Filmowe okruchy z Art&Fashion Festival

19 października 2012

10 dni, 20 filmów – niestety wszystkich nie dałam rady obejrzeć. Ale część jednak mi się udało. Stawiałam przede wszystkim na dokumenty. Wrażenia? Po kolei :)


Pełną listę filmów oraz trailery możecie zobaczyć na stronie Art&Fashion Festival: In Motion Doc oraz In Motion.


Pierwszy film to Victor and Rolf: Because We’re Worth It (2006). Jeśli tytuł kojarzy Wam się znajomo, na przykład z reklamami różnych kosmetyków kończącymi się słowami „ponieważ jesteś tego warta” to jesteście na dobrym tropie. Dokument w podtytule zapowiadał, że chodzi o tworzenie domu mody, ale …


Ale zasadniczo chodziło o ten moment w karierze Victora Horstena i Rolfa Snoerena, kiedy nawiązali współpracę z firmą L’Oreal. Koncern zdecydował się na wypromowanie ich pierwszych perfum „Flowerbomb” i wokół tego wydarzenia toczy się akcja filmu. Owszem, z jednej strony mamy informacje o kilku ich pokazach, np. inspirowanych komunią świętą czy technologią bluescreen, którą spotyka się w prognozach pogody, a z drugiej – główną osią jest przygotowanie pokazu „Flowerbomb” (2005) połączonego z promocją nowych perfum. Co uważam za istotne, to pokazanie osób zaangażowanych w tworzenie całej kolekcji, przede wszystkim szefa atelier V&R Martina van Dusseldorpa, zwrócenie uwagi na poszczególne etapy powoływania nowych ubrań do życia, eksperymentowania z nowymi materiałami czy rozwiązaniami, żeby uzyskać efekt przedstawiony na szkicu. Widać mnóstwo pracy i mnóstwo włożonych w to pieniędzy.


Ciekawa jest m.in. uwaga Victora, który w pewnym momencie mówi, że nie wierzy w coś takiego jak targetowanie, czyli przygotowanie kolekcji pod określonego odbiorcę. Jego zdaniem tworzy się pewną wizję kolekcji i wówczas, gdy jest wizja, znajdują się i odbiorcy – czyli patrząc na to z mojej strony: wierzy w to, że jak stworzy podaż, to będzie i popyt. Można patrzeć i tak, ale czy to nie jest nazywanie tego samego zjawiska innymi słowami? Projektantowi nie odpowiada „określanie targetu”, woli ową „wizję”, ale w innym miejscu sam mówi o tworze takim jak „kobieta V&R”, która jest niezależna, silna i tworzy własne zasady. Czyli.. określa target firmy ;)


Nie powiedziałabym, że film był porywający, ale uważam, że warto go obejrzeć – z czystej ciekawości, kim są Ci panowie, dlaczego uznaje się ich z spadkobierców haute couture i jako punkt wyjścia dla własnych poszukiwań. Ja z przyjemnością przeglądam ich kolekcje na firmowej stronie, jakoś udało im się zachęcić mnie do zajrzenia do ich bajki ;)


Jedyne moje rozczarowanie okołofilmowe to brak obecności Michała Chacińskiego, który był współkuratorem serii In Motion Doc. Nie ukrywam, liczyłam na jakiś „wstęp” do filmu oraz na choćby mini-dyskusję po filmie (pomimo braku takowej informacji na stronie wydarzenia i tak miałam nadzieję na „coś więcej”, taka jestem nienażarta ;)) Cóż, może w przyszłym roku to się zmieni? Moim zdaniem warto wprowadzić ten element, żeby nie tylko pokazywać ruchome obrazki, ale także powiedzieć dlaczego akurat ten film jest ważny, co on pokazuje i w jaki sposób.


Dylemat nierozwiązywalny po obejrzeniu filmu: czy przystojnieszy jest Victor, czy Rolf?
O Losie, czemu mnie stawiasz przed takimi pytaniami rodem z Szekspira?…


Dokument numer dwa, który obejrzałam, to Dressed (2011). Film opowiada historię młodego projektanta, który dopiero stawia swoje pierwsze kroki w modowym biznesie, a jego drogę przeplatają opinie różnych osób z branży mody – np. Simona Collinsa z Parson’s School of Design czy dziennikarki Lynn Jaeger – o tym, jak trudna jest to ścieżka i jak wiele trzeba poświęcić w imię tzw. sukcesu. Tym młodym projektantem jest Nary Manivong, który już na samym początku filmu obudził moją sympatię. Czym? Olbrzymią determinacją w dążeniu do realizacji swojego marzenia, niepoddawania się przeciwnościom losu, a przy tym olbrzymią wiarą w to, że uda się spełnić własne marzenie (choć nie bez zwątpień i i momentów pod hasłem „nie dam rady”, „to zbyt wiele” czy „i co ja teraz mam zrobić”). Brzmi jak dydaktyczna powiastka dla osób pretendujących do bycia projektantem? Tak, tak to właśnie brzmi. A jednak ta historia urzeka – przede wszystkim postacią głównego bohatera, dla którego ten film jest nie tylko dokumentem z jego codziennej pracy nad przygotowaniem kolekcji, ale także rozprawieniem się z własnym dramatem.


