Radości, szpile i przyjemności, czyli o czym rozprawiano na wykładach AFF

22 października 2012

Dwa dni skupienia, różnorodne wystąpienia, dyskusje i scysje. Zaglądanie pod podszewki pomysłów, ocieranie się o osoby znane i mniej znane, łączenie przyjemnego z pożytecznym. Taka jest moja pierwsza refleksja po wykładach zorganizowanych w ramach Art&Fashion Festival w Poznaniu.


Czy było warto? „Yes, yes, yes!” cytując byłego premiera. Nieobecni niech żałują. Kapelusze z głów wobec Starego Browaru za relację na żywo dla tych, którzy nie mogli przyjechać. Wczoraj na fejsbuku umieściłam linka do filmów z wystąpieniami, które można sobie spokojnie obejrzeć w domu, więc zdecydowałam, że nie będę w żaden sposób streszczać tych wystąpień, a jedynie napiszę o tym, co mnie w jakiś sposób zainteresowało czy zmusiło do przemyśleń.


Dzień pierwszy rozpoczęli panowie z Showroomu: Jasiek Stasz i Michał Juda. Ciekawe są ich przewidywania co do przyszłości naszych zakupów w sieci: będziemy kupować więcej (pomimo tego, że – w przypadku ubrań – nie da się tego przymierzyć i wiele osób ma problem z rozmiarówką), nastąpi profesjonalizacja usług, klienci staną się bardziej wymagający i nastąpi dwyersyfikacja kanałów sprzedaży. Ich zdaniem będzie też krystalizować się grupa wpływowych osób – blogerów i blogerek – którzy będą opiniotwórczy. Myślę, że to już się dzieje, choć wciąż na niewielką skalę.


Zwrócili też uwagę na problem przed którym stają niektóre młode marki: pojawia się inwestor, który chce wyłożyć pieniądze na biznes, ale oczywiście też czegoś w zamian oczekuje. To jest sprawa, do której większość młodych osób projektujących ubrania jest zupełnie nieprzygotowana – nie wiedzą, jak mają z takim inwestorem rozmawiać, na co zwracać uwagę, o czym ma być taka rozmowa. W panelu projektantów Michał Szulc przyznał się, że do prowadzenia takich rozmów był jeszcze niedawno nieprzygotowany (a teraz ma takie spotkanie przed sobą i jest gotowy na prowadzenie rozmów, za których korzystne dla obu stron rozwiązanie warto trzymać kciuki).


Jedną z ostatnich uwag, jakimi panowie z Showroomu się podzielili była informacja o tym, że marka zaczyna zarabiać po 5-7 latach. Nie wyklucza to sytuacji, że można to prawdopodobnie czasem osiągnąć szybciej, ale ogólnie rzecz ujmując to jest czas, który trzeba sobie założyć na pracę, budowanie tożsamości marki bez wymagania jakiegoś kolosalnego zarobku. Tak się zastanawiam, czy można to odnieść do budowania pozycji bloga w sieci – czy te kilka lat to jest krótko czy długo?


Cieszy też wiadomość, że Showroom staje się platformą, na której zakupów dokonują nie tylko osoby z Polski, ale także z zagranicy. Panowie twierdzą, że sprzedaż zagraniczna wzrasta, ale nie podali żadnych liczb – bo najwyraźniej nie mogą podawać takich danych do wiadomości publicznej. Niemniej, z czystej ciekawości chciałabym wiedzieć, czy ten wzrost to np. z 3 klientów zagranicznych do 30, czy z 30 do 300, w jakim okresie, z jakich krajów. Po prostu ciekawość, jak to wygląda.


Drugi wykład prowadziła Natalia Hatalska i dotyczył on wykorzystaniu nowych technologii w modzie. Czekam aż na stronie pojawi się prezentacja z wystąpienia, którą warto obejrzeć ze względu na niezwykle pomysłowe zastosowania technologii w różnych ubraniach, jak np. kalosze, w których ciepło ze stopy jest wykorzystywane jako źródło energii dla ładowarki do telefonu, sukienka z wbudowanym telefonem, co zwalania kobietę od noszenia torebki czy sukienka ozdobiona motylkami, których skrzydła poruszają się w rytm bicia naszego serca.


