YSL a łódzki tydzień mody i inne refleksje

22 kwietnia 2013

Już jakiś czas temu upolowałam na Allegro starą biografię Yves Saint Laurent’a. Starą, czyli z 1979 roku. Ciekawa to lektura, bo oprócz sylwetki projektanta autor stara się zarysować również ogólną sytuację w świecie haute couture czasów powojennych, a czasem sięga również do pierwszej połowy XX wieku.

Jednak w kontekście minionego właśnie łódzkiego tygodnia mody chciałabym przywołać opinię YSL o zorganizowanych pokazach mody. Wielki projektant stwierdził bowiem: Czego nie znoszę, to wieczne pokazy; prezentowanie mody cztery razy w roku jako spektaklu wydaje się śmieszne. Pomysł „pokazów” zabija modę i daje fałszywe wrażenie. Powinna mieć miejsce ciągła kreacja ubiorów. 

Zastanawiając się nad tym, „co projektant miał na myśli” pokusiłabym się o taką interpretację: mody, jako pewnego zjawiska, nie da się ująć w sztywne ramy pokazów – choćby projektanci i organizatorzy wychodzili z siebie, samo pokazanie nowych propozycji nie oznacza, że kupujący od razu porzucą propozycje z poprzedniego sezonu i rzucą się na to, co „nowe”.

Pokazy dają wrażenie, że coś się faktycznie zmienia wraz z rytmem tygodni mody. Tymczasem patrząc na ulice naprawdę trudno byłoby to udowodnić. Różne rzeczy stają się modne niekoniecznie dlatego, że pojawiły się na wybiegu w określonym czasie i miejscu. Dżinsy czy motocyklowa kurtka nie zdobyły pierwotnej popularności dlatego, że ktoś pokazał je w sezonie wiosennym czy jesiennym.

Odchodząc od cytatu w stronę własnych spostrzeżeń, ubrania prezentowane podczas tygodni mody, to dla mnie pewne wstępne propozycje – czy staną się modne, pokaże dopiero czas i decyzje osób kupujących rzeczy z danej kolekcji (najpierw kupców, potem klienteli). Jeśli nie znajdą się na nie chętni, to nie używałabym w odniesieniu do kolekcji słowa „moda” – jest to raczej zbiór prototypów, propozycji, wyobrażeń pewnych osób, co fajnie byłoby założyć na siebie w następnym sezonie. Jeśli przyjmie to jakaś grupa osób, ktoś zdecyduje się wcielić do swojej szafy proponowane ubrania, to może dany ciuch stanie się modny. Ale jeśli zostaje na poziomie pojedynczych egzemplarzy, to bliżej temu do miarowego krawiectwa, wytwarzania pojedynczych sztuk odzieży, ale „modą” bym tego nie nazwała.

Tyle w kwestii rozważań okołocytatowych.

Sama biografia, nieautoryzowana, jest ciekawa o tyle, że nie ma układu linearnego od „urodził się …” po dzień dzisiejszy. Jest to gratka, jeśli wiemy już conieco o życiu projektanta, bo autor tej biografii pokazuje nam inną perspektywę. Ale jeśli ma to nam przybliżyć po raz pierwszy życie i twórczość YSL, to może trochę mieszać się jego sytuacja osobista, zawodowa, teraźniejszy obraz epoki i przeszłość.

Być może dlatego, że lektura nałożyła mi się na tydzień mody, zwracałam uwagę na takie fragmenty, które korespondowały z aktualnym wydarzeniem. I tak druga uwaga projektanta, która rzuciła mi się w oczy, to jego odpowiedź na pytanie o następną rewolucję w modzie. Otóż jego zdaniem będzie ona dotyczyła męskiej garderoby. Pamiętajcie, że książka ukazała się w 1979 roku, więc od tego czasu już trochę lat minęło, ale oglądając zdjęcia z różnych pokazów z Łodzi mam takie ogólne wrażenie, że propozycje dla panów były (w całej swojej masie) bardziej interesujące niż te dla pań. Patrząc na ostatni wiek w historii mody ilość zmian, jakim podlegała szafa kobiet jest znacznie większa od tych w szafie męskiej. Coraz trudniej pokazać na wybiegu taką kreację dla pań, co do której nie odnosimy wrażenia „to już chyba gdzieś było”, natomiast w przypadku męskiej garderoby czasem mam wrażenie, że wystarczy zaproponować kolorową koszulę i spodnie, żeby powiało „świeżością”, a dla niektórych odbiorców nawet „rewolucją”.

Zaczynają się sypać recenzje z różnych pokazów – kiedyś uwag kilka w tym temacie zebrałam – i jeszcze w tym punkcie odwołam się do książki. Autor przywołuje postać niejakiego Bruno de Roselle, ochrzczonego mianem „weterana – obserwatora mody”, który zauważył, że oceniając pokazy pod względem ich estetyki stosujemy wczorajsze kryteria do dzisiejszych kolekcji. Trudno wykazać „piękno” określonej kolekcji, można co najwyżej wskazać mniej lub bardziej rozpoznawalny styl danej osoby projektującej ubrania. De Roselle stwierdził, że prawdziwym testem dla kolekcji jest to, czy potrafi ona zmusić nas do zabrania określonego stanowiska, wytrącić nas z naszej obojętności. Kłania się tu klasyczne, znane od Greków, „poruszenie” wywołane widokiem jakiegoś dzieła. Patrząc z tej strony, zadaję sobie sama pytanie: która z tegorocznych kolekcji pozostaje w mojej głowie po obejrzeniu dziesiątek, jeśli nie setek zdjęć?

Na koniec jeszcze jedna uwaga YSL, tym razem w kwestii mnie interesującej, czyli relacji moda-sztuka. YSL stwierdził bowiem: Nienawidzę couturiers, którzy mylą swój świat ze sztuką. Szkoda, że autor nie podał skąd pochodzi ten cytat (podobnie jak i powyższe, które przywołałam), bo chętnie poznałabym kontekst tej wypowiedzi i czas, kiedy została wygłoszona. Może w następnej biografii będzie odpowiedź?

Co ciekawe, ta książka to jedno z pierwszych opracowań życia projektanta, a sam autor skarży się w książce na brak materiałów pozwalających zająć się tematem mody szerzej niż w postaci artykułów do magazynów. Jeśli lubicie YSL, warto przejrzeć tę książkę. Może trafią do Was inne spostrzeżenia niż do mnie, albo może ja kiedyś do niej wrócę – i to nie w trakcie jakiegokolwiek tygodnia mody.

Axel Madsen, Living for Design, The Yves Saint Laurent Story (1979)

  • http://muzealnemody.blogspot.com/ muzealnemodyblogspotcom

    Lubimy YSL :))) i nawet zajrzę do książki, bo stoi u mnie na półce od jakiegoś czasu. Najlepsze jednak jest to, że podobne opinie na temat mody/ pokazów / sztuki czytałem nie dalej jak w weekend, w książce o Madeleine Vionnet. Problemowi z pewnością warto się więc przyjrzeć uważniej :))