I nie chodzi tu o to, że materiał okazał się być inny od pożądanego, czy o załamywanie rąk nad tym, że w pierwszym rzędzie posadzono nie tych, co trzeba. Nary, gdy miał lat 14, wraz z rodzeństwem został porzucony przez rodziców, z dnia na dzień stając się bezdomnym dzieciakiem. Poradził sobie, owszem, ale kosztowało go to mnóstwo. Zanim dotarł do punktu, w którym zabrał się do tworzenia pierwszej kolekcji, przede wszystkim walczył o to, żeby przeżyć z dnia na dzień. Pieniądze na pierwszą kolekcję zgromadził pracując na dwa etaty gromadząc budżet w wysokości ok. 6000 dolarów (czyli malutko), sam nauczył się projektowania z książek dostępnych w bibliotekach. Przez cały czas powtarza, że trzeba dać z siebie wszystko i ciężko pracować. Najważniejsza jest pasja – twierdzi z kolei Simon Collins – ale bez ciężkiej pracy nie będzie efektów. Dane z rynku amerykańskiego mówią, że po pierwszym roku od ukończenia szkoły 60% młodych projektantów wypada z rynku, po dwóch latach – 80%. Może warto to mówić kandydatom/tkom do tego zawodu na samym początku?


Czy ostatecznie Nary’emu „udaje się”? Chyba powolutku tak. Znalazł inwestora na kolejne kolekcje, rozpoczął współpracę z Aleksandrią Hillfiger (wnuczką Tommy’ego Hilfigera), z którą tworzy markę NAHM. Mam olbrzymią słabość do ludzi z pasją, więc trzymam kciuki za sukces tego projektanta. Zanim ktoś powie, że u nas jest trudno się przebić, może niech najpierw obejrzy ten film?


Po dwóch dokumentach nadszedł czas na nieco bardziej rozrywkowe pokazanie mody: tańczą, śpiewają, mają ładne kiecuszki, czyli Zabawna buzia (Funny Face, 1957) z Audrey Hepburn i Fredem Astaire’m jako głównymi nazwiskami. Historyjka o przemianie brzydkiego kaczątka w łabędzicę plus love story plus akcja dzieje się w otoczce magazynu mody – to musiał być sukces. Film jest lekki, ozdobiony buzią Audrey Hepburn, która jawi się tutaj jako słodki, egzaltowany cukierek. Mnóstwo przerystowanych sytuacji, wręcz satyra na świat kolorowych okładek, cała masa klisz, pod hasłem „znamy to i lubimy”, czyli skromniutka bibliotekareczka staje się modelką, zakochuje się w fotografie, jest Paryż w tle, jest Wielki Projektant (francuski oczywiście). Ujęcia modelowe, co nie dziwi, skoro w roli wizualnego konsultanta pojawił się Richard Avedon, muzyka dopracowana – czyli Gershwin, a stroje w części paryskiej zaprojektowane przez Huberta de Givenchy, uczta dla oczu.


Sceny, które najbardziej skradły moje serce są dwie: pierwsza to fragment, w którym Audrey tańczy w paryskiej kawiarni. Jest po prostu fenomenalna. Może chodzi też o to, że akurat w tej scenie nie mówi? Ten rodzaj szczebiotu produkowanego przez jej bohaterkę trochę działał mi na nerwy. Jednak tanecznie to dla mnie majstersztyk. Drugi natomiast moment to taneczno-wokalny popis Freda Astaire’a oraz Kay Thompson. Trzeba zobaczyć. Kay Thompson gra w filmie redaktorkę naczelną magazynu Quality, do którego zbiegiem okoliczności wszelakich trafia Audrey, czyli filmowa Jo Stockton. I moim zdaniem zderzenie tych osobowości wygrywa ekranowa pani redaktor (skrzyżowanie osobowści ówczesnej redaktorkiVogue Diany Vreeland oraz redaktorki Harper’s Bazaar Carmel Snow). Dlaczego? Bo jest charakterna, zdeterminowana na zrealizowanie swojej wizji, jest „jakaś”. Przy niej Jo Stockton charakterologicznie wypada dosyć miałko, owszem – ma ładną buzię, jest młoda i świeża, ale przy tym też trochę nijaka. Rozumiem, że „to jest przecież Audrey”, ale dla mnie gwiazdą tego filmu zostanie jednak pani Thompson.


