Czy projektant to artysta? Czy ubiór to dzieło sztuki?

12 maja 2012

Zadając pytanie, czy osoby zajmujące się projektowaniem ubiorów to artyści, wkraczamy na pole minowe. Po pierwsze, łatwo kogoś urazić, nawet bez takowych intencji. Po drugie, jednoznaczna odpowiedź na to pytanie (czy to twierdząca, czy przecząca) jest zasadniczo niemożliwa, bo ustalenie kryteriów, wedle których podzielimy ludzkość na artystów i nie-artystów, co do których „wszyscy” się zgodzą to utopia.

Czy zatem pytanie jest bez sensu skoro nie można na nie znaleźć jasnej odpowiedzi? Czy może jest źle postawione i „o to samo” można zapytać inaczej? Co możemy zrobić, żeby zbliżyć się do odpowiedzi?

Możemy rzucić okiem na historię i zobaczyć, skąd wzięło się postrzeganie osób projektujących ubrania jako artystów właśnie, stawiając kunszt posługiwania się igłą i nitką na równi z umiejętnością posługiwania się pędzlem czy dłutem.

Cofnijmy się do drugiej połowy XIX wieku i postaci Charlesa Fredericka Wortha, którego uważam za pierwszego projektanta ubioru w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlaczego nie sięgamy wcześniej? Bo wcześniej i owszem, istniały zastępy krawcowych szyjących na zamówienie swojej możnej klienteli, ale to Worth jako pierwszy przechodzi z pozycji krawca na pozycję projektanta. On nie tylko jest realizatorem zamówień, on samodzielnie wymyśla kroje, które proponuje swoim klientkom. Zwieńczeniem jego kariery jest projektowanie strojów dla cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III.

Worth również jako pierwszy wprowadza do ubioru metki ze swoim imieniem i nazwiskiem – praktyka dziś oczywista, ale pomysł jak widać jest zupełnie świeży (cóż to bowiem jest, półtora wieku…).

Projektant chciał być postrzegany jako artysta właśnie, stąd przywołany poniżej jego portret, a poniżej „Autoportret” Rembrandta z 1640 roku – podobna poza, nakrycie głowy, płaszcz. Jak powiedzielibyśmy współcześnie: Worth stylizował się na artystę.

Źródło: http://www.artchive.com/web_gallery/G/Gaspard-Felix-Tournachon-Nadar/Charles-Frederick-Worth-1825-95

