Nowa moda polska według Marcina Różyca

13 kwietnia 2013

To chyba najbardziej oczekiwana książka pierwszego kwartału roku 2013 w temacie „moda”. Pierwsze kompendium na temat współczesnej polskiej mody – jak czytam na okładce. Kupiłam jak tylko pojawiła się w księgarni.

I?

Grafikom należy się uznanie za okładkę: biało-czerwona kolorystyka i duże wyraźne M bardzo dobrze korespondują z tytułową „modą polską”. Prosty projekt, jasne skojarzenie. Bez cienia ironii: kapelusze z głów. Naprawdę wygląda zachęcająco.

Foto via.

Powiedzenie głosi jednak, żeby książek nie oceniać po okładce. No to myjemy rączki (wara od książek z brudnymi łapskami!) i zaczynamy.

Czasami słyszę, że lepiej się nie nastawiać na jakieś wydarzenie: nie wyobrażać sobie czegoś, jak to będzie, co się zdarzy, bo rozczarowanie gwarantowane. I może moja opinia na temat tej książki to właśnie efekt niespełnionych oczekiwań i wyobrażeń podyktowanych tytułem tejże książki: „Nowa moda polska”.

Czegóż to ja takiego oczekiwałam? Naprawdę nie wiem dlaczego założyłam, że „nowa moda” będzie dotyczyła projektów od 1989 roku do dziś. Rok 1989 wydaje mi się dobrą cezurą, od której można ewentualnie wyjść, żeby opisać  to, co działo się na rynku odzieżowym w Polsce po transformacji ustrojowej. Co się wtedy zaczęło, czego wcześniej nie było. Jakie firmy powstały i przetrwały, a jakim się nie powiodło mimo początkowych sukcesów. Moje myśli od razu powędrowały w stronę takich gigantów jak Reserved czy CCC z jednej strony, ale także ku Ewie Minge, Gosi Baczyńskiej czy Joannie Klimas. Od razu pomyślałam też o firmach takich Simple, Solar czy Monnari. Im bliżej dnia dzisiejszego, tym więcej pojawiało się nazwisk i marek. Jak z tego wybrać reprezentatywną próbę? Kogo opisać, kogo pominąć? Kto realnie wpłynął na gusta Polaków i Polek, a kto pozostał w sferze tworzenia pojedynczych projektów na zamówienie? Może przeszperać stare gazety w poszukiwaniu kiedyś popularnych, a dziś zapomnianych twórców? Takie jakieś mgliste miałam wyobrażenia.

Tymczasem sięgnąwszy po książkę i spojrzawszy na spis treści trudno mi było odgadnąć klucz, według którego Autor dobrał rozmówców i osoby projektujące ubrania reprezentatywne dla „nowej mody polskiej”. Zastanawiałam się, dlaczego „nową modę polską” reprezentuje np. Joanna Klimas, ale nie Gosia Baczyńska, dlaczego jest Pieczarkowski, a brakuje Szulca czy dlaczego w jednym podrozdziale są Ania Kuczyńska i Justyna Chrabelska (scharekteryzowane jako przejmująca moda użytkowa) i dlaczego z twórców biżuterii pojawił się niejaki Tomasz Donocik i w czym on jest ciekawszy od Orskiej.

Całe szczęście czytam wstępy (jak również epilogi, podziękowania i przypisy). A we wstępie Autor wyjaśnia: Wybrałem to, co w ostatnich latach (lata dwutysięczne, a także, w mniejszym stopniu, moda lat 90.) było w modzie najciekawsze i najbardziej twórcze. To, co można opisać w kontekście sztuki czy szeroko rozumianej wartościowej i kreatywnej kultury, która ma również potencjał przemysłowy i ekonomiczny (…).

