Moda rządzi nami?

28 kwietnia 2013

Wczorajsze spotkanie w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej pobudziło moje szare komórki do zebrania kilku myśli kręcących się wokół tematu: jak to jest, czy kaprysy Pani Mody rzucają nas na kolana, czy powodują, że czujemy się (nie)modni, czy pomagają nam w tworzeniu odpowiedzi na pytanie „kim jestem?” czy może wręcz przeciwnie, powodują, że jeszcze chwila, a wszyscy będziemy wyglądać identycznie?

Spotkałam się już wcześniej z poglądem, że rozprzestrzenianie się na świecie sklepów z odzieżą, których oferta jest wszędzie identyczna, grozi pewnego rodzaju ujednoliceniem gustu odbiorców i w efekcie gdziekolwiek nie pojedziemy, to ludzie mniej więcej będą wyglądać tak samo. A jeśli krążą tak ubrania, to pewnie podobnie krążą i idee, style życia, różnego rodzaju światopoglądy, co grozi zabiciem kreatywności i uszczupleniem zasobów potencjalnych nowych pomysłów. Nie wiem, czy faktycznie istnieje związek między tymi dwoma przypadkami, niemniej obawy o masową uniformizację wydają mi się jednak nieuzasadnione. Albo przynajmniej zbyt pesymistyczne, żebym od razu zwątpiła w gatunek ludzki.

Z jednej strony bowiem to, że oferta skierowana do globalnego odbiorcy jest dzięki sklepom on-line dostępna niemalże na przysłowiowym końcu świata nie musi od razu oznaczać, że kupujący będą od razu powielać całe zestawy ubrań pokazane na przykładowych manekinach. W jednym sklepie kupujemy kurtkę, w innym buty, a w jeszcze innym sukienkę i torbę – i zestawiamy je po swojemu, choć korzystając z tej samej propozycji, co osoba na Antypodach.

Z drugiej strony, w tym pomruku obawy o homogenizację ludzkości pod względem ubiorów i myśli czasem mam wrażenie, że chodzi o tęsknotę za pewnym „starym” porządkiem, w myśl którego to w Japonii kobiety powinny nadal biegać w kimonach, a ludzie pustyni w przepaskach z liści na biodrach – żeby tylko było różnorodnie. Czasu jednak nie da się cofnąć, więc takie utyskiwania niczego nie wnoszą poza narzekaniem „kiedyś było lepiej”. Jest to też podejście, które charakteryzuje mała wiara w człowieka, któremu najwyraźniej wystarczy przedstawić nową, „modną” ofertę czegokolwiek, żeby przestał myśleć, czy aby na pewno jemu to odpowiada i przestawił się na czynności motywowanie hasłem „bo inni tak robią”. A to dosyć ponura wizja.

Nie można jednak pominąć faktu, że na wybory naprawdę sporej ilości osób wpływają właśnie marki fast fashion – ze względu na globalną sieć sprzedaży, szeroką ofertę i na pewno niższe ceny niż rzeczy kupowane od rodzimych projektantów i projektantek. To firmy takie jak Zara, H&M czy Reserved w dużej mierze decydują o tym, co nosi „ulica”. Trudno się obrażać w tej kwestii na rzeczywistość. Niemniej wciąż będę obstawać przy poglądzie, iż fakt, że mają one tak szeroki zasięg rażenia nie decyduje o tym, że musimy koniecznie w stu procentach wybierać ich propozycje prosto z wystawy.

Inną kwestią, która chodzi za mną po wczorajszej dyskusji, to kwestia różnej maści programów, poradników i artykułów, które podpowiadają, w jaki sposób mamy ubierać się my, kobiety oraz związane z tym kreowanie obrazu, że nasze szczęście zależy od tego, jak wyglądamy.

Dygresja: od razu przychodzi mi artykuł z jednego poczytnego tytułu dla kobiet, którego przez litość nie wspomnę, który to gwarantował olbrzymie zadowolenie jeśli tylko spędzę wolny weekend w łazience poświęcając swojemu ciału odpowiednią ilość czasu i zabiegów. Dla mojego osobistego pomysłu pt. jak fajnie spędzić weekend, to był już jeden krok (ale milowy) za daleko.

