Udane zakupy – etyczne zakupy?

23 sierpnia 2012

Na fali porad wszelakich, gdy pogoda za oknem sprzyja myśleniu na poziomie rozgotowanego kalafiora, stanęłam na szczycie własnych możliwości i postawiłam sobie pytanie: jak wyglądałby produkt odzieżowy, który można by kupić ze spokojnym sumieniem? Bo że sumienie jest nieczyste po każdej wizycie w sieciówce to chyba oczywiste – ilość literek poświęcona temu tematowi w sieci i na papierze jest tak duża, że ze swej strony dorzucę tylko garstkę.

logo-fb (1)

Zatem: moja lista życzeń, która miałaby gwarantować naprawdę udane zakupy.

 

Po pierwsze: każda metka „made in…” uzupełniona szczególnie Chinami, Wietnamem, Indonezją czy Rumunią od razu przywołuje na myśl dziesiątki małych rączek wykorzystywanych do pracy za marne pieniądze. Więc życząc sobie, żeby mój odzieżowy produkt powstawał w sposób nieuwłaczający godności ludzkiej od razu musiałabym odrzucić taką rzecz. Gdzie zatem miałby być produkowany produkt marzeń? Chyba raczej nie „gdzie”, ale „w jakich warunkach” – w dobrych warunkach. Ba, w tak dobrych warunkach, żeby to było za nudne na niusa w gazecie ;)

 

Po drugie: podobno współczesne poliestry są tak super, że są „identyczne z naturalnymi tkaninami”. Być może takie istnieją, ale jeszcze ich nie spotkałam na swojej drodze, więc pozostanę przy preferowaniu bawełny, wełny i jedwabiu z dopuszczalną domieszką czegoś elastycznego, żeby się lepiej układało. Jednak chciałabym wiedzieć, że bawełna rosła zdrowo, jedwabniki szczęśliwie produkowały jedwab, a wełna pochodziła od owiec radośnie dających się ostrzyc ku chwale mojego sweterka. Orędownikom sztucznych tkanin proponuję zrobić test i przymierzyć zaraz po sobie sweter z akrylu i sweter z kaszmiru – jak nie zauważycie różnicy, to coś jest nie tak z Waszymi odczuciami dotykowymi. Ogólnie rzecz ujmując: proces powoływania do życia tkanin powinien być nieinwazyjny dla ludzi przy nim pracujących, zwierzątek i owadów. A po zakończeniu żywota moja zużyta część odzieży nie powinna zatruwać środowiska i rozkładać się miliony kolejnych lat, tylko zdrowo odejść do ziemi lub dać się przetworzyć na nowy produkt.

 

Po trzecie: życzyłabym sobie, żeby kolorowe materiały były barwione w jakiś nieszkodliwy (a zupełnie nieznany mi) sposób. Oglądałam kiedyś zdjęcia z garbarni w Maroku, w której skóry na nasze kolorowe buciki były barwione w pojemnikach, w których ludzie mieszali skóry w chemicznej, kolorowej brei. Stali w tych pojemnikach boso. To skreśla produkty „made in Morocco”, a poza tym w XXI wieku prawie na pewno da się ten sam efekt osiągnąć w sposób mniej szkodliwy dla pracujących w garbarniach osób. Wdychanie w gorącym klimacie oparów z barwiącej wody to raczej nie są dobre warunki pracy.

 

Po czwarte – akurat dla mnie najłatwiejsze do osiągnięcia – należałoby nie kupować przecieranych dżinsów. Syf – delikatnie rzecz ujmując – jaki jest związany z tym procesem jest szkodliwy dla pracowników. Wiem, że takie przecierane to podobno wyglądają kul i trendi, ale film obejrzany na ten temat rok temu na wystawie w berlińskim muzeum skutecznie mnie zniechęcił do wycieranych fabrycznie dżinsów.

 

Po piąte: cena. To jasne, że za dobry produkt trzeba zapłacić więcej, ale byłoby miło nie płacić zbyt wiele. Trudne do osiągnięcia, jeśli od wszyscy w łańcuchu od jedwabników do klientów mają być zadowoleni.

 

Pięć punktów to trochę mało, ale i tak jest nieźle biorąc pod uwagę aurę, w jakiej powstaje wpis. Na pewno wygenerujecie z siebie inne warunki i możliwe rozwiązania. Póki co, to chyba cud, że nie biegam nago, ale to w dużej mierze dzięki absolutnemu brakowi konsekwencji wobec powyższych wymagań (mrzonek? marzeń?) – z wyjątkiem punktu czwartego.

 

Przy okazji punktu numer pięć nasunęła mi się jeszcze jedna myśl: przy wszystkich moich roszczeniach do realizowania idei sprawiedliwego handlu zdaję sobie sprawę, że w polskich realiach zdecydowana większość konsumentów kieruje się przy zakupach ceną. Z czego „to” jest zrobione i gdzie to sprawa drugorzędna, więc czy zwracanie na to uwagę ma w ogóle jakikolwiek sens?

