przeczytałam kiedyś, że po 50-tce dzieje się coś dziwnego – nagle kobieta staje się dla otoczenia niewidzialna. Na ulicach większość pań jest młodsza, ładniejsza, bardziej zadbana… W pracy wiadomo, liczą się młode wilki i wilczyce. Mąż dawno stracił zainteresowanie żoną jako kobietą, a dorosłe już dzieci mają swoje życie i swoje problemy. Kobieta czuje się więc nieatrakcyjna i niepotrzebna. I każdy program, każda akcja, która pomoże im o siebie zadbać, a tym samym przywróci im wiarę w siebie (niestety, u kobiet te dwa aspekty są sprzężone) jest wg mnie pożądana. Problem spadku samooceny kobiet w średnim wieku i wynikających z tego konsekwencji jest dość poważnym, a rzadko komentowanym tematem. I nawet jeśli po programie „dwóch stylistek” kobieta nigdy nie założy dekoltu i szpilek, ale zmobilizuje się do tego, żeby zrzucić męża z kanapy lub powiedzieć dzieciom „same zróbcie sobie obiad, ja idę na kawę/masaż/spacer” to ja jestem ZA!