I zasadniczo wszystko byłoby ok, ale brakło mi tu takiego sformułowania: „moim zdaniem”. Dla mnie ta książka to w głównej mierze odbicie osobistych preferencji Autora, a nie próba obiektywnego pokazania, co faktycznie nowego w modzie w Polsce działo się ostatnio. O klucz doboru projektantów i projektantek (choć nie tylko oni znajdują się w tej książce) zapytałam Autora podczas spotkania w poznańskiej księgarni Bookarest i faktycznie, Autor potwierdził, że to jest jego subiektywny wybór. Dopowiedział także, że wybrał projekty, które uznał za wartościowe z punktu widzenia kultury. Ja niestety po lekturze nie umiałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wybrane projekty są „najciekawsze i najbardziej twórcze” – szczególnie w przypadku osób projektujących ubrania i wystaw muzealnych, bo wydarzenia takie jak łódzki tydzień mody czy poznański Art&Fashion Festival po prostu nie mają z czym współzawodniczyć.

Zastanawiałam się nad tym po powrocie do domu. Pomyślałam sobie, że o ile kulturotwórcze działanie mody jest dla mnie bezdyskusyjne, o tyle w przypadku polskich twórców nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na ile faktycznie i na kogo wywierają znaczący wpływ swoimi projektami i proponowaną estetyką. Owszem, niektóre pomysły są ciekawe, ale czy aż tak istotne? Chodzi mi o to, że przedstawione w książce osoby, to przede wszystkim te, które tworzą niewielką ilość ubrań, więc trafiają do bardzo ograniczonej ilości osób. Zatem ich oddziaływanie będzie cośkolwiek skromne.

Patrząc na wybrane projekty przyszło mi również do głowy, że – znając preferencje Autora co do tematu „moda plus sztuka” – być może to było kryterium jego wyborów. Podczas rozmowy z prowadzącymi spotkanie Autor stwierdził, że moda i sztuka to dwie różne dziedziny i nie zajmuje się wytyczaniem granic między nimi. Z jednej strony rozumiem, że to nie jest książka naukowa, z drugiej wydaje mi się, że warto byłoby osobom czytającym w kilku zdaniach nakreślić, co – zdaniem Autora – jest sztuką, szczególnie, że Autor przyznał się do studiów w zakresie historii sztuki.

Niemniej postanowiłam pociągnąć trochę i ten wątek, bo mnie to trochę nurtuje, jak różne osoby postrzegają to, czym jest sztuka i co jest (lub nie jest) dziełem sztuki. Zainteresowanych moimi przemyśleniami odsyłam do wpisów tutaj  i tutaj. Zapytałam zatem o kryteria, jakimi Autor może posługuje się sam dla siebie, pod jakim kątem ocenia ubiór stworzony przez konkretną osobę: czy to jest dzieło sztuki? W odpowiedzi usłyszałam, że to … trudny problem. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Jedyne wskazówki, jakie usłyszałam, to że na odbiór danego dzieła jako dzieła sztuki właśnie wpływa „poruszenie „i „kontekst”. Żałuję, że nie pociągnęłam dalej tego wątku. Dla mnie „poruszenie” wywołane jakimś wytworem to trochę za mało, żeby coś uznać za dzieło sztuki. Kontekst – owszem, od czasów postawienia pisuaru w muzeum to jest sprawa oczywista. Tylko, że od Duchampa pojawiło się sporo tekstów, które starają się przedyskutować to pytanie, więc trochę mnie zaskoczyło, że tylko dwa kryteria usłyszałam w odpowiedzi.

W kontekście samego tytułu i opisu książki na odwrocie niefortunnym wyborem jest słowo „kompendium”. Kompendium zakłada przedstawienie esencji jakiegoś zjawiska, więc w przypadku tej publikacji jest to ewidentnie nietrafiony opis. Jakżeby inaczej: pytając o klucz doboru projektantów zapytałam i o ten opis. W tym przypadku Autor zgodził się z moją opinią i sam stwierdził, że lepszym byłoby określenie „szkic”. W pełni się z tym zgadzam.

W ten sposób omówienie okładki i pierwszy rzut oka w spis treści mamy za sobą. Ogólnie jestem zadowolona z samego spotkania, bo choć kilka kwestii udało mi się wyjaśnić.

