Mężczyzna, który zbawił stopy

31 stycznia 2013

Na taką mokro-szaro-burą aurę jak dziś zostawiłam sobie wspomnienie listopadowego pobytu we Florencji i wizyty w Muzeum Salvatore Ferragamo. Zupełnie inny klimat niż u Guccich, a dla fanek wyszukanego obuwia po prostu „must-see”.

Na pewno kojarzycie tego buta z wielokolorową podeszwą. Jak myślicie, z którego roku pochodzi?

Od razu pomyślałam: phi, lata siedemdziesiąte, to oczywiste. Ale nie. Okazało się, że ten but został zaprojektowany dla aktorki Judy Garland w 1938 roku. Na zdjęciu jest jego współczesna replika wystawiona w oknie sklepu i muzeum Ferragamo.

Wizyta w muzeum przypominała wpuszczenie dziecka do sklepu z cukierkami. Pierwsza sala – pełna gablot z tak ciekawie zaprojektowanymi butami (i obiecującymi, że jak najbardziej nadają się do noszenia), że już na samym ich oglądaniu można było strawić sporo czasu (obeszło się szczęśliwie bez oblizywania szybek, za którymi mieściły się te cacka). Dla mnie szczególnie na plus było to, że akurat zostały wyeksponowane te buty, w których ich twórca bawił się kolorem.

Retrospektywie twórczości Salvatore towarzyszyła również wystawa poświęcona Marilyn Monroe, która była jedną z jego wielu sławnych klientek (KLIK). Poza butami pokazano też kreacje Marilyn z różnych jej filmów – w tym ikoniczną białą sukienkę, która podwiewa aktorce w górę (choć akurat sukienka pokazana na wystawie to była replika i w dodatku raczej jasnobeżowa niż biala) oraz różową suknię, w której aktorka wyśpiewuje niezwykle „edukacyjny” (dla płci obojga) tekst diamonds are the girls’ best friends. Oglądanie równocześnie kostiumów filmowych tuż obok siebie wraz ze scenami z filmów, w których Marilyn się w nich pojawiła to jeden z lepszych pomysłów na to, jak można pokazać „martwy” niejako ubiór.

Podejście kuratorów zakładało także, żeby pokazać nie tylko Marilyn-symbol seksapilu, ale przede wszystkim jako inteligentną kobietę. I myślę, że zamysł się powiódł, szczególnie mając w pamięci zestawienie obrazów Wenus ze zdjęciami Marilyn – aktorka miała pełną świadomość tego, że przyjmując pozę podobną do tej znanej z obrazu bogini wpisuje się w pewien rozpoznawalny (choć przez część widzów nie zawsze świadomy) wzorzec piękna. Że wielu osobom spodoba się jej zdjęcie, a przede wszystkim ona sama, ponieważ już mają zakodowany wzór, że „to jest piękne”. Takich zestawień było kilka i byłam zaskoczona jak duże – choć niedosłowne – może być to przełożenie. I jak bardzo może działać na zmysły.

Wystawa o Marilyn miała zakończyć się w styczniu, ale właśnie strona muzeum pokazuje mi, że jednak potrwa do 1. kwietnia. W końcu te tłumy odwiedzających z całego świata zrobiły niezły PR, nie było to bowiem zwiedzanie, podczas którego stoi człowiek samotnie (nie licząc pracowników muzeum) i napawa się widokiem eksponatów. Czasem trzeba poczekać, aż skończy się kolejka do otwartego pamiętnika Marilyn lub do jej po raz pierwszy pokazanego zdjęcia.

No ale my tu o Marilyn, a miało być o zbawicielu damskich stóp. Tak sobie o nim myślę, bo imię Salvatore kojarzy mi się z łacińskim salvatio, czyli zbawienie.

Jego biografia to gotowy materiał na film i jestem pewna, że kiedyś powstanie. Urodzony w 1898 roku w malutkiej wiosce Bonito Salvatore już jako kilkulatek wiedział, że chce zostać szewcem. Nie był to jednak wybór, który zaakceptowaliby jego rodzice, bo zawód szewca był naprawdę nisko w hierarchii społecznej. Salvatore jednak się uparł. Rodzice oponowali. Aż nadeszła komunia jednej z jego sióstr i nigdzie nie można było znaleźć dla niej butów – raz, że buty były bardzo drogie, a rodzina Ferragamo nie należała do zamożnych, a dwa – inwestowanie w buty dla dziecka było bez sensu bo i tak z nich szybko wyrastało. Niestety okazało się też, że nie można ich było nigdzie pożyczyć – a wizja idącej boso do komunii córki, to był wstyd. Salvatore zrobił nocą buty dla siostry z resztek różnych materiałów i tak zaczęła się jego droga do mistrzostwa.

Kilkulatek wiedział, co chce robić w życiu i po prostu realizował swój plan. Kiedy nie wystarczyła mu wiedza wiejskiego szewca, ruszył do Neapolu w poszukiwaniu nowego nauczyciela – a po powrocie stamtąd otwarł własny zakład szewski w rodzinnej wsi. Ile miał wtedy lat? Trzynaście.

