Filozof rozprawia o modzie, czyli dlaczego ubrania nie mówią

31 lipca 2012

Usiłuję stworzyć top 10 najlepszych książek poświęconych modzie, jakie dotychczas przeczytałam i bez cienia wątpliwości na podium postawię książkę Larsa Svendsena Fashion: A Philosophy.

Źródło: http://www.bibliovault.org/BV.book.epl?ISBN=9781861892911

Za co tak cenię tę książkę?

Po pierwsze, za wyjątkowe wyważenie między dociekliwością a zrozumiałym językiem, czyli osoba świeżo zainteresowana tematem mody nie zgubi się w gąszczu nazwisk, teorii i skomplikowanych wywodów, a ktoś, kto już conieco liznął z modowej literatury nie znajdzie banału i powierzchowności.

Po drugie, układ książki: zaczynamy od pytania czy zjawisko mody może być rozpatrywane z perspektywy tak uświęconej dziedziny za jaką często postrzegana jest  filozofi, bo czyż filozofowi godzi się i wypada zajmować tak błahym tematem jak ciuszki? I tu Autor pokazuje, że u Adama Smitha, Immanuela Kanta (tak, tak – TEGO Kanta), jak również u panów Gadamera, Hegla i Adorno ten płochy temat jest zauważony i opisany. Następnie zostaje omówiona podstawowa zasada rządząca modą, czyli prymat nowości oraz opisany mechanizm, w jaki mody powstają i rozprzestrzeniają się. Kolejne rozdziały poświęcone są zagadnieniom mody w kontekście języka, ciała, sztuki, konsumpcji i pewnego ideału w życiu, do którego zmierzamy.

Po trzecie, ta książka się nie nudzi. Nie wiem, jak to możliwe, ale przeczytałam ją już trzy razy i mam ochotę przeczytać po raz kolejny. Uważam, że rozdział „Moda i język” powinnna przeczytać każda osoba, która zamierza napisać dzieło w rodzaju „Mowa stroju”.

Dlaczego akurat ten punkt mnie to tak drażni?

Była kiedyś taka książka (i nadal jest oczywiście) Language of Clothes autorstwa Allison Lurie. Dzieło to powstało w 1981 roku i z jakiegoś powodu dostało nagrodę i zostało bestsellerem. Na pewno zawdzięcza to kolorowemu językowi, mnogości przykładów i zrozumiałej treści. Zawierało też niezwykle chwytliwą metaforę, że nasze ubrania to alfabet, za pomocą którego porozumiewamy się z bliźnimi. Ubrania – wedle Autorki – nasze rządzą się swoistą gramatyką, mają swoje dialekty, słowa zapożyczone, archaizmy czy wyrażenia slangowe. Ilość naszych ubrań jest analogiczna do ilości słów za pomocą których się porozumiewamy – czyli osoba z mniejszą ilością ciuchów i wszelakich dodatków jest bardziej ograniczona w przekazywaniu informacji na swój temat za pomocą ubioru niż osoba z rozbudowaną garderobą. W tym miejscu myślącycm czytelnikom i czytelniczkom powinna zapalić się czerwona lampka w głowie, że coś tu jest teges, bo niby jak to, że ktoś ma więcej ubrań ma z automatu świadczyć o większym bogactwie wewnętrznych treści? Pani Lurie z pełnym przekonaniem pisała również o tym, że krawaty w jasnych kolorach świadczą o męskości oraz, że księża noszący koloratki zamiast krawatów są symbolicznie wykastrowani. Rozumiem, że coś takiego przyjemnie się czyta, bo to łatwe do skojarzenia i nawet czasem zabawne. Problem w tym, że potem niektórzy w to autentycznie wierzą i powtarzają dalej bez cienia refleksji.

Stwierdzenie „ubrania są jak język” jest nie do utrzymania, to jest za daleko posunięta wyobraźnia Autorki. Można mieć niewiele ubrań, a dużo więcej przekazać swoim ubiorem należąc np. do jakiejś subkultury. Warto spojrzeć na ten rysunek, żeby uzmysłowić sobie, że ubrania nie mówią i analogia do alfabetu jest nie do utrzymania. Podobnie nie lubię sformułowania „kolory mówią”, chociaż jakiś czas temu Szarmant tak właśnie stwierdził (ale wciąż nie przekonują mnie jego argumenty).