Źródło: http://pioste.com/wplyw-chorob-oczu-na-malarstwo-2
Innym projektantem, który też jasno stwierdził, jak siebie postrzega, był Paul Poiret, który w 1913 roku powiedział: „Jestem artystą, a nie damskim krawcem”. Poiret z kolei jako pierwszy zaczął nadawać tytuły swoim kolekcjom (np. „kolekcja bizantyjska”), prawdopodobnie dlatego, żeby dodać pewnego wymiaru symbolicznego swoim kolekcjom. Wcześniej kolekcje były po prostu numerowane.
Na spostrzeganie osób projektujących ubrania jako artystów na pewno wpływ wywierały prywatne  relacje łączące ich z artystami, jak np. współpraca Coco Chanel ze Strawińskim (ok, nie tylko współpraca), z Diagilewem czy z Cocteu. Inny przykład to projekty Elsy Schiapiarelli i jej inspiracje i relacje z kręgiem surrealistów. Przykłady można mnożyć, zainteresowanych odsyłam do bloga Muzealne Mody – tam znajdziecie kopalnię przykładów.
Dziesięciolecia filrtu między „światem mody” a „światem sztuki” i uznania efektów pracy osób projektujących ubrania jako dzieł sztuki usankcjonowuje okładka czasopisma „Artforum” z lutego 1982 roku. Widzimy na niej suknię projektu Issey’a Miyake, która nie została tu pokazana jako pierwsza lepsza kiecka z wybiegu, ale – ze względu na opiniotwórczy charakter czasopisma – właśnie jako dzieło sztuki:
Źródło: http://www.thecityreview.com/extreme
Rok póżniej, w 1983, w Metropolitan Museum of Art ma miejsce retrospektywna wystawa poświęcona działalności Yves Saint Laurent’a. Po raz pierwszy na wystawie zostają pokazane dzieła żyjącego projektanta. Wystawa jest frekwencyjnym sukcesem, a tym samym ubrania pokazane w murach muzeum zyskują oficjalnie status dzieł sztuki.
Gigantycznym wręcz powodzeniem cieszyła się wystawa prac Alexandra McQueenn’a rok temu (również w Met), którą odwiedziło ponad 650 tysięcy zwiedzających.
Osobną sprawą jest otwieranie muzeów przez domy mody jak np. florenckie muzeum Gucci czy Salvatore Ferragamo.
Zatem ubiór zawędrował do muzeów, czyli miejsca, które z założenia zajmuje się prezentowaniem dzieł sztuki właśnie: status osób zajmujących się projektowaniem ubiorów zrównał się ze statusem „tradycyjnych” artystów (malarzy czy rzeźbiarzy).
Do tego uwznioślenia włożę jednak łyżkę dziegciu (choć nie moja to łyżka, a przywołanego już kiedyś pana Piotra Sarzyńskiego z „Polityki”) – otóż niewątpliwie umieszczenie ubrań w murach muzealnych nobilituje nie tylko osoby projektujące ubiory, ale także zwiedzających owe wystawy. Bo nareszcie okazuje się, że kupowanie metkowych ciuchów to nie objaw zakupoholizmu czy konsumpcyjnego stylu życia, ale jako żywo jest to swoiste inwestowanie w „dzieła sztuki”. Sumienie odpoczywa, samopoczucie się poprawia. Od czasu jak przeczytałam ten artykuł, to kupując kolejną torebkę tłumaczę sobie, że tworzę kolekcję ;)  Na marginesie można też zauważyć, że same zakupy coraz rzadziej odbywają się w centrach handlowych, a coraz częściej w „galeriach”, co też czynność kupowania w jakiś sposób nieco uszlachetnia.
Jednak po przeczytania książki Christophera Brewarda „Fashion” moje postrzeganie mody jako dziedziny sztuki, a ubioru jako dzieła sztuki zdecydowanie poszło w stronę postrzegania tych zjawisk jako elementów przemysłu. O co chodzi? O tej książce już kiedyś pisałam, więc nie chcę tego powtarzać, odsyłam Was do tego wpisu. Czyli: współczesna moda to przemysł, przede wszystkim i nade wszystko. Dla mnie to podejście jest też dlatego bardziej przekonywujące, ponieważ bardzo trudno jest wskazać jasne kryteria, które pomagałyby nam określić, co jest „sztuką”, „dziełem sztuki”, a co nie. Wydaje mi się, że to może być oględnie „wszystko”, a poza kryterium instytucjonalnym podanym wyżej (lapidarnie rzecz ujmując: dzieła sztuki to to, co pokazują muzea), to żadne inne równie „twarde” kryterium nie przychodzi mi do głowy.
Bo np. czy takim kryterium będzie np. „piękno”? Kto ma decydować o tym, co jest piękne, a co nie? Może zatem „użyteczność”? Czyli jeśli coś jest użyteczne (w kwestii ubiorów: nadaje się do noszenia) to to nie jest dzieło sztuki, a jeśli jest nieużyteczne (do noszenia się nie nadaje), to kwalifikuje się na dzieło?
Może zamiast dzielić efekty ludzkiej twórczości na sztukę i nie-sztukę, można spróbować określić, co jest „dobrą” sztuką, a co „złą”? Ale znów: kto ma o tym decydować? Widzicie jakieś niepodważalne autorytety? Ja jakoś nieszczególnie (ale na usprawiedliwienie dodam, że niedowidzę, więc może to dlatego).
Bawiąc się w próby szufladkowania tak ulotnej sprawy jak ludzka twórczość, można jeszcze spojrzeć na sprawę z następującej strony: to coś, co potocznie nazywamy „sztuką” też obecnie podlega prawom rynku. Pewne prace się sprzedają, inne nie. Czy te, które się sprzedają, są faktycznie „lepsze”, czy po prostu lepiej wypromowane? Jeśli przyjmiemy, że wszelakie „dzieła sztuki” też obecnie są podporządkowane prawom popytu i podaży – na podobieństwo ubrań – to ostatecznie możemy zrównać te dwa zjawiska ze sobą. I wychodzi na to, że i owszem: moda to sztuka ;)
Dlaczego tak się upieram przy położeniu punktu ciężkości na postrzeganiu projektowania ubiorów przez pryzmat bardziej przemysłowy niż przez pryzmat sztuki? Bo jak się tak przyglądam rynkowi młodych i młodszych osób zajmujących się projektowaniem ubiorów, to nie wydaje mi się, żeby owi twórcy chcieli być dostrzeżeni za lat 10-15 (czy też dopiero po śmierci), a teraz wystarcza im chleb i woda i możliwość robienia tego, co lubią, bez chodzenia na jakiekolwiek kompromisy (choć i tacy się znajdą). Raczej wydaje mi się, żę większość osób chciałaby względnie szybko zarabiać na tym, co lubią robić najbardziej na świecie, bez konieczności przechodzenia przez okres „Mam jedną pracę, która mnie utrzymuje, i drugą – jak na razie niedochodową – ale dzięki której realizuję marzenia”. Jakkolwiek chęć zarabiania jak najszybciej na tym, co lubimy robić, jest zrozumiała, to jednak w większości przypadków mocno nierealna. Ćwiczenie się w projektowaniu to raczej nie jest tanie zajęcie, ileś tego materiału trzeba po prostu zepsuć, żeby osiągnąć określony efekt, a raczej nikt go za darmo nie rozdaje, trzeba zapłacić.
I ostatnia myśl, jaką chciałabym się tu podzielić, to też dosyć cierpka uwaga: ile procentowo osób, jest faktycznie „genialna” w swojej branży? To jest chyba jakiś promil, prawda? Ambicja dołączenia do tej grupy przez osiągnięcie biegłości w swojej dziedzinie – to akurat można tylko chwalić. Niemniej bycie świetnym rzemieślnikiem – moim zdaniem – też jest wspaniałe, a niestety koszmarnie niedoceniane.
No i oczywiście: najlepiej jest mieć talent, być osobą pracowitą, przedsiębiorczą i „skazaną na sukces”, a po latach zobaczyć swoje prace w muzeum. Życzę tego jak największej ilości osób.
Pytania: czy osoby projektujące ubrania to artyści? oraz: czy ubrania to dzieła sztuki? pozostawiam otwarte do dyskusji. Co Wy na to? I dlaczego tak właśnie? ;)
  • http://www.welldressedmind.blox.pl/ well-dressed_mind