Pojawiła się refleksja, że te projekty – choć często zaskakują, bawią czy interesują – nie mają jednak szczególnych szans na wejście do masowej produkcji chociażby na uciążliwość ich prania. Niektóre są związane z leczeniem, jak stanik, który dzięki zastosowanej technologii może wykryć raka piersi w jego bardzo wczesnym stadium, ale to już nie jest produkt, który ma szansę być modnym, choć użytecznym na pewno.


Myślę, że w większości przypadków nazywanie tych projektów „modą” nie jest trafne, bo po pierwsze: to są dopiero innowacyjne projekty, być może niektóre z nich składają się na wczesny etap jakiegoś nowego trendu, ale dopóki jakiś pomysł nie zostanie naśladowany przez sporą grupę osób, to mówimy o prototypach, innowacji, ale nie o modzie.


Pani Hatalska jest niewątpliwie entuzjastką nowych technologii i zebrane pomysły prezentowałą wyłącznie od strony ich zalet, możliwości rozwoju. Na slajdach pojawił się m.in. projekt kurtki, do której jedna osoba może wysłać impuls, który spowoduje napompowanie tej kurtki – coś w rodzaju przesyłania uścisku na odległość. Ten impuls-”przytulenie” może odebrać osoba nosząca ową kurtkę. Ten akurat projekt mnie osobiście wydał się niezwykle smutny, w tym erzacu przytulenia widzę rozpaczliwą tęsknotę za bliskością, której jedna osoba jakoś drugiej nie może dać ot tak po prostu, fizycznie, dotykiem. Być może tym zdaniem wykopałam sobie dołek z napisem „należę do minionego pokolenia”, ale taka jest mój odbiór tego wynalazku.


Najwięcej zainteresowanych zebrał pierwszego dnia panel projektantów. Moderatorem dyskusji był Piotr Zachara, natomiast uczestnikami panelu byli Ania Poniewierska, Maldoror, Bartek Michalec i Łukasz Laskowski z Zuo Corp. oraz Michał Szulc. Nie pojawiła się Joanna Klimas, a szkoda. Poszczególne pytania i odpowiedzi możecie sobie obejrzeć, napiszę tylko o tym, co mnie najbardziej obchodzi.


Zacznę od Maldorora i jego uwagi, że brakuje u nas (czytaj: w Kraju Nadwiślańskim) osób, które mają coś do powiedzenia pod kątem recenzowania kolekcji. Trudno się nie zgodzić, że wiele recenzji sprowadza się do wyliczenia ilości modeli, kolorów kreacji i opisania zasadniczo tego, co modelki mają na sobie podczas pokazu, a co możemy zobaczyć na zdjęciach załączonych do takiej recenzji. Często brakuje odniesień do możliwych inspiracji, patrzenia w kontekście historii ubioru, bieżących trendów, potencjalnej grupy odbiorców. „Sukienka jest biała” to stwierdzenie z gatunku „koń, jaki jest, każdy widzi”. Patrząc z tej lepszej strony: jest zatem przestrzeń do zagospodarowania, żeby napisać coś więcej niż proste stwierdzenie faktu, trzeba czytać, oglądać zdjęcia, albumy, pokazy, czytać, czytać… Podążając za tą myślą, odnoszę też wrażenie, że brakuje wciąż krytyki mody w tym zakresie, żeby móc wskazać: to było ok, to jest twórcze i nowatorskie, to słabe, ale można poprawić lub: poczekaj jeszcze trochę, jest potencjał, doucz się i potem pokaż znowu. Zaczynamy w ten sposób temat-rzekę na kolejny panel.


Bardzo dobra informacja, która wypłynęła z dyskusji dotyczyła tego, że brak osób znających się na konstrukcji ubioru. Brak ten jest chroniczny, czyli jest nisza do zagospodarowania. Jeśli ktoś się zastanawia, gdzie można znaleźć dla siebie miejsce w świecie mody, to stanowisko konkstruktora odzieży to jest TO.


Kolejny ważny punkt: nauczenie klienteli, że dobra jakość kosztuje. Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami, z jednym malutkim zastrzeżeniem. Otóż, niektóre osoby projektujące ubrania należy też nauczyć, żeby nie przesadzali z ceną swoich produktów. Wiem, że przywołanie przykładu: dlaczego mam płacić za szarą bluzę z dresu „od projektanta” 280 złotych w promocji, skoro w sieciówce zapłacę za lepszą jakość, a niemal identyczny krój 169 złotych? Owszem, przykład jest skrajny i wiem, że to tępy nóż wsadzony w serce wrażliwych twórców.