Ale wracając do obietnicy szczęśliwości płynącej z podkreślania czy to biustu, czy nóg, czy talii, czy jeszcze jakiejś innej części naszego ciała. Jeśli chodzi o programy typu „Jak dobrze wyglądać nago?”, „Trinny i Suzannah…” czy jakikolwiek inny, to myślę sobie, że uczestniczki, które się do nich zgłaszają są chyba w takim momencie swojego życia, że akurat coś im w nim nie pasuje, na przykład to, jak wyglądają. Ale nie bardzo wiedzą, jak się przepoczwarzyć, a samodzielne eksperymentowanie to niekoniecznie coś na co mają czas (np. mama trójki dzieci), albo najzwyczajniej boją się ośmieszenia jak spróbują wyskoczyć ze swojego dotychczasowego, domowego i rozciągniętego, uniformu. „Bo co ludzie powiedzą” jest chyba czymś strasznie hamującym dla wielu przedstawicieli naszego gatunku. No a taki program daje szansę metamorfozy przy wsparciu profesjonalistów, pozwala wyrwać się z codzienności, która może spowalniać zmiany, a w efekcie faktycznie daje poczucie szczęścia uczestniczce, bo w końcu jej ciało i wygląd dogoniły zmianę, która zaszła już w głowie i było pierwszym krokiem do nowej, lepszej przyszłości.

Czy to jest złudne? O to chyba trzeba zapytać owe panie, które przeszły metamorfozę: czy i jak zmieniło się ich życie. Czytałam kiedyś o szkoleniach dla bezrobotnych pań, których celem było pokazanie, jak ubrać się i pomalować na rozmowę kwalifikacyjną. Okazało się, że dzięki zestawowi prostych porad zmiana wyglądu zewnętrznego wpłynęła na ich pewność siebie, a w efekcie na lepsze wrażenie wywierane na potencjalnym pracodawcy. I duża część z tym pań, która przeszła takie szkolenie, dostawała pracę.

Różnego rodzaju gazetowe porady mogą być z jednej strony postrzegane podobnie jak działalność marek fast fashion: sugerowanie, że dany typ sylwetki ma raczej nosić szerokie paski, a inny głębokie dekolty też można wpisać w próbę „ujednolicania” wyglądów. Trudno mi jednak oskarżać porady typu „należy nosić ubrania w swoim rozmiarze – nie za duże, nie za małe” o szerzenie jakiegoś zła wcielonego. A jeśli ubieranie się zgodnie z pewnym określonym typem sylwetki ma komuś pomóc poczuć się lepiej, usłyszeć komplement „świetnie dziś wyglądasz”, to czemu nie? Może z tak budowanej (po części) pewności siebie przyjdzie i moment taki, w którym świadomie powiemy sobie: ok, wiem, co jest dobre dla mojej sylwetki, znam jej atuty, ale dziś mam ochotę na sukienkę-worek, która przy każdym podmuchu wiatru zrobi ze mnie balona: i co z tego? Mam dziś ochotę na taki strój. Bo nie chcę podkreślać tego, co gazeta sugeruje, że powinnam, ale chcę ubrać się tak, jak mam na to ochotę i kropka. Porady poradami, trendy trendami, ale jeśli nie czuję się z nimi dobrze, to nie będę się do nich stosować, jeśli stwierdzę „to nie ja”.

W kwestii dyktatu Pani Mody, która ocenia to, jak wyglądamy pojawił się też problem rozmiarów. Patrzymy na metkę, a tam s jak small, m jak medium, l jak large, xl jak extra large… i od razu możemy się dowiedzieć, co producent myśli o naszym ciele. Historii typu „nie kupiłam, bo to elka była”, lub „nie wchodzę już w emkę” jest mnóstwo i niestety często okraszone są pewnego rodzaju żalem, czy wstydem. „Jaki pani nosi rozmiar?” to chwila olbrzymiego stresu w trakcie zakupów. Zastanówmy się jednak na chłodno: czy jakaś metka ma wpływać na nasz nastrój, szczególnie na minus? To tylko metka. Rozmiary różnych firm mogą skutecznie od siebie odbiegać – we własnej szafie mam ciuchy rozstrzelone od XS do 42, więc albo nadymam się i puchnę i tego nie widzę, albo… rozmiar na metce to w tylko sugestia, jakiego ubrania szukać w danym sklepie. Tylko podpowiedź, żeby było nam łatwiej. I tyle.

Rozmiarami nie warto przejmować się też z tego powodu, że tworząc daną rozmiarówkę firma