Pani + pan = romans

17 sierpnia 2012

Historia jest banalna: ona i on wpadają sobie w oko. Po latach – bum – ponowne spotkanie. Ona chce go wspomóc, bo akurat jemu w życiu trudno, on pomoc przyjmuje, choć trochę się kryguje. A potem – cóż by innego – romans jest. Jest i tragedia, bo on ma żonę i multum dzieci. No i oczywiście żyją wszyscy pod jednym dachem. Żona ma godność i choróbsko, a kochanka niezależność i seksapil. No i forsę, której jemu akurat potrzeba. A on – rozdarty. Ale jakoś szybko kochance ulega. Żona się domyśla, kochankowie się kłócą, jest ból, a zatem i moc twórcza. Czyli on tworzy dzieło – nie, przepraszam: DZieło. Potomność może być wdzięczna tej heksie, co to testowała lojalność artysty, bo dzięki temu, że cierpiał, to tworzył. Oczywiście: rozstają się, bo jakby byli razem dalej, to nikt nie poszedłby na film. Bo to o filmie mowa, choć brzmi jak tani harlekin.


Czyli: obejrzałam wczoraj film „Coco i Igor” o romansie Chanel i Strawińskiego. Dużo scen pokazujących jak bohaterami targają emocje i dylematy moralne, trywialny obrazek przemiany pani Chanel, która ubierając się w czerń z dodatkiem bieli po rozpoczęciu romansu ze Strawińskim zaczyna nosić się w bieli z czarnymi dodatkami. Parę scen Chanel w pracowni, ale kto by tam się interesował jak tnie materiał, skoro można bohaterce zajrzeć pod piżamę i do łóżka (piżama nawiasem mówiąc była akurat rewelacyjna).


Najciekawsza scena to dla mnie początek filmu, gdy pokazana jest premiera „Święta wiosny” Strawińskiego – wspaniała muzyka, ciekawa choreografia, w tle Niżyński. Póki co, repertuar opery poznańskiej jeszcze tego nie uwzględnia, ale po tych fragmentach, które usłyszałam, chciałabym usłyszeć i zobaczyć całość. Francuska publika na premierze w 1913 roku zareagowała oburzeniem.


Film został oparty na książce „Coco i Igor” Chrisa Greenhalgha. Czytałam ją rok temu i jako czytadło do popołudniowej kawy świetnie spełniła swoją rolę. Ale oglądając film myślałam, że jeśli ktoś nie zna książki ani też okresu, w którym akcja ma ma miejsce, chyba chwilami trudno się połapać skąd się wzieły tam pewne osoby.



Źródło:http://www.youtube.com/watch?v=21ldvFgZCEI


No i jeszcze jedna sprawa: gdyby to po prostu było romansidło o tym, że bogata i niezależna kobieta uwodzi zubożałego artystę to film cieszyłby się raczej nikłym zainteresowaniem. Film o projektach Chanel, a nie jej życiu osobistym, też raczej kokosów by nie przyniósł. Widowania lubi zaglądnąć sławnym bliźnim do pościeli, a to, czym zajmowali się zawodowo – a kogo to obchodzi? Z dwojga złego już lepiej przeczytać książkę, bo obejrzenie filmu grozi kolejną „inspiracją pracami Chanel” w kolorach czerni i bieli. Chociaż piżama Chanel się broni ;)

  • http://efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Chyba obejrzę dla tej piżamy ;) Nie trafiłam jeszcze na żaden tego typu film, który byłby i ciekawy do oglądania (mam na myśli fabułę, bo dokumenty ciekawe jak najbardziej się zdarzają…ale czasem oczekuje się czegoś poza dokumentem;)) i dostarczał informacje na dany temat – chociaż te umiarkowanie ciekawe i rzetelne. Ale film-film obejrzeć zawsze można… dla samego filmu chociażby. No i piżamy ;)