Nie udało mi się jednak wyjaśnić wszystkiego, a jest w tej książce kilka sformułowań, które moim zdaniem są nie do końca trafione – nawet jeśli uwzględnimy to, że jest to mocno subiektywny wybór Autora. Przywołuję je tutaj, bo moim zdaniem są to wątki, które jako niewyjaśnione, akurat we mnie jako czytelniczce budzą sporo pytań. Wiem też, że wyrywam zdania z pewnego szerszego kontekstu, ale starałam się to robić tak, żeby nie wykrzywić obrazu całości. Po prostu pewne stwierdzenia są dla mnie niejasne. Jeśli są jasne dla kogoś, kto czytał tę książkę, to proszę o wyjaśnienie.

Zacznijmy może od tego: Autor oto głosi, że „Nowa moda polska” stara się wypełnić pewną niszę, w której modę traktuje się jak dziedzinę nowej, wartościowej kultury. Polskiej kultury. To jest ostatnie zdanie ze wstępu. Nie wiem jak Wy, ale ja mam trochę wyprany mózg, jeśli chodzi o wrażliwy temat dzielenia jakichkolwiek kultur na lepsze i gorsze. Dlaczego Autor mówi o nowej, wartościowej kulturze? W opozycji do czego? No bo skoro teraz jest coś lepszego, to wcześniej było gorsze. Ale co? Niestety tego się nie dowiemy.

Na samym wstępie zostajemy uprzedzeni, że książka to nie jest jednak opracowanie historyczne, które rzetelnie i szeroko przedstawia dzieje najnowszej mody w Polsce. Ok, o ile nie każda książka musi mieć ujęcie od-do, w kolejności od pradziejów aż do wczoraj, to odżegnywanie się od rzetelności, to trochę strzał w stopę.

A co to jest ta najnowsza moda? Jak już wiemy, to wybór przede wszystkim przedsięwzięć po 2000 roku, szczególnie – jak pokazuje lektura – ostatnich lat i dosyć świeżych recenzji pokazów, przedsięwzięć i wystaw. Jeśli Autora interesują szczególnie te projekty, które romansują ze sztuką, to jeszcze raz zaznaczę: wielka szkoda, że nie podaje żadnego wyjaśnienia, co za sztukę uważa. Mam takie wrażenie, że Autor po prostu wychodzi z założenia, że tak jest, że „moda to sztuka” (w pewnych formach) i kropka.

Jest tu i zdanie, którego nie mogę sobie podarować – bo naprawdę zabrzmiało dramatycznie: Moda została zakrzyczana przez blogowe krytykanctwo, dyletantów i celebrytów. Wiecie, mnie też zależy na tym, żeby temat „moda” miał lepszy PR. Tylko kto reprezentuje owo blogowe krytykanctwo? Kim są owi dyletanci? I dlaczego wskazujemy winnych w postaci celebrytów – bo rozumiem, że z jednej strony ich obecność czasem zaćmiewa pokaz, na który zostali zaproszeni, ale z drugiej: to nie jest czyjaś „wina”, że jest osobą popularną. Problem nie w tym, że celebryci chodzą na pokazy, ale w tym, że po pokazie ktoś nie pisze o kolekcji, ale o celebrytach właśnie. To wina celebrytów? Po lekturze książki nie wiem, co Autor na ten temat sądzi, więc po co pojawia się taki wątek? Żeby kategorycznie stwierdzić: „winni!”? (Jak widzicie, i mnie udzielił się ton dramatyczny).

Chodzi mi też o to, że po tę książkę sięgnie pewnie też osoba, która o tej modzie w Polsce nie ma pojęcia i na dzień dobry dowie się, kto jest „dobry”, a kto jest „zły”. Może jednak to zdanie pokazuje coś więcej: może Autor zdaje sobie sprawę, że mimo jego negatywnego podejścia do blogów, jest kilka takich, których autor lub autorka wie, co pisze, zna się na kolekcjach, czyta, opisuje różne wydarzenia i docenia to spora grupa osób. I trudno te osoby ignorować. Tematu blogów dotknęła prowadząca spotkanie mówiąc, że poza blogami, na których możemy pooglądać stylizacje różnych osób są i takie, które np. poruszają historię mody. Autor był chyba zaskoczony.

