Czy Annę da się lubić?

15 stycznia 2013

W cyklu „odświeżanie staroci” obejrzałam September Issue (2009). Filmu chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, ale można zajrzeć do trailera, żeby sobie przypomnieć głównych bohaterów – a raczej bohaterki.



Film via.


W jednym zdaniu: film pokazuje jak powstaje wrześniowe wydanie magazynu Vogue, najgrubsze w całym roku i co roku bijące kolejne rekordy objętości.


Główna bohaterka to Anna Wintour, czyli redaktor naczelna Vogue’a (podaję na wypadek, gdyby właśnie ktoś odkrył dziś tego bloga, a o modzie wie niewiele). A przynajmniej takie było założenie twórców, bo w ostatecznym rozrachunku ktoś skradł Annie show.


Sama pani redaktor jawi mi się po tym filmie jako nieco despotyczna, elegancka cioteczka, która chyba utknęła w wykreowanym przez siebie wizerunku lodowatej, zdecydowanej redaktorki tego wpływowego magazynu. Patrząc sprzed ekranu wydaje się karykaturalne, że skrzywienie ust czy drgnięcie powieki może dać do zrozumienia osobom projektującym ubrania, że ich praca jest do bani. Jeśli zdjęcie jakiejś stylizacji nie pasuje do „całości” to bezwzględnie wylatuje – „out” i po sprawie. Jak mało osób próbuje próbuje bronić swoich pomysłów, pokazać, że zrobili coś, bo to było dobre, wartościowe, czy ciekawe. Może taka jest rzeczywistość magazynów modowych? Nie wiem, ale to byłby raczej smutny obraz pracy w zespole (?), który dosłownie drży przed naczelną i boi się powiedzieć, dlaczego ich propozycja jest tą najlepszą. Bo Anna najwyraźniej wie wszystko najlepiej.


Zaskakuje jednak zmiana tonu głosu pani redaktor, gdy zaczyna mówić o rodzinie i rodzeństwie. Nagle głos przestaje przypominać karabin maszynowy, a tembr głosu łagodnieje, czasem nawet drży. Może pani redaktor prywatnie to zupełnie inna osoba?


Obraz Anny Wintour w filmie to nie jest laurka ku czci i chwale, trudno było mi wzbudzić w sobie sympatię do jej osoby, być może dlatego, że szybko pojawiła się ta ruda, która od razu skradła moje serce. Ruda, czyli Grace Coddington, dyrektor artystyczna Vogue’a.


Ogólna słabość do rudych, nieskrywana nawet zazdrość o ten piękny kolor włosów, który jest chyba dla mnie nieosiągalny to jedno. Grace wygrywa z Anną w cuglach wyścig o sympatię widzów. Czy dlatego, że widać w niej pasję do tego co robi, serce, które wkłada w swoją pracę, umiejętność przeciwstawienia się budzącej postrach pani redaktor naczelnej? Anna jest wtedy na przeciwnym biegunie i zajmuje stanowisko, które określiłabym mianem „robota do podejmowania decyzji”. Może dlatego Grace zyskuje, ponieważ w tym całym tyglu rozemocjonowanych osób, w tym ekscytowaniu się własnym poczuciem estetyki i głoszeniu „prawd” z gatunku „wrzesień jest styczniem w modzie”, Grace wydaje się być jedyną osobą, której udaje się zachować dystans. Widać w niej pasję, romantyzm, chęć walki o swoje pomysły, ale równocześnie zdaje sobie sprawę, jak działa ta cała machina, w której uczestniczy i nie daje się jej pochłonąć. Dlatego nie dziwi mnie olbrzymia sympatia, z którą spotkała się po pokazaniu filmu.


Film warto obejrzeć i nie zniechęcać się umieszczonymi na okładce płyty hasłami typu „Moda to religia, a to jest jej biblia” – bo to właśnie tworzy niekorzystny PR wokół spraw związanych z modą, jakby to było coś dla maniakalnych wyznawców, a nie dla zwykłych ludzi.