    Nic nie jest jednowymiarowe. Wg mnie moda to zarówno sztuka, jak i przemysł. Oczywiście więcej jest przykładów, kiedy moda ma wyłącznie charakter merkantylny, bo ciężko skarpetki z H&M rozpatrywać w kategorii sztuki. Ale tzw. wysokie krawiectwo wymaga od twórcy ogromnego zaangażowania, talentu, kreatywności i wiedzy. I to już dla mnie jest pewien wyznacznik sztuki. Jest też drugie oblicze haute couture: strategia marki, marketing, promocja, PR , publicity i docelowo sprzedaż. Wg mnie te dwa aspekty nie wykluczają się. Żeby móc tworzyć sztukę, ktoś musi za nią płacić.

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @well-dressed mind: zgadzam się, że obraz nigdy nie jest czarno-biały, ale w tak krótkiej formie jaką jest wpis pozwalam sobie na wyostrzenie obrazu, bo to prowokuje dyskusję ;) Co do wysokiego krawiectwa: spotkałam się z takim poglądem, że nawet haute couture nie rozpatruje się w kategoriach „sztuka/nie-sztuka”, ale w kategoriach luksusu – i to luksus odróżnia haute couture od pret-a-porter. Luksus rozumiany jako perfekcja wykonania, najlepsze materiały, najlepsi fachowcy – to uzasadnia końcową cenę. Zatem od szufladkowania sztuka/nie-sztuka przechodzimy na pole towar luksusowy/towar nieluksusowy i nie zaprzątamy sobie głowy dyskusją o sztuce. Nie utożsamiałabym też automatycznie, że jeśli coś jest luksusowe (biorąc pod uwagę mistrzowskie wykonanie) to od razu to jest „sztuka”, to jest (dla mnie) po prostu mistrzowskie rzemiosło.