Projektantki/ci na targach mody w Poznaniu

29 lutego 2012

Byłam wczoraj na targach mody w Poznaniu. Niewielki to wysiłek jak się mieszka trzy ulice od targów. Przede wszystkim byłam zainteresowana wykładem o tendencjach na lato 2013, bo lubię słuchać o przedwidywaniu przyszłości, a po drugie – lubię to potem sprawdzać. Ale pędząc na wykład moje oko w hali poświęconej obuwiu wyłapało jakiś żywy kolor w tle i zmieniłam swój azymut. Ruszyłam „na kolor”. Okazało się, że ów kolor (konkretnie: żółć) to jedna z torebek na niewielkim stoisku młodej projektantki. I nagle okazało się, że w kącie salonu poświęconego butom znajduje się kilkanaście stoisk młodych projekantek i projektantów. „Młodych” – czyli w trakcie studiów, albo tuż po. Wykład, na który zmierzałam, miał się niedługo zacząć, więc obiecałam sobie, że wrócę do tych stoisk zaraz po wykładzie. Ale – zatrzymując się przy jakimś ubraniu, podsłyszałam, jak jedna z dziewczyn mówi komuś, że nikt o nich nie wie, nie ma specjalnie wielu odwiedzających. Cóż, faktycznie „ludzie od ubrań” byli w innej hali, „młodzi” wylądowali w hali obuwniczej. Dziewczyna miała pomysł, aby zapraszać ludzi „na ulicy”, aby przychodzili ich odwiedzać. Ostudziłam ten entuzjazm wizją, że odwiedzający muszą zapłacić za bilet wstępu na targi w wysokości 50 złotych. Ale w zamian za ten kubełek zimnej wody zaproponowałam, żeby po prostu jedna z osób zapraszała na ich stoiska zaraz po wykładach toczących się w drugiej hali „ludzi od ubrań”. Dziewczyna się ucieszyła, podziękowała i zwróciła z kolei moją uwagę, że wybrane modele ich kolekcji będą prezentowane na wybiegu za godzinę. Super. Zatem pognałam na wykład i wróciłam następnie na prezentację modeli.


Zanim jednak zasiadłam przed wybiegiem, pomyślałam, że to usytuowanie młodych projektantek/ów może być dla nich niekoniecznie fortunne, bo rzeczywiście usytuowani są w rogu w otoczeniu stoisk z obuwiem. Jednak hala z ubraniami byłaby lepsza. No ale może są powody, dla których wygląda to tak, a nie inaczej.


Wróciłam zatem na pokaz. Najbardziej zapadła mi w pamięć suknia, której dolna część pokryta była czarnymi piórami, a tył – piórami pawimi. Góra sukienki mnie nie przekonała, ale dół – oczarował. Inna sprawa, że nie wiem, gdzie miałabym w tym wystąpić w najbliższym dziesięcioleciu, ale widok piórzastej kiecki miał w sobie „coś”. Był też przyjemny zestaw (szorty+koszula) z kolorowym nadrukiem, jak się chwilę potem okazało – z jedwabiu. I interesująca plisowana bluzka, do której opisu brak mi odpowiedniej weny twórczej ;) Napiszę tylko, że tak, widzę się w niej zupełnie dobrze ;)


No ale. Ale. Kilka projektów na pewno nie odpowiedziało na moje pytanie: kto ma w tym chodzić i dokąd. Kilka modelek defilowało po wybiegu dalekie od wyprostowanej postawy. A może to tak ma być, że łopatki oskarżająco wystają z kręgosłupa? Nie mówiąc o tym, że chodzenie w większości butów na obcasach wyglądało na walkę o równowagę, a jednej modelki było mi po prostu żal gdy patrzyłam, jak stawia nogi jak bocian byle nie upaść. Różnica między modelką poruszająca się w płaskim obuwiu a modelkami na obcasach była uderzająca, absolutnie różny poziom swobody. No i uśmiech, a raczej jego brak. To taka wybiegowa maniera? Czy tylko mnie wydaje się, że na uśmiechniętej dziewczynie rzeczy lepiej wyglądają? A może to jakieś wymyślne/staromodne/niezrozumiałe wymaganie z mojej strony?


Na wybiegu każda z osób mogła zaprezentować dwa wybrane stroje ze swojej kolekcji. Poszłam więc obejrzeć resztę zaczynając naturalnie od stoiska z suknią z pawim trenem. Suknia kusząco mieniła się piórami, ale zerknęłam też na inne modele. A potem poszłam do stoiska z jedwabnym zestawem z wybiegu i obmacałam go z bliska. A potem do bluzki-której-nie-potrafię-opisać. Zobaczyłam torbeki, sukienki, bluzy, trochę biżuterii. Obeszłam to w sumie dwa razy, bo na tyle tylko czas mi pozwolił. Naturalnie nie obejrzałam każdej rzeczy wnikliwie. Do kilku osób zagadnęłam – bo akurat ktoś był na stoisku. Posłuchałam i się zadumałam. Wnioski zadumy prezentują się następująco:


Zacznijmy od dobrych stron:


1. Nie wiem za ile (nie potrafiłam o to zapytać, pytanie wydało mi się zbyt natrętne) młode projektantki/ci mogą się wystawiać na targach. Może w ramach promocji są to jakieś groszowe stawki, albo otrzymują to miejsce bezpłatnie? Jeśli poznańskie targi dają taką możliwość najmłodszym, obiecującym adept(k)om sztuki projektowania ubrań, to super. Trzeba się cieszyć, że jest taka możliwość.