W 1914 roku Salvatore wyemigrował do USA do swoich braci, którzy załatwili mu pracę w fabryce butów. Ale gdy zobaczył, jak masowo produkowane są buty, stwierdził, że nigdy nie będzie tak produkował obuwia – i założył własną firmę. Miał talent, był piekielnie pracowity i świetną intuicję: gdy poczuł, że rodzące się Hollywood da mu pracę, ruszył za filmowcami i wkrótce robił buty dla gwiazd srebrnego ekranu.

Brzmi jak bajka? Trochę tak. Ale w czasie pobytu w Stanach w wypadku samochodowym ginie młodszy brat, a sam Salvatore przechodzi bolesną rehabilitację zgruchotanej nogi (a przy okazji wymyśla sprzęt rehabilitacyjny, który pomoże najpierw jemu, a potem i innym).

Interesujące, choć nie zawsze łatwe życie tego niezwykle kreatywnego twórcy przybliża jego autobiografia Shoemaker of Dreams (1957). Autor przedstawia się nam jako osoba pełna energii, która nie rozpamiętuje porażek (dwa razy w życiu traci wszystko, co posiadał i musi zaczynać kompletnie od nowa – odzyskując zaufanie klientów i banków), trudne sytuacje stają się powodem do nowych odkryć (jak ten but na pierwszym zdjęciu – został zrobiony z korka, ponieważ w sytuacji zbliżającej się wojny metal i skóra używane do produkcji obuwia niemalże zniknęły z rynku i były przeznaczane dla wojska), uparty samouk (w Stanach nauczył się najpierw angielskiego, potem studiował anatomię stopy i ciała oraz inżynierię, żeby skonstruować buty, które nie będą uwierały).

Wynalazca. Jeśli chodzi o buty, to trudno mi to wyjaśnić na podstawie anglojęzycznego tekstu, ale chodzi o to, że Ferragamo wyznaczył pewien punkt ciężkości ciała i miejsce, które w podbiciu stopy najciężej pracuje, żeby utrzymać w pionie kobietę chodzącą w butach na obcasach. I wprowadził takie rozwiązanie do butów, że były dużo lżejsze od butów konkurencji oraz dużo bardziej wygodne. Trudno więc dziwić się, że jego buty pokochały kobiety. Poza tym, bardzo długo bronił się przed wyrabaniem butów maszynowo, bo patrząc na wykoślawione stopy swoich klientek i klientów widział, co mogą zrobić ze stopą niedopasowane buty. Zresztą na okładce książki widać modele stóp różnych sławnych klientek Ferragamo – Sophi Loren, Audrey Hepburn czy Lauren Bacall.

Ferragamo przywołuje w swojej autobiografii przypadek, gdy po zakupie jego butów przez jedną panią po kilku dniach przychodzi jej mąż i pyta: „Jak pan to zrobił? Jak pan ją odmienił? To nie ta osoba – radosna, szczęśliwa, miła”. A Ferragamo w tej przemianie widział, że klientka przestała nosić koszmarnie niedopasowane buty – co zresztą chyba łatwo zrozumieć każdemu, kto w nowych butach spędził cały dzień klnąc na czym świat stoi, bo nowy zakup powoli, acz skutecznie pozbawiał nas kolejnych warstw naskórka. Pomyślcie do tego, że kiedyś nie było rozróżnienia na prawy i lewy but w produkcji maszynowej i odpowiedź o „cud Ferragamo” jest oczywista. Złe materiały to złe buty – twierdził ten niezwykle kreatywny szewc.

Butów, które Ferragamo wymyślił, jest mnóstwo. Kiedy w powojennym okresie nadal brakowało surowców do wyrobu obuwia, Ferragamo wpadł na pomysł „niewidzialnych sandałów” (1947). Ich góra była zrobiona z linki nylonowej – bo ten akurat produkt był dostępny (KLIK).

Autobiografia jest może trochę z gatunku „ku pokrzepieniu serc” – o tym, że mając jasno określoną wizję, dużo pracując i ucząc się na błędach, można odnieść sukces. Czyta się to jednak niezwykle przyjemnie, bo ten dydaktyzm jest podany w taki sposób, że można się tylko cieszyć, że ktoś chce się z nami podzielić swoim doświadczeniem.

I na koniec moja ulubiona uwaga z całej książki: Człowiek, który jest zajęty kopiowaniem innych, nie ma czasu dla siebie na bycie oryginalnym.

P.S. W temacie „buty” pisałam kiedyś o innej niezwykle twórczej kreatorce obuwia Beth Levine – wciąż nie nauczyłam się wstawiać tych kwadracików pod tekstem, które odnoszą do innych o tym samym temacie…

  • http://nasze-nozyce.blogspot.com/ nasze-nozyce

    Wpuszczenie dziecka do sklepu z cukierkami? Hmmm… niestety tutaj nie ma nadziei na zjedzenie cukiereczka :( :P (czyt.: zabrania butów ze sobą). Faktycznie pomysł na równoczesne pokazanie kostiumów ze scenami filmowymi to świetny pomysł. W ogóle odczarowywanie stereotypu muzeów to ważna i potrzebna zmiana, dlatego takie długie kolejki to dowód na zmierzanie w dobrym kierunku.
    Biografia Ferragamo to niezwykła historia. Ekranizacja to kwestia czasu.

    Pozdrawiam!