Konkurs konkurs…

4 marca 2012

Obserwuję różne blogi, takie hobby – powiedzmy. No i tak sobie myślę, że chętnie wygrałabym coś w konkursie. Tak, tylko żeby wygrać, trzeba grać. Znaczy się – nie gram. I rzecz nawet nie
w tym, że trzeba polubić ileś tam fanpejdży na fejsbuku, bo zawsze można je potem „odlubić”, więc to kwestia kilku kliknięć. Rzecz w tym, że zwykle trzeba odpowiedzieć na postawione pytanie, dajmy na to „dlaczego lubisz produkt X?”. A następnie … zwycięzcę wylosuje generator liczbowy.


I nie mogę wyjść ze zdumienia, że w takich konkursach są setki odpowiedzi. Można naprawdę kreatywnie odpowiedzieć na postawione pytanie – giętkie palce napiszą, co pomyśli głowa, tylko po co się w ogóle wysilać, skoro zdobycie nagrody zależy od generatora? A ludzie piszą.


Nie chodzi mi już nawet o to, że nagroda taka sobie, ale o zachowanie klikających istot, które dają się wykorzystać i za szansę zdobycia nagrody (prawdopodobieństwo: 1 do 600) za darmochę tworzą bazę uzasadnień, dlaczego dany produkt jest dobry. No bo w końcu 600 pomysłów piechotą nie chodzi, umiejętny marketing i PR wycisną z tych odpowiedzi pomysł na kolejny slogan reklamowy, nad wymyślaniem którego nie muszą się specjalnie natrudzić. Lud sam podaje pomysły na tacy. Za darmo. Za złudzenie wygranej. Istoty – myślcie.