2. Jeśli to możliwe, warto, żeby na jednym stoisku były dwie osoby – zawsze, gdy jedna chce zachęcać do odwiedzin w jednej części targów, druga pilnuje stoiska i odpowiada na pytania gości. Kilka osób zdecydowało się właśnie na takie rozwiązanie łącząc prezentację ubiorów jednej osoby z prezentacją bizuterii drugiej. Technicznie dobre rozwiązanie, szczególnie w sytuacji, gdy okazuje się, że z niepilnowanego stoiska ginie portfolio, w które włożono dużo pracy.


I to byłoby na tyle. Przejdźmy do sugestii.


1. Obecność na stoisku. Owszem, po pokazie nie był to problem, ale wcześniej stoiska stały sobie chwilowo puste, gdy projektant(k)om zebrało się na pogaduchy na jednym ze stoisk. Pogadać fajnie, poznać innych – też super, ale w tym czasie ktoś ogląda Waszą kolekcję i nie ma komu odpowiadać na pytania. Może wróci, a może nie. Może niczego nie stracisz, może bardziej przydadzą się Tobie znajomości ze stoisk obok, ale może właśnie tracisz szansę na rozmowę (bo o otwieraniu się kariery pisać nie zamierzam), która w jakiś sposób pomoże Ci zrobić następny krok w realizowaniu marzeń?


2. Wizytówki są, portfolia są. Strony internetowe – już niekoniecznie, profile na fejsbuku ciut częściej. A jakiś mały folder położony na krześle przed pokazem na wybiegu z zebranymi informacjami na temat kolekcji też by się przydał – nie każdy zwiedzający sięgnie po wizytówkę, a taka zbiorcza ulotka może dodatkowo zachęciłaby do wizyty na stoisku. Kto ma zrobić taki folder pozostaje pytaniem otwartym.


3. Pokazujesz swoją kolekcję – dajmy na to, że dyplomową – na targach. I co z tego wynika? Akurat tak trafiłam na rozmówczynie, że żadna z nich nie ma strony internetowej ani nie sprzedaje niczego na żadnym portalu, gdzie można umieścić pojedyncze egzemplarze. Czyli tworzenie dla samego tworzenia, a myśl o tym, żeby sprawdzić, czy twór się w ogóle sprzeda to sprawa drugorzędna?


4. Właśnie, sprzedaż. Na pytanie o sugerowaną cenę zaprezentowanego egzemplarza usłyszałam: „Nie zastanawiałam się, może (i tu pada cena, która chyba właśnie wpadła do głowy)”. Ręce mi opadły.


5. Absolutnie na chybił trafił wywinęłam na lewą stronę kilka ubrań. Nie było w tym żadnej strategii, planu, ani tym bardziej chęci celowego wyszukania niedoróbek. I traf chciał, że żadna z rzeczy nie była zrobiona poprawnie. Albo coś było niedoszyte, a powinno – tłumaczenie się krawcową rozumiem, przeoczyła, ale gdyby to wisiało w sklepie, a ja byłabym klientką, to uznałabym taki za towar wybrakowany. Pokazałam też jednej z pań, że tasiemka jest po prostu krzywo przyszyta (czepialstwo pierwszej wody, wiem) i usłyszałam, że sama to uszyła… No i?


Druga sprawa: owerlok na dolnej linii stójki kołnierzyka w koszuli. W sumie to mnie zaskoczyło, bo takiego rozwiązania nigdy nie spotkałam – i chyba nic dziwnego, bo taką koszulę to tylko zapiętą pod szyję można nosić, rozpięcie górnego guzika od razu pokazuje owerlok w całej okazałości. Szkoda, bo sama koszula ładna.


Trzecia sprawa: owerlok ponownie, bok sukienki obrzucony linią krzywą. Nowatorskie podejście, ale też go nie kupuję. I co z tego, że tego nikt nie widzi???


Czwarta sprawa: brak wykończenia. Dlaczego? Zabieg celowy, „ten materiał się nie pruje”. Jak się nie pruje, pani kochana, szarpnę, to mi zaraz nitki będą zwisać. Ok, wiem, że tak też można zostawić rzeczy, ale akurat do mnie to nie przemawia, bo wygląda niechlujnie. A pro pos nitek: rzecz niewytrzepana od środka, pokryta resztkami nitki, której użyto do zszycia.


6. Czy po wykładzie, z którego wcześniej wyszłam, ktokolwiek stał i zapraszał na stoiska młodych projektantek/ów? No jak myślicie?


Czy taka promocja nie okazuje się ostatecznie wyrzucaniem pieniędzy w błoto?


I jeśli ja – nie będąc „z branży” – widzę tyle niedociągnięć, to co widzą specjaliści? Być może momentami za daleko posuwam się we własnym czarnowidztwie? Przed pokazem pani zapowiadająca kolekcje młodych projektantek/ów podała, że około 1000 osób rocznie kończy różne szkoły, kursy, kierunki związane z projektowaniem ubioru czy stylizacją, a po 10 latach w wyuczonym zawodzie pracuje 2-3% absolwentów/ek.


Naturalnie, polski rynek nie jest szczególnie bogaty, żeby wypromować co roku jakieś oszałamiające ilości młodych zdolnych. Niemniej mając w pamięci wczorajsze wydarzenie duch mój podupadł. Ale nie na tyle, żeby przestać się tym interesować. Po prostu, trzeba wymyślić „coś nowego” ;) W końcu na tym polega moda ;)