 

W artykule na stronie Rzeczpospolitej sprzed ponad roku znalazłam informację, że według danych Głównego Urzędu Statystycznego przeciętny Polak wydaje na ubrania 600 zł… rocznie. W dużych miastach to z kolei 250 zł miesięcznie. Patrząc na ceny produktów proponowane przez projektantów/tki zastanawiam się, czy ktoś im powiedział o tych danych. Nawet jeśli one są sprzed roku, to na dzień dzisiejszy raczej nie podejrzewam, żeby ta kwota znacząco wzrosła. Tak podaję ku przemyśleniom własnym.

 

I jeszcze może jedno życzenie, po szóste, póki co nie opisane zbyt szeroko. Czy na mój wybór produktu ma wpływać to, co osoba sprzedająca daną część garderoby (powiedzmy właściciel/ka firmy) robi z zarobionymi (dzięki mnie!) pieniędzmi. I nie chodzi mi tu o to, czy kupi sobie auto czerwone czy zielone, ale czy z zarobionych pieniędzy finansuje jakieś inne przedsięwzięcia niezgodne z moimi przekonaniami?

 

Zastanawiam się nad tym od czasu jak przez fejsbuka przeszło zdjęcie Richarda Hayne’a, który pełni funkcję prezesa i CEO w Urban Outfitters. Ktoś wygrzebał, że pan Hayne przekazał pewną kwotę na konto Ricka Santorum, który broni „konserwatywnych ideałów” i sprzeciwia się m.in małżeństwom osób homoseksualnych i aborcji (więcej na temt nie zawsze udanych posunięć UO przeczytacie tutaj). Czy mam – chcąc zrealizować zakup, z którego będę bardzo zadowolona – zaglądać do kieszeni właścicieli firmy i patrzeć, co dzieje się z „moimi” pieniędzmi? W co – poza firmą – je inwestują, jakie przedsięwzięcia wspierają czy to z firmowych, czy z prywatnych pieniędzy? Czy to jest ten ostatni krok do udanych zakupów, czy może jeden krok za daleko?

 

Mój ostatni zakup spełnia tylko jeden z podanych powyżej warunków, czyli nie jest to sprany dżins. Poza tym na metce napisano: made in Bulgaria. Nawet jak za trylion lat będę mogła kupować – jak to się górnolotnie nazywa – „w zgodzie z własnymi przekonaniami”, to póki co moim wyznacznikiem są najpierw cena, a potem jakość. Jeśli uważacie, że jestem zbyt leniwa w moich poszukiwaniach rzeczy ładnych i produkowanych w dobrych warunkach, to chętnie przyjmę wszelkie argumenty i linki do konkretnych firm na moją klatę (ekhm, klatkę raczej…).

 

Może wyjściem są zakupy wyłącznie używanej odzieży, ale powiedzmy sobie szczerze: kto ma czas na kompletowanie w lumpach całej garderoby?

 

Oczywiście, można też odłożyć kasę na jedną rzecz, ale za to lepszej jakości – niewątpliwie, szczególnie przekażmy tę złotą myśl tym, którzy na ubranie wydają 600 zł rocznie.

 

Czy zatem powyższe pytania to tylko okazały przykład myślenia życzeniowego? Przyznam, że tak mi się coraz bardziej wydaje, ale z drugiej strony wpis do wpisu i za trzy pokolenia coś się zmieni, coś drgnie – mam taką nadzieję :)

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Wydaje mi się (niestety), że wszystkie te podpunkty można spełnić, pewnie znalezienie odpowiednich marek/osób trochę by potrwało (żeby cały łańcuch produkcji był ok a jeszcze całość wpasowywała się w naszą estetykę), ale… kosztowałoby krocie. Bo jednak to fakt, że bluzka jest z poliestru a nie jedwabiu, decyduje o tym, że kosztuje 30 zł w promocji (że bez promocji 130 to już inna sprawa…). Myślę też, że np. samym projektantom ciężko wszystko to spełnić (nawet jeśli chcą), bo znalezienie dostawców, którzy zgodzą się na sprzedaż określonej ilości tkaniny, nie jest taki prosty (niemożliwe też nie jest, ale jednak…). Jeśli chodzi o bycie etycznym – kojarzy mi się Dream Nation (kilka tygodni? temu był wywiad z właścicielką marki w WO, wspominała też o problemach w znalezieniu dostawców) i Wearso (które od niedawna chwali się nawet ekometkami… zakupy oczywiście dostajemy w ekotorbie z papieru). Więcej sprawdzonych (chociaż tutaj nasunęła mi się refleksja: co znaczy sprawdzonych? Wierzę im na słowo, ale jeśli w tym skomplikowanym łańcuchu powiązań ktoś kogoś oszukał, to nie mam nawet jak tego odkryć) marek tego typu nie kojarzę, chociaż jeszcze kilka, które jako eko się promują pewnie by się znalazło.