Niemniej to są dwie strony tego samego medalu: chodzi o jakość. Klientów warto nauczyć, że w przypadku „produktu od projektanta” płacimy za czas przeznaczony na wymyślenie projektu, próby z konstrukcją, materiał na owe próby i na produkt końcowy, na uszycie produktu, na zatrudnienie innych osób do pomocy – i ja się z tym wszystkim zgadzam (i nie wymieniłam jeszcze wszystkiego, co składa się na cenę wyższą od sieciówkowej). Niemniej klient raczej nie lubi być robiony w przysłowiowe bambuko i dlaczego głównym argumentem przeważającym szalę ma być informacja „to jest rzecz od polskiego projektanta”, a nie przede wszystkim i na pierwszym miejscu jakość owej rzeczy?


Jasne, nie jest w porządku sprowadzanie wszystkiego do ceny – klienci często płacą właśnie za historię towarzyszącą marce, utożsamają się z pewną ideą i to też jest ważne. Ale ile i jak wycenić taką stawkę godzinową? To jest bardzo trudne i nie potrafię znaleźć na to odpowiedzi.


No i kolejny temat: „polskość”. Co to znaczy „polska moda”? Osoby biorące udział w panelu mają zupełnie inny styl, projektują dla różnych klientów, mają inną wizję swojej twóczości. Co ich łączy w tej „polskości” poza narodowością? Kiedyś się nad tym zastanawiałam i trudno mi po tej dyskusji wymyślić coś lepszego, mam raczej jeszcze więcej wątpliwości po co ta kategoryzacja.


Owa przynależność do Polski wydaje mi się też z tego względu nieistotna, że tworząc dobry projekt z dobrych materiałów w cenie 800-1000 zł za sztukę odzieży projektanci nie konkurują tak naprawdę ze sobą – konkurują z całym światem. Osoba, która bez większych obciążeń wydaje takie kwoty na ubranie (jedno z wielu) najprawdopodobniej ma pieniądze na to, żeby coś ciekawego kupić sobie w Berlinie, Londynie czy Mediolanie. Czy „powinna wspierać polskie marki”? To jest określenie, które moim zdaniem powinno wylecieć z dyskusji o modzie: osoby projektujące ubrania czy akcesoria to nie sieroty, a klienci to nie instytucje charytatywne. Naprawdę wierzę, że jakość się obroni – tylko potrzeba na to czasu, owe wspomniane przez panów z Showroomu 5-7 lat, a nie oczekiwanie, że zwrot nastąpi po roku-dwóch.


Nie wydaje mi się również, że to, o czym napisałam o kwestii cena-jakość i to, o czym przede wszystkim mówił Bartek Michalec z Zuo Corp. jest wiedzą ogólnie dostępną i warto było to wyłożyć na łopacie. To, co może jest oczywiste dla projektantów może wcale nie być oczywiste dla klientów. Innymi słowy: trzeba rozmawiać, choć temat pieniędzy często jest uważany za mało elegancki, a przy tym wywołuje dużo emocji – moim zdaniem zupełnie zbędnie.


Chętnie kontynuowałabym wymianę zdań z Maldororem na temat tego, co to jest moda i dlaczego nie zgadzam się z z jego stwierdzeniem, że kiedyś moda była luksusem, a teraz jest dostępna do wszystkich i to powinno się jego zdaniem zmienić. Moim zdaniem o tym, że coś staje się modne decyduje akceptacja szerokiego grona odbiorców. Jeśli coś – ciuch, fryzura, zachowanie – nie jest podchwycone i naśladowane, to nie jest moda, tylko tworzenie pojedyńczych sztuk odzieży. Możemy tu mówić o prototypach albo o haute couture, ale to dla mnie nie jest moda. Paneliści odesłali mnie do filmu „Diabeł ubiera się u Prady” i do sceny z niebieskim sweterkiem, żebym zrozumiała czym jest moda. Niestety nie dorwałam się ponownie do mikrofonu, żeby odwzajemnić poradę i zasugerować przeczytanie Filozofii mody Simmla oraz Fashion:A Philosophy Svendsena. Mogło być jeszcze ciekawiej. Innymi słowy: tak, to ja jestem osobą z wadą wymowy, która zadała to druzgocące pytanie o cenę i jakość.