W pierwszym rozdziale („Sztuka mody”) znajduje się natomiast kilka ciekawych przykładów pokazujących jak „świat mody” flirtuje i współpracuje ze „światem sztuki” – i ponieważ większości z nas raczej nie było dane w nich uczestniczyć, to warto dowiedzieć się, że były i czemu były poświęcone. W tym samym rozdziale Autor wskazuje, że dominującym trendem w kulturze jest obecnie surrealizm, czego dowodem na gruncie polskim są projekty Roberta Kuty (dla Gosi Baczyńskiej i Zuo Corp.). Miałam olbrzymiego fuksa, że akurat ktoś oddał w bibliotece album o modzie i surrealizmie, więc może w najbliższym czasie wrócimy do tego zagadnienia. Najwyraźniej los chce, żebym coś więcej wiedziała na ten temat. W tej chwili po prostu nie potrafię wybronić poglądu o tym, że może jest inaczej.

Co dalej? Wiecie, czasem oglądam wystawy z modą/fashion w tytule. Miałam to olbrzymie szczęście w ostatnich latach zobaczyć kilka fantastycznych wystaw w Londynie, Berlinie czy we Florencji, a w najbliższym czasie na pewno wybiorę się do Wrocławia obejrzeć „Szafę polską” i wystawę o modzie dziecięcej zaprezentowanej na obrazach. W kontekście polskim Autor też kilka wystaw przywołuje: wystawę poświęconą Sarze Lipskiej, działalność rezydentów A-I-R w warszawskim CSW, wystawę Marios Dik w tym samym miejscu oraz wystawę, którą zorganizował sam Autor w zeszłym roku, czyli „Krzyk mody”.

No to po kolei: wystawa o Sarze Lipskiej była ciekawa, ale jak to się ma do „nowej mody polskiej”? W ostatnich latach były i inne wystawy z niego bardziej odległej historii, jak np. toruńska o modzie plażowej w Polsce (2011), w Koninie o twórczości Grażyny Hase (2003-2004) czy o modzie dwudziestolecia międzywojennego we Wrocławiu (2009).

Dlaczego warto było poświęcić miejsce zagranicznym rezydentom, a nie np. wystawie prac Haliny Mrożek („Między rzeźbą a modą” w krakowskim MOCAK-u)? Nie chce mi się wierzyć, że w ostatnich latach najciekawsze przedsięwzięcia były cztery i odbywały się wyłącznie w Warszawie. Może tym „starym” przywołanym przeze mnie wystawom brakuje owej nuty artyzmu, która tak bardzo interesuje Autora, ale już przy wyborze prac Mrożek zamiast artystów zagranicznych będę się upierać, że byłby to lepszy wybór. Z trzeciej strony: tak w ogóle to się cieszę, że do szerszego grona odbiorców trafia informacja o tym, że można w Polsce obejrzeć wystawy poświęcone modzie, bo może po tej lekturze ktoś poczuje się zachęcony do takiego spędzenia wolnego popołudnia? I tej wersji się trzymajmy.

W kolejnej części „Moda i miasto” poznajemy m.in. warszawską „oś luksusu”, czyli miejsca, gdzie można kupić wyszukane ubrania. Taki mały poradnik zakupowy. Jest tu też i Poznań. i Stary Browar. Trzecie miasto to Łódź, która swoje miejsce w tym zestawieniu zawdzięcza Fashion Philosophy Fashion Week Poland. W tym rozdziale znajdują się również informacje o funkcjonowaniu tygodni mody na świecie, instytucji mecenatu i jego roli we wspieraniu projektantów ubioru i różnych przedsięwzięć związanym z promowaniem mody.