Projekcję filmu poprzedził króciutki wstęp profesora Marka Hendrykowskiego, aż muszę to napisać: zbyt krótki. Mówiąc o filmie, pan profesor użył słowa „modowy” (kamyczek do dyskusji, czy używać tego słowa, czy nie), więc może powoli wchodzi ono w uniwersytecki język? Szkoda też, że przy końcówce filmu coś stało się z taśmą i mam wrażenie, że nie dane nam było obejrzeć pełnego zakończenia. Całość obejrzeć warto, choć jeśli komuś nie odpowiada forma musicalowa, to … można obejrzeć wersję bez dźwięku?


Przeskok do kolejnego filmu to jak z dnia na dzień przenieść się z krainy lodu do tropiku lub odwrotnie. Zobaczyłam dokument o Helmucie Newtonie, którego albo się lubi, albo nie cierpi i to z tego samego powodu, czyli sposobu w jaki fotografuje kobiety. Pisałam kiedyś o jego wystawie Polaroids, którą można było obejrzeć w berlińskim Muzeum Fotografii, a po właśnie obejrzanym dokumencie mam ochotę na wiecej Helmuta. W Frames from the Edge(1989) obserwując fotografa przy pracy i słuchając jego wypowiedzi najbardziej w oko i ucho rzuca się szczerość.


Tak, jest burżujem, tak, lubi piękne, długonogie modelki w butach na obcasach, tak, ma gdzieś ich „wnętrze” czy „duszę”, bo co to w ogóle takiego – on widzi ciało i fotografuje ciało. A w ogóle mówiąc o fotografowaniu Newton uważa, że należy unikać takich brudnych słów jak „sztuka” oraz „dobry gust”. I trzeba mieć dystans do swojej pracy, a nie uważać się za kolejne wcielenie Rembrandta obwieszonego najnowyszym sprzętem w ilościach nadmiernych.


Warto też zobaczyć to, co Newton ochrzcił mianem „kalifornijskich paznokci”, które są jednym z elementów pojawiących się na jego zdjęciach czy w jaki sposób fotografował modelki do reklam jakichś rur dla austriackich klientów – ten obrazek dzielą lata świetlne od wciąż częstych na naszych billboardach reklam, które sprzedają różne utensylia przy wsparciu kobiecych biustów, tyłków i nóg.


Film nie odnosi się tylko do pracy fotografa z modelkami i tworzeniem aktów, ale pokazuje również od kiedy i dlaczego Helmut zaczął zajmować się portretami ludzkimi, na których osoby występują całkowicie ubrane (choć dla niektórych w tym momencie film może przestać być interesujący ;)).


Czy zatem Newton to tylko perwersyjny podglądacz czy wnikliwy obserwator? A może jedno drugiemu nie zaprzecza? Przekonajcie się sami.


Film Wendersa – Notebook on Cities and Clothes (1989) – pokrywa się kurzem na półce od dobrych kilku miesięcy, jeszcze nie nadszedł jego czas. Ale jak nadejdzie, to na pewno podzielę się z Wami tą dobrą nowiną.


Na niedzielny wieczór zaplanowano film pt. L’Amour Fou – Yves Saint Laurent (2010), czyli historia opowiedziana przez Pierre’a Berge’a, parntera życiowego YSL. Widziałam dwa razy i polecam. A skoro widziałam już wcześniej, to żeby nie wyjść z filmowego ciągu, ale mimo wszystko zobaczyć film, o którym można by coś napisać w kontekście ubiorów wybrałam się na…


Niezniszczalnych 2! Film z gatunku sajcze fikcze, dużo męskich sylwetek, czasami niemieszczących się w kadrze. Kostiumy zaprojektowała Lizz Wolf i to ją należałoby zapytać, gdzie zdobyła taki wielki podkoszulek dla Sylwestra i okulary jakiej marki nosił w filmie van Damme. Nie może być przypadkiem, że jeden z aktorów nosi nazwisko Couture (heloł!), więc film ten jak najbardziej można analizować jako film modowy, znaczy się ten no, fashion film. Także gdyby w przeszłości ktoś chciałby go pokazać w ramach AFF są już wystarczające przesłanki do tego.