Następny film, który czeka w kolejce, to już nie będzie zew z przeszłości, ale produkcja z 2012: wywiad z Dianą Vreelenad The Eye has to Travel. Póki co zbiera kurz, co jawnie narusza powagę dzieła, bo to w końcu wcześniejsza redaktorka Vogue’a. No i biografia Grace Coddington, która wisi na liście zakupów, ale póki co trochę poczeka. Innymi słowy: poznajemy historię Vogue’a.

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    A Anna wzbudza akurat moją sympatię i szacunek, bo według mnie, gdyby za bardzo się „spoufalała” to pewnie wszystko by się porozłaziło na prawo i lewo ;) A wizerunek lodowatej władczyni, która na nic nie pozwala na pewno jest stworzony przez zestawienie i dobranie scen w taki a nie inny sposób – myślę, że gdyby faktycznie była taka zła i niedobra, to jednak by wyleciała, nie mówiąc już o tym, że magazyn byłby słaby, bo ludzie nie czuliby się z nim związani. Tzn. gdyby była taka oschła i nikogo nie szanowała, czy ludzie chcielby tam pracować, bez względu na prestiż i zarobki? Myślę, że jednak nie….
    W filmie pojawia się wiele ciekawych postaci i scen – ja padam na kolana przed tym, że gdy sesja okazuje się słaba, powtarzają ją na ostatnią chwilę, bo chcą mieć najlepszy efekt. Przeglądając polskie magazyny i polskie sesje, mam wrażenie, że sesje tam robione są na ostatnią chwilę…ale niekoniecznie dla efektu ;)

  • http://www.welldressedmind.blox.pl/ well-dressed_mind

    Ten film najpierw mnie przeraził, a potem zaczął szczerze bawić. Atmosfera stworzona wokół Wintour jest absurdalna, wręcz na granicy groteski. Kilka scen z tego filmu jest jak z Monty Pytona. Bądź co bądź, mówimy przecież o dobrze wypromowanej gazecie o drogich szmatach. Niczym więcej. Nie zmienia to faktu, że darzę Annę szczególnym rodzajem szacunku i chyba sentymentu (?). Paradoksalnie, pomimo odrażającego charakteru i groteskowości jej postaci, trochę mi imponuje, a na pewno fascynuje. niech świadczy o tym fakt, że komentarz ten piszę o godzinie 7.50 ! ;)
    A Grace Coddington pojawi się u mnie na pewno w ramach „Alternatywnych ikon stylu”, bo moim zdaniem jest cudowna – nie tylko za to jak wygląda i co robi, ale także za sposób w jaki ułożyła sobie relacje ze swoją apodyktyczną szefową.

  • http://www.blox.pl/html?page=userProfilePreview&username=muzealnemodyblogspotcom muzealnemodyblogspotcom

    Przez Twój wpis, sam postanowiłem nadrobić tę żenującą zaległość i włożyłem płytkę do odtwarzacza (film kupiłem z rok temu, ale zawsze było „coś”)….
    Myślę, że Annę da się lubić. Ja zwróciłem uwagę, na bardzo krótką scenę, kiedy prezentowała wydawcy numer…. Być może przez chwilę czuła to, co jej podwładni? Ale tam też jest istota tego, co ona robi. A robi dobrze sprzedający, wpływowy magazyn o modzie. Biznes to biznes. A ona świetnie sobie w tej dziedzinie radzi. Można mówić, że jest „podejmowaczem decyzji”, ale jakim! Od razu przychodzi mi na myśl Diagilew, który nie komponował, nie grał, nie śpiewał, ale to jego geniusz i talent sprawił, że Balety Rosyjskie były fenomenem. Anna pozornie też niewiele wnosi, ale ma nosa do mody i tyle…. Aż tyle.