Trochę też przykra uwaga znajduje się w końcowej części tego rozdziału – przykra dla naszych rodzimych blogerek i blogerów. Choć to właściwie nie uwaga, ale jej brak. Autor docenia, że w efekcie łódzkiego FW polskie marki pojawiły się na zagranicznych blogach, portalu Vogue.it i w magazynie „Collezioni”. Też mnie to osobiście cieszy – podobnie jak zauważona przez Autora większa ilość publikacji w różnych pismach na temat polskich twórców – to też jest super. Ale może warto byłoby przywołać choć jeden lub dwa blogi z Polski, istniejące od lat, na których regularnie pojawiają się informacje o najnowszych polskich kolekcjach i to nie tylko tych, które zostały pokazane w Łodzi. Myślę, że jest już zupełnie spora grupa osób, dla których blogosfera jest ciekawsza niż drukowane magazyny: blogi są po prostu szybsze w podawaniu informacji, nie są ograniczone pod względem ilości zdjęć, które można zamieścić i jeśli chodzi o polskich twórców po prostu przedstawiają ich więcej niż kolorowe magazyny. Być może żaden polski blog nie może równać się z Vogue.it, ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o nowe marki odzieżowe w Polsce, to właśnie blogi hodują nowe pokolenie przyszłych klientów polskich marek. Więc może w następnej publikacji warto przychylniej spojrzeć w ich stronę?

Rozdział poświęcony modzie i miastom dla mnie akurat był bardzo cenny nie tyle ze względu na samą jego zawartość (jakoś nie mogę w sobie obudzić gorącego entuzjamu wobec jakiegokolwiek tygodnia mody), ale z powodu mnogości użycia słowa „modowy”. Kiedyś zastanawiałam się nad tym słowem i zbieram sobie zwroty, w których zostaje ono użyte. Moim zdaniem nie da się od niego uciec, bo po prostu w języku polskim brakuje nam określeń, więc niech ten „modowy” już pozostanie. No i w tym rozdziale mamy np. takie użycie tego przymiotnika: modowa ulica, modowe analogie, modowy punkt zapalny, modowa historia, modowa dzielnica, modowa sieciówka, modowe doświadczenia, impreza modowa, czy modowa stolica. Jeśli czyta to ktoś, kto zna się na językoznastwie to apeluję o jakiś artykuł. Myślę, że ten fragment książki do takiej analizy nadaje się rewelacyjnie.

Kolejna część prezentuje sylwetki projektantów. Trochę informacji o tym, jak zaczęła się ich kariera, ale przede wszystkim recenzje najczęściej dosyć świeżych kolekcji, w mniejszej lub większej ilości. Najciekawsi według Autora to Anna Poniewierska, Ania Kuczyńska, Justyna Chrabelska, Maldoror, Jakub Pieczarkowski, U, Paulina Plizga, Polygon, Tomasz Ossoliński i Zaremba. Jest ktoś, kogoś nie ma. Miejsca mało, interesujących osób więcej. Już wiemy, że kluczem doboru są określone preferencje Autora, który uznał te projekty za wartościowe z punktu widzenia budowanej przez poszczególne marki estetyki. Prezentowanie sylwetki uzupełniają zdjęcia z różnych kolekcji z ostatnich lat.

Ostatnia i – moim zdaniem najciekawsza – część tej książki to wywiady. Gdybym miała z dziewięciu rozmów wybrać moje top trzy, to byłyby to rozmowy z Arkadiusem, Karoliną Sulej i Joanną Klimas. Dowiedziałam się w tym rozdziale o istnieniu czegoś takiego jak sculpture photography, którym zajmują się Katarzyna Korzeniecka i Szymon Rogiński. Znajdują się tutaj także rozmowy z dwoma innymi twóracami: Tomaszem Donocikiem i Tomaszem Partyką oraz trzy wywiady z osobami wykładającymi w Katedrze Mody warszawskiej ASP: Gwenem van den Eijnde, Januszem Noniewiczem i Magdaleną Komar.

W kwestii osób reprezentujących uczelnie posłużę się tylko matematyką: Warszawa – osób trzy, reszta Polski (np. uczelnie w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu) – osób zero. I to byłoby na tyle.

Podsumowując: gdyby książka nosiła tytuł „Nowa moda polska według Marcina Różyca” nie miałabym nawet pół zastrzeżenia. Autor może mieć swoje preferencje i prezentować takie kwestie, które uzna za interesujące. Jeśli po tę książkę sięgnie osoba, która nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w modzie w Polsce, to pewnie dobrze, że pozna kilka nazwisk i dowie się o różnych wydarzeniach, które nie sprowadzają się li i jedynie do tygodni mody. Dla osób, które na hasło „moda” reagowały dotychczas wyłącznie skojarzeniami „jak się dobrze ubrać?”, „moda? to drogie?” czy „top model” poznanie wielu nowych spraw z modą związanych może okazać się niezwykle odkrywcze.