Po niezniszczalnych bohaterach przyszła pora topmodelki z przeszłości. About the face. Supermodels Then and Now(2012) rozpoczyna odpowiedź Carmen dell’Orefice na temat liftingu. Jak tylko pokazała się na ekranie jedna z dziewczyn siedzących tuż przede mną zaszeptała „ale ona stara”. Był to niewątpliwie niezamierzony komentarz do kwestii liftingu twarzy.


Film pokazuje, że jeszcze kilka dekad temu modelki nie były celebrytkami, płacono im przeciętnie, a przede wszystkim mówiąc innym, że pracują jako modelki było to często traktowane jako ładne nazwanie prostytutki. Jedna z pań, gdy została modelką i powiedziała o tym mamie, zostało to skwitowane krótkim „to miło”. Ta sama mama była niesamowicie zdumiona widząc córkę w reklamie telewizyjnej: „ty naprawdę jesteś modelką?” – jej skojarzenie co do nowego zajęcia córki od razu poszybowało w stronę „modelki ulicy”.


Zdjęcia z gazet, sesji fotograficznych i imprez przeplatają się z wypowiedziami byłych supermodelek. Operacje plastyczne, stosunek do starzenia się, kult młodości, AIDS – te tematy pojawiają się w opowieściach. Szkoda, że odpowiedzi są tak krótkie i przecinane zdjęciami, w większości dotykają tylko powierzchni zjawisk, zauważają – tak, były narkotyki, ludzie zmarli z powodu przedawkowania, jestem za botoksem, jestem przeciw liftingom, był rasizm i różne standardy dla modelek o innym od „beżowego” kolorze skóry. Podążając za myślą Isabelli Rossellini można zapytać czy aby chęć zrobienia sobie operacji plastycznej nie jest współczesnym odpowiednikiem krępowania stóp lub gorsetów? Czy faktycznie kobiety tak bardzo pragną młodości i stąd ów kult młodości w reklamach, bo mają one sprzedawać marzenia? Czy może jednak skierowane są one do młodych osób, które mają identyfikować się z bohaterką reklamy – piekną, młodą i wiecznie uśmiechniętą? Może jednak kobiety wcale tak bardzo tej młodości nie pragną? Jest kilka ciekawych wątków, które mogły być pociągnięte dalej, głębiej, bez wrażenia ślizgania się po powierzchni, bo w końcu było-minęło.


Film wart pokazania chociażby z tego powodu, że niektóre młodsze osobniki gatunku ludzkiego miały okazję przekonać się, że tacy starzy ludzie też jeszcze żyją. Gdzie oni są, skoro nie widać ich w Starym Browarze? No w Ameryce przecież. A u nas? Gdzie?


Bert, Bert Stern. Co by tu o nim napisać? Że fotografował jak szalony? Że zrewolucjonizował podejście do fotografii w reklamie? Że uważa kobiety za najwspanialsze istoty ziemskie, przy których mężczyźni to niewolnicy? Bert Stern – Original Madman (2011) to opowieść fotografa o jego pracy i życiu osobistym – z zachowaniem takiego właśnie porządku, a zasadniczo po pracy chyba długo, długo nic, a dopiero potem rodzina. Zresztą, żona numer dwa Allegra Kent (primabalerina nowojorskiego baletu) odeszła od niego. Zostawmy jednak te osobiste wycieczki, a wróćmy do fotografii.


Bert Stern jest TYM fotografem, którego zdjęcia Marilyn Monroe przeszły do historii. 6. sierpnia 1962 roku Marilyn ukazała się po raz pierwszy na okładce Vogue’a. Dzień wcześniej popełniła samobójstwo. Zdjęcia z tej sesji umieściłam na fejsbuku. Po latach Bert zrobił sesję z Lindsay Lohan, która była prostym kopiuj-wklej sesji z Marilyn, co w ogólnym odbiorze nie wyszło mu jednak na dobre.


Postać ciekawa jako bohater filmu, bo mamy tu i ogromną pasję, i romanse przez duże R i szaleństwo przez duże SZ. Bohater, który w pewnym momencie ponosi kleskę, traci wszystko, ale powstaje niczym Feniks, choć do końca z nadpalonym ogonem. Film o olbrzymim sukcesie i wielkiej stracie – widownia uwielbia takie filmy. Trochę mnie więc dziwi, jak wiele osób opuściło salę tuż przed projekcją, jak tylko zakończyło się spotkanie z Magdą Dąbrowską, projektantką w firmie YES. Cóż, ich strata.


Kolejny dokument Material Success (2012) nie znęcił mnie trailerem, więc po prostu sobie odpuściłam. Jeśli jednak straciłam wiele, to może mnie kto oświeci, a ja obiecuję poprawić się i więcej sobie nie odpuszczać. Amen.


I ostatni film pokazywany w ramach In Motion Doc, czyli Political Dress (2011) – nasza rodzima produkcja, na którą ostrzyłam sobie zęby od chwili jego powstania. I taka z apetytem na film chodziłam sobie już od lutego. A jak mówi przysłowie: apetyt rośnie w miarę głodu. Zatem obiecywałam sobie wiele i ciut więcej.


Biorąc pod uwagę, że to jest przede wszystkim film skierowany do obcokrajowców, którzy mają w ten sposób poznać pewien element polskiej historii, to film mnie nie zachwycił. Jeśli ktoś nie orientuje się w średnim stopniu w historii Polski to ten film będzie niewiele więcej jak korowodem różnych postaci, zdjęć i muzyki.


Dlaczego na temat podejścia do ubioru wypowiadają się takie osoby jak Wilhelm Sasnal, Andrzej Wajda, Mariusz Treliński czy Janusz Głowacki? Owszem, to postaci interesujące i jako osoby reprezentujące tzw. kulturę mają na pewno wiele ciekawego do powiedzenia i rękawy pełne anegdot. Rozumiem pomysł promowania poprzez film różnych twórców – nie tylko tych związanych z modą – niemniej te krótkie ujęcia choć mogą być zabawne i zrozumiałe dla polskiej publiczności, to nie do końca wiem, jak ktoś nieorientujący się w polskich realiach zrozumie, dlaczego akurat są tam tacy ludzie. Od strony mody pojawia się Barbara Hoff (reprezentująca Przeszłość), Ania Kuczyńska (reprezentująca Przyszłość Mody Polskiej – przedstawiona jako największa nadzieja polskiej mody). Jest i Jerzy Turbasa, jeden z najpopularniejszych polskich krawców. Pojawiają się też osobowości muzyczne, czyli Kora i Tomek Lipiński.


Jest też fragment poświęcony karierze Biby, czyli Barbary Hulanicki, która dopiero niedawno odnowiła swoje kontakty z Polską – wcześniej przez kilkadziesiąt lat nie odwiedzała kraju urodzenia. Pani Hulanicki zasługuje na osobny wpis, bo ciekawi mnie fenomen tzw. „polskiego twórcy zagranicą”, który to wyjeżdża z kraju dzieckiem będąc i odnosi za ową granicą sukces. A potem odkrywa na nowo swoją ojczyznę.


Mam takie wrażenie, że Autorki filmu chciały powiedzieć coś o wszystkim i wyszedł trochę groch z kapustą. Z jednak strony cieszy mnie, że takie inicjatywy są podejmowane, że jest ten rodzaj entuzjazmu, który dyktuje, że właśnie trzeba powiedzieć o jak największej ilości spraw, ale z drugiej strony jak na niedługi w końcu film tych spraw moim zdaniem jest zbyt wiele. Ciekawie byłoby pokazać ten film studentom kierunków projektowania ubioru na zagranicznych uczelniach i zapytać, czego się z niego dowiedzieli.


Warto jednak było obejrzeć ten film dla jednego zdania, swoistego podsumowania wszystkich ceregieli związanych z tematem mody i ubioru, a mianowicie stwierdzenie: Moda to rzemiosło dotknięte manią wielkości. Jego autorem jest projektant Tomasz Starzewski, o którym kiedyś wspominałam. Nie będę Wam jednak dalej rozbijać filmu ciągnąc dziś ten wątek. Przyznaję, że akurat jako koszyk pomysłów do wpisów o tym czym jest moda i jak jest postrzegana akurat Political Dress okazał się być najbardziej owocny. Na tym jednak skończę na dziś i rzucam Wam te moje uwagi na pożarcie. Można się nie zgadzać, ale uprzedzam z góry, że jak czegoś dziś nie opublikuję lub nie odpowiem, to znaczy, że sieć w domu się zbuntowała na dobre i trzeba czekać na fachowca do poniedziałku.


Dokumenty będzie można zobaczyć jeszcze raz w sobotę i niedzielę (20.-21.10.) w Słodowni (poziom +1), wstęp wolny, ilość miejsc ograniczona. Dla tych co nie widzieli pozostaje problem bilokacji: bo jak równocześnie oglądać filmy i uczestniczyć w wykładach? Przyjemności życzę.


A dziś o 19.00 w Atrium Starego Browaru wernisaż prac osób biorących udział w warsztatach AFF – do zobaczenia!