Żeby nie przedłużać (ma się to poczucie humoru, co nie?) ostatecznie wyszłam z panelu bardzo zadowolona, z listą pomysłów na kolejne wpisy i olbrzymią chęcią dowiedzenia się, co myślą osoby projektujące ubrania na tematy wszelakie. Na pytanie „czy państwo czujecie się artystami, czy może nie – i dlaczego?” odpowiedzi nie otrzymałam, a w kontekście dywagacji czy moda to sztuka oraz czy projektant to artysta bardzo mnie to nurtuje. Ale snu z powiek póki co mi to nie spędza. Ta moja potrzeba dowiedzenia się, co te osoby myślą i dlaczego tak myślą płynie z tego, że myślą często zupełnie inaczej ode mnie. Nie mam potrzeby, żeby się z nimi zgadzać, ale chciałabym poznać ten inny tok myślenia i spróbować zrozumieć z czego on wynika. Na razie uznaję temat za muśnięty.


Dzień drugi otwierał wykład Barbary Ruediger oraz Susanny Neuburger z wiedeńskiego MUMOK-u, które były kuratorkami wystawy Sztuka i moda. Po obejrzeniu slajdów z wystawy aż mnie skręciło z żalu, że nie udało mi się jej zobaczyć. To był wykład najbardziej merytorycznie związany z tematem festiwalu, ponieważ odnosił się do historycznego kontekstu relacji między sztuką a modą. Był to też wykład na którym było najmniej osób.


Nie wiem, czy wynika to po części z tego, że został przełożony z soboty na niedzielę i to w dodatku na 10.30. Czy może część osób zniechęciła do wyjścia mgła gęsta jak mleko w niedzielny poranek? A może po prostu wiedza o futurystach, Sonii Delaunay czy roli kombinezów roboczych dla mody jest już tak oczywista, że nie ma sensu przychodzić? Być może tylko ja mam pecha i ciągle trafiam na jakieś bolesne banały w zasobach sieci i wykrzyknikowe „moda to sztuka!”, które często pokazuje, że to wszystko co autor/ka ma do powiedzenia i nie ma w tym żadnej refleksji i wiedzy. Pytanie o to, co to jest moda i co to jest sztuka wcale do prostych nie należą. Skąd więc tak mała frekwencja?


Następna prelekcja i zdecydowanie mój numer jeden to wykład na temat Fashion Marketing: Creative Business. Wystąpiła Monika Kapłan-Grec. Rewelacyjnie przygotowane i przedstawione wystapienie, a analiza przypadku dotycząca wprowadzenia na rynek marki Mohito – bezcenna.To samo jeśli chodzi o pracę nad kampanią dla Reserved pod hasłem Beautiful Story. Nie zamierzam tego streszczać, bo nie uda mi się tego oddać tak dobrze jakbym chciała i naprawdę lekko naciskam, żebyście to zobaczyli.


Padło jednak w tym wystąpieniu kilka uwag, do których chcę wrócić.


Np.: kobiety jedno mówią, drugie robią – przynajmniej jeśli chodzi o badania przeprowadzone w dziale marketinu, którym kierowała prelegentka. To znaczy: kobieta chce mieć swój własny styl, ale nie wie, jak to osiągnąć, w konsekwencji kupując nową rzecz bardzo podobną do tego, co już ma w szafie. Ellejako inspiracja? To „przebieranki”. Wiele kobiet nie ubierze czegoś odmiennego w ramach eksperymentu, jeśli nie zostanie to zaakceptowane przez koleżanki czy partnera. Zatem pytanie „czy kupiłaby pani rzecz X?” nijak się ma do rzeczywistości: co innego deklaracje, co innego działania.


Co trzeba zrobić aby określić profil klientki? Można stać przed sklepem z aparatem w ręku i robić zdjęcia kobietom wchodzącym do sklepu. A potem zastanowić się, czy aby opracowana kampania pokazująca rockandrollową dziewczynę to oferta do sfotografowanych klientek w białych bluzkach i ciemnych spodniach. I co możemy zaoferować w rozmiarze XL? Dlaczego niczego nie proponujemy?