Trudno jest dyskutować z subiektywnymi wyborami, bo do nich każdy ma prawo. Każdy z nas może preferować jednych twórców kosztem innych, podkreślać znaczenie jednych instytucji, a inne ignorować. I znów to podkreślę: wszystko byłoby w porządku, gdyby w książce pojawiło się stwierdzenie: według mnie, moim zdaniem, mi najbardziej odpowiada to i to. I ciekawie byłoby poznać uzasadnienie, dlaczego wybrani twórcy są bardziej interesujący od innych.

Zatem mój podstawowy zarzut to brak zaznaczenia w jakimkolwiek miejscu, że jest to wyraźnie wybór Autora, subiektywny i wypływający z jego preferencji wobec działań związanych z modą, które skupiają się wokół szerokiego zagadnienia „moda a sztuka”.

Po drugie, nie wszyscy mieli szansę brać udział w spotkaniu z Autorem i usłyszeć to wyjaśnienie, które pojawiło się w Poznaniu: to nie jest kompendium, ale szkic. Więc w świat poszła książka z roszczeniem do obiektywności i z etykietką „kompendium”.

Wiem też, że nie jest to książka naukowa, więc nie oczekuję podpierania książką każdego zdania. Zdaję sobie też sprawę, że w potocznym języku moda=ubiór i te słowa często używane są zamiennie, ale w książce – owszem, nie naukowca, ale dziennikarza – oczekiwałabym nieco większej precyzji. I będę się upierać przy tym, że warto byłoby przytoczyć choć kilka zdań na temat tego, jak Autor rozumie czym jest sztuka – to nie skomplikowałoby treści nadmiernie, a dało czytającym kolejny bodziec do przemyślenia. I nie chodzi mi tu od razu o jakąś wielce kategoryczną odpowiedź (bo to na pewno jest trudne), ale choć o kilka przemyśleń własnych.

Nie potrafię spojrzeć na tę książkę swoistego rodzaju „świeżym” wzrokiem, z perspektywy osoby, która dopiero zaczyna odkrywać ten temat, bo to po prostu nie jest moja perspektywa.

Zawsze zaznaczam, że moja opinia to moja opinia, a nie prawda objawiona jedyna i obowiązująca. Żeby wyrobić sobie zdanie na temat książki, po prostu trzeba ją przeczytać. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, chętnie posłucham kontrargumentów. Na razie jednak w moim prywatnym systemie szufladkowania dałabym tej książce etykietkę: „nie wnosi wiele nowego, nie sięgać ponownie”.

Jeśli znacie inne recenzje do książki, to zachęcam do wklejania ich w komentarzach na blogu lub na facebooku. Kilka uwag na temat zamieszczonych w książce wystaw znajdziecie na blogu Muzealne Mody.

P.S. Muszę: Autor nagminnie używa angielskich słów brand i print, zatem wyjaśniam, że brand to po polsku „marka”,a print to „nadruk”. Po grzyba używać angielskich słów?

* * *

Marcin Różyc, „Nowa moda polska” (2013), Wydawnictwo 40000 Malarzy.

  • http://muzealnemody.blogspot.com/2013/04/nowa-moda-polska-marcina-rozyca-wystawy.html muzealnemodyblogspotcom

