Włoskie ciekawostki

6 listopada 2012

Urlop, urlop i po urlopie. Trudno trochę składać literki, kiedy przez prawie dwa tygodnie maksymalny wysiłek intelektualny sprowadzał się do decyzji: „co dziś zjem?” i  „gdzie jest mój śniadaniowy rogalik (znaczy się: kruasant)?”. Mój mózg chyba wciąż wypełnia makaron, dlatego dla odmiany po przeduroplowym zalewem słów dziś kilka zdjęć.

Zaczynając od lotniskowych krajobrazów – trafiła mi się taka oto reklama firmy odzieżowej:

Ciekawi mnie, dlaczego włoska firma Cinelli Studio zdecydowała się wykorzystać w kampanii „brytyjskość”. Patrząc na modelkę łatwo można dostrzec podobieństwo do księżnej Kate, a samochód w tle trudno przypisać do krajobrazu innego niż wyspiarski. Włochy to akurat jeden z tych krajów, których skojarzenie z modą jest oczywiste, ale mimo tego autorzy kampanii zdecydowali się grać na książęcą nutę, a nie na własną tradycję. Na drugim z plakatów występował mężczyzna przy charakterystycznej czerwonej budce telefonicznej, a jego typ urody również nawiązywał do postaci księcia Williama.

Drugie zdjęcie to włoskie rozwiązanie dylematu „co daje szczęście?” – to, że dają je buty to oczywista oczywistość, a szczególnie zaś buty szczęścia:

I to w dodatku brudnawe buty są tą gwarancją szczęśliwości. Ten pomysł widziałam też w czerwcu w Mediolanie i wciąż nie mam odpowiedzi na to, skąd się to wzięło. W Polsce nie udało mi się tego wypatrzeć na witrynach sklepowych.

Może to jakiś znak czasów, że w butikach kupujemy zwykłe, brudne rzeczy, natomiast jedwabne krawaty po pięć euro za sztukę można nabyć u sklepikarza w bramie?

Nieco bardziej luksusowo prezentują się we Florencji wystawy sklepów Louis Vuitton, które powstały we współpracy z Yayoi Kusamą – na pierwszej z nich widać nawet torebkę:

Moja turystyka window shopping to też wątek, który pojawił się już wcześniej – m.in podczas pobytu w Berlinie. Tam również wystawa LV była zrobiona z jajem, i to dosłownie.

Trend na tworzenie witryn sklepowych przy współpracy z artystami podchwycił na naszym polskim gruncie Marcin Różyc, który zaprasza do obejrzenia projektu „Krzyk mody”. Może ktoś z Was miał okazję już obejrzeć te witryny? Rozważam ruszenie swojego ciała do stolicy, żeby zobaczyć ten projekt na oczy własne, bo mnie parę spraw w nim powiedzmy, że nurtuje.

Wracając jednak do włoskich pierdółek. Podążając za banałem „moda jest wszędzie”, przedstawiam niezbity argument za tym, że moda zagląda do kieliszka. Oto lista drinków z jednej z restauracji, która podpowiada, co należy zamówić – czy to nowa obowiązkowa lista każdej faszionistki?

Zakończmy te dywagacje Prawdziwą Prawdą, mantrą każdej osoby, która przyznaje się do zainteresowań zatytułowanych „moda”. Nie ma nad czym rozmyślać drodzy Państwo, potrzeba działań! 

P.S. I dlaczego na włoskiej ziemi slogan w języku angielskim jest przetłumaczony na francuski???

Do muzeum pójdziemy w następnych wpisie.

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    O, ta brytyjskość mnie bardzo dziwi, myślałam, że Włosi są zapatrzeni w to,co sami robią… ale może monarchia jest teraz „in”?;)
    Wystawy LV są świetne, wnętrza sklepów też – chociaż nie wiem, czy wytrzymałabym pracując tam..akurat przy tej stylistyce oczopląs to chleb powszedni :)
    Happines shoes mnie po prostu przerażają. Gdyby były w 100% ze skóry,to może jeszcze bym pomyślała, że stopy będą w nich szczęśliwe (bo się nie męczą), ale tak, to nie wiem, kogo jakoś bardzo uszczęśliwia zakup..oprócz sprzedawcy ;)

  • http://www.welldressedmind.blox.pl/ well-dressed_mind

    O cholera, dobrze wiedzieć, bo człowiek by pojechał, browca z sokiem zamówił i wyszłaby totalna wioska! ;)