Dlaczego oferta sklepów wygląda jak wygląda? Bo 80% to rzeczy typu basic – proste, nie rzucające się w oczy projekty, z ciekawym może akcentem, ale jako całość na pewno nie ekstrawaganckie. Te typu fashion to tylko 20% oferty. To jest odpowiedź, której szukałam krążąc po sklepach: dlaczego tam wciąż wiszą rzeczy, które wydają mi się być takie same jak sezon temu?


Konkretnie, na temat i w dodatku od kogoś, kto ma wiedzę na omawiany temat? Czego można chcieć więcej?


Przy następnym wykładzie okazało się, że można. Lida Hujic opowiadająca o kształtowaniu się trendów z góry uprzedziła, że mówi szybko i wtrąca słowa slangowe – serdecznie współczuję tłumaczowi. Ale przy okazji trochę szkoda, że zapomniała, że mówi do publiczności dla której angielski nie jest rodzimym językiem i chociażby z tego powodu mogłaby zdobyć się na nieco wolniejsze tempo wypowiedzi. Do tej postaci i wykładu wrócę, jak tylko przybędzie do mnie książka Lidy pt. The First to Know. Teraz zamiast czytać o wykładzie, zajrzyjcie na stronę The First to Know i przewertujcie jej zawartość. Jak to się dzieje, że coś, co na początku wydaje się ryzykowne trafia pod strzechy? Skąd to przychodzi? Ile czasu to trwa? Kto o tym decyduje?


Dla zainteresowanych tym, co Lida miała na sobie – jej strój pochodzi z kolekcji Ashisha Gupty – projekt numer trzy z kolekcji wiosna/lato 2012. Ja się zakochałam w tym dresie w słoneczniki.


Po Lidzie na gorących krzesłach zasiadł prof. Marek Hendrykowski oraz Michał Chaciński. Rozmowa dotyczyła tego, jak można pokazywać tematykę związaną z modą głównie przez pryzmat filmów dokumentalnych i przede wszystkim skupili się na filmie Wendersa Notebook on Cities and Clothes. Tego filmu wciąż nie zobaczyłam, patrzy na mnie z wyrzutem z półki. Mniej więcej od połowy ich wystąpienia na sali zaczęło się zagęszczać – spływały kolejne osoby zainteresowane Scottem Schumanem.


I jako gwiazda festiwalu w końcu pojawił się ON – mały wielki człowiek blogosfery. Piszę to z całą sympatią bez cienia kpiny. Bezpretensjonalny, otwarty, zabawny, znający swoją wartość. Na pytanie zadane przez osobę z publiczności o to, jak podoba mu się styl osób, które zdążył zobaczyć na polskiej ulicy z pełną gracją wypowiedział słowa uznania, a także zwrócił uwagę na rzecz chyba zaskakującą: stwierdził, że mamy ładne włosy. I to właśnie włosy Agaty sprawiły, że zrobił jej zdjęcie. Z przyjemnością słuchałam opowieści o tym, jak to jako młody chłopak wymarzył sobie, że będzie pracował w zawodzie związanym z modą. Przez czas jakiś myślał nawet, że zostanie projektantem, ale nie doszło do tego, bo myśl, że klientowi nie podobałaby się rzecz, którą uszył była zabójcza… dla klienta. Podejrzewam jednak, że mordercze instynkty wciąż w nim drzemią, ale realizuje je inaczej: strzelając aparatem zdjęcia.


Interesujące były też jego uwagi o Annie della Russo, którą dla wielu stała się już chyba karykaturą samej siebie. Scott Schuman mówił o niej jednak, że to przede wszystkim ciężko pracująca osoba. Czy nam to oceniać, że w jej wykonaniu miłość do mody oznacza osobne mieszkanie na ciuchy? Na pewno z tego będzie kiedyś wystawa, bo kto jak kto, ale ta pani posiada w szafie mnóstwo perełek, które warto pokazać szerszej widowni.


Pojawił się też wątek romansowy, czyli Scott Schuman i Garance Dore jako najgorętsza para w modowej blogosferze, ale zostawmy to na boku.


Pan Sartorialist zwrócił też uwagę na pewne różnice w mentalności europejskiej i amerykańskiej: jego zdaniem w Europie wiele ciekawych pomysłów pada, ponieważ ludzie boją się próbować, boją się tego, że ktoś będzie patrzył jak próbują – a w to wpisane są i udane próby, i porażki. I ktoś miałby to zobaczyć? Amerykanie z kolei są od razu zachęcani: próbuj, sprawdź, potrafisz. Klasyczne „you can do it”. I z tym przekonaniem postanowiłam wyjść z wykładów.


* * *


Podczas panelu Piotr Szarota stwierdził, że festiwal AFF pokazuje, że zainteresowanie modą jest olbrzymie. Ja myślę, że „zainteresowanie modą” jest olbrzymie, gdy można zobaczyć na żywo osoby projektujące ubrania, znane z prasy oraz najpopularniejszego blogera świata – wtedy są tłumy. Projekcje filmów dokumentalnych, które udało mi się obejrzeć nigdy nie zapełniły wszystkich miejsc, wspomniane wyżej wykłady też nie bardzo. I to jest wielka strata tych, którzy przyszli „na Scotta”, a nie skorzystali z tego, żeby się dowiedzieć się czegoś więcej. Frekwencja chyba najlepiej pokazuje, co to znaczy, że „interesuję się modą”. Czy to się będzie zmieniać? Możemy gdybać. Mnie bardzo cieszy, że impreza tego formatu odbywa się w Poznaniu, rozwija i liczę, że w przyszłym roku będzie równie ciekawie. Ilość przemyśleń, jaka wciąż kotłuje mi się w głowie, podlega powolnemu okiełznaniu. Jest tyle ciekawych aspektów kryjących się pod hasłem „moda”, że ciastek z tego tortu starczy jeszcze na długo i dla wielu. I tak chcę na to patrzeć. I już jestem ciekawa, co będzie za rok.

  • http://jaktosierobiwinternecie.blox.pl/html jak-to-sie-robi

    Super, Polecam i Pozdrawiam

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=muzealnemodyblogspotcom muzealnemodyblogspotcom

    Z jednej strony dziwię się, że tak mało osób było na wykładzie Pani z MUMOK. Ten wykład wydawał mi się najatrakcyjniejszy, co potwierdzasz. Wydawało mi się że nie uda mi się na niego dostać, a smarcząco-kaszlący wolałem nie ryzykować, a już tym bardziej przerywać wykład odgłosami wydawanymi z pomocą chusteczek higienicznych….
    Z drugiej strony nie powinno mnie dziwić patrząc na frekwencję na swoim blogu (ale teraz sobie pochlebiłem :)))
    Większość jednak trzeba przyznać sprowadza modę do prostego pytania pt.: Co na siebie włożyć, by być „in”… i nie widzi całej złożoności zjawiska, jakim jest.
    Cóż, trzeba robić swoje :))

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @jak-to-sie-robi: dziękuję :)

    @muzealne_mody: wiesz jaki PR mają generalnie muzea, co z tego, że Panie przyjechały z MUMOK-u z Wiednia. A co do tych deklaracji „interesuję się modą” to napiszę krótko: większość osób nie tyle interesuje się modą, ale ubraniami i tym, żeby „modnie” wyglądać – owszem, to też część tego zjawiska, ale jakkolwiek szeroka, to i dosyć płaska. Życzę zdrowia :)

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Może dlatego, że wykład był po niemiecku, frekwencja była tak mała? Sama przyznaję się do tego, że zabiła mnie mgła i z trudem dotarłam na wykład o 12. Ale dotarłam i to mój faworyt, tematy marketingowe w połączeniu z modą to chyba moja miłość ;) Nie chcę się za bardzo do tych wykładów odwoływać, bo sama jestem w trakcie pisania posta o AFF (chociaż chyba muszę je rozdzielić…), ale jeśli chodzi o ostatni akapit – muszę przypomnieć słowa Scotta… Some people say they are interested in fashion, but they are interested in shopping. There is nothing bad about it, but they are interested in shopping and clothes, not in fashion. Tak luźno, bo nie pamiętam już słowo w słowo… ;)

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @efekty_uboczne: ale to, że wykład był po niemiecku nie było chyba nigdzie podawane, mnie się wydawało, że będzie po angielsku, a poza tym – było tłumaczenie. Chyba się jużie załapię na Twoją relację przed moimi wakacjami ;)