Mała dygresja: jeśli jednak ktoś z Was zna „mowę ubrań”, to chętnie posłucham, co one mają do powiedzenia w tym temacie. Moje niestety milczą jak zaklęte mimo wielokrotnych prób nawiązania kontaktu. Nie pytajcie jak próbowałam nawiązać kontakt.

Wracając natomiast do książki Svendsena – po ładnym odparciu „argumentów” pani Lurie, krótko i przejrzyście zwraca uwagę, że ubraniom nadawane jest pewne znaczenie, czy tego chcemy, czy nie. Jak to się dzieje?

Najcześciej przypisywane jest ono osobie projektującej dane ubranie, która wyposaża swoją kolekcję w pewną treść, np. nawiązując do jakiegoś wydarzenia – jak Ewa Minge wykorzystująca motyw Solidarności. Ale z drugiej strony, ktoś może ubrać taki strój zupełnie nie rozumiejąc jego znaczenia i co wtedy? Ktoś może spojrzeć i skojarzyć logo „Solidarność” z określonym wydarzeniem, a ktoś inny zobaczy po prostu słowo i przejdzie dalej. Może też się zdarzyć, że twórca ma swoją wizję, ale zostaje ona zupełnie inaczej odebrana niż zakładały to jego intencje (przykład: Nazi-szyk, choć może nieco skrajny: artysta mówi, że to sztuka, ale ambasador Izreala tego nie pojmuje). Te wyjaśnienia w formie podanej są nieco bardziej wyszukane niż moje, niemniej za trafność jego wywodu dałabym sie pokroić (aczkolwiek li i jedynie metaforycznie ;)).

Drugim rozdziałem, który uważam za rewelacyjny, jest ten poświęcony związkom mody i sztuki. Zasadniczo ten rozdział plus tekst Valerie Steele z drugiego numeru „Wolę Oko” powinien przeczytać każdy publicysta, który zamierza mieszać ze sobą modę i sztukę. Tak zapobiegawczo, żeby uniknąć pisania bzdur i emfatycznych sformułowań z gatunku „moda to sztuka!”, za którymi nie ma żadnej treści. Tym razem dyplomatycznie nie podlinkuję tekstu, o którym myślę ;) Póki co nie znalazłam niczego lepszego, co odnosiłoby się do tych związków w tak skondensowanej formie i trafnym sformułowaniu. Mnie zdarzyło się z tego rozdziału korzystać usiłując odpowiedzieć na pytanie czy projektant to artysta i na pewno na tym się nie skończy.

Zasadniczo, bujając nieco w obłokach, gdybym miała wybierać, co powinno zostać przetłumaczone na język polski z zakresu książek poświęconych modzie, to bez wahania wskazałabym na tę książkę. To jest po prostu dobra lektura, i dla zwolenników, i dla przeciwników mody jako takiej. Cena według amazona to na teraz 9 funtów i kilka pensów, naprawdę warto zainwestować, jeśli chce się zrozumieć o co w tej modzie chodzi. I proszę nie mieć żadnych obaw, że napisał to profesor filozofii, to też człowiek i w dodatku dobrze myślący o swoich czytelniczkach i czytelnikach. Czytamy :)

  • http://www.jagadesign.com/ jagnesjag

    No i co mam teraz zrobić, po przeczytaniu tego wszystkiego? Kupić, tak? Svendsen popełnił jeszcze jedno dzieło „Filozofię strachu”, którą swego czasu miałam w rękach i żałuję, bardzo żałuję, ze jej wtedy nie kupiłam.

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @jagnesjag: kupić!

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=muzealnemodyblogspotcom muzealnemodyblogspotcom

    Widzę, że będę musiał uzupełnić swoją skromną biblioteczkę ;)))

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @muzealne_mody: możesz skorzystać z wymiany ;) Choć tę książkę akurat warto mieć :)

  • http://moznaprzeczytac.pl/ moznaprzeczytac

    A propos rozprawiania o modzie, to polecam bardzo ciekawą książkę Jolanty Szlali – Myśli skatalogowane. Bardzo ciekawie ujęty cały proces dobierania ubrania do czlowieka (a nie odwrotnie!)

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @możnaprzeczytać: dzięki za informację i linka, nie znałam tej książki.