    Uwagi dotyczące wystaw opisywanych w książce Nowa moda polska umieściłem już na swoim blogu. Na tym jednak nie kończą się wątpliwości dotyczące książki. Największy dysonans budzi we mnie rozdział Sylwetki. Nie mogę zrozumieć dlaczego Autor zadał sobie tyle trudu, by przywołać historię Zaręby, firmy sięgającej swoimi korzeniami końca XIX wieku. Jak to się ma do Nowej mody polskiej? Tymczasem współczesnym, młodym projektantom poświęca o wiele mniej miejsca. A jednocześnie autor przekonuje nas o wartości nowej mody polskiej.
    I jeszcze jedna kwestia. Nawet pomijając bardzo osobisty wybór, bardzo żałuję, że Autor nie pokusił się o „metryczki” przy sylwetkach – podanie wiadomości o adresie, projektancie, właścicielach, roku powstania itp. Wiem, większość tych informacji jest w tekście, ale i tak uważam, ze nadałoby to owemu zestawowi sylwetek „profesjonalnego” sznytu i też czytelnikowi ułatwiłoby poruszanie się po książce.
    Także wywiady odbieram jako najbardziej wartościową część książki. Jednak wywiadów nie pisał sam autor, ale i osoby z którymi rozmawiał….

  • http://harelblog.pl/ harel

    Ufff, przeczytałam!
    Wciąż mi z tą książką nie po drodze i do teraz nie wiedziałam, cóż tam w środku się znajduje. Spodziewałam się właśnie kompendium, może nawet czegoś na kształt małej encyklopedii, dlatego jestem zaskoczona, że jest inaczej. Z jeszcze większą ciekawością sięgnę po to wydawnictwo.
    Jedna sprawa mnie frapuje, oczywiście jako blogerkę. Z jednej strony duża krytyka blogów i opisywanie całego zła, które uczyniły modzie (niech będzie, że polskiej), a z drugiej niedostrzeganie tych rzeczywiście wartościowych, które, jak sama piszesz, nie powstały ani dziś, ani wczoraj. I wcale nie mam na myśli siebie, ale Ciebie na przykład. Albo niejaką Kaka Bubu (nie mogę odżałować, że przestała go prowadzić). Albo Muzealne Mody. I tak dalej. Ogromna wiedza, świetny język (którego próżno szukać w magazynach drukowanych), szybka reakcja na wydarzenia. Coś tu się nie zgadza. Może też wciąż wrzucanie do jednego worka blogów ze stylizacjami oraz tych z przeważającą liczbą liter. Ale to dygresja. Powrócę, jak przeczytam książkę.

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @muzealne_mody: Tak, ten pomysł z metryczkami to jest to, czego nie umiałam nazwać, ale teraz wiem, że o to mi chodziło :) Masz rację. Myślę sobie, że to są uwagi, które warto mieć na względzie przygotowując następną publikacją z „mody polskiej”, czy nowej, czy nienowej.

    @harel: Taaak, powinnam to była podzielić na jakieś części, wyszedł mi strasznie długi tekst, ale podobno długie teksty budują wiarygodność, więc czasem ryzykuję. Bardzo mnie ciekawi Twoja opinia po lekturze, szczególnie gdybyś Ty pokusiła się – oczywiście subiektywnie – o swoje zestawienie najciekawszych osób projektujących ubrania z ostatniego np. dziesięciolecia.

    Co do blogów: myślę, że powoli, bo powoli, ale będzie się to zmieniać. Po prostu osoby, które czytają blogi od lat, lepiej znają ich autorów i autorki, niż osoby piszące do prasy, niejako „rosną” z blogosferą i dla nich to jest źródło informacji, któremu ufają. Ignorowanie tego faktu to po prostu głupota.

  • http://efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Przeczytałam recenzję 2 razy – teraz muszę tylko zabrać się za książkę, żeby uporządkować swoje myśli, ale opierając się tylko na tym, co napisałaś… obawiałam się właśnie bardzo dużego subiektywizmu. Szkoda, że zabrakło tego rozgraniczenia. Z tego, co wypisałaś, brakuje mi tu wielu nazwisk, szkoda, że nie poruszono wysypu małych polskich marek (które często są określane jako „street wear”, chociaż średnio lubię to określenie), myślę, że to też ciekawe zjawisko, które można zaobserwować na przestrzeni ostatnich 2-3 lat. Ale nic już więcej nie piszę, myślę, że po przeczytaniu książki sama pokuszę się o kilka słów u siebie. :)

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @efekty_uboczne: może pokusisz się o własne zestawienie ciekawych – Twoim zdaniem – twórców i marek?

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Niewykluczone, że po przeczytaniu książki to zrobię :)

  • ala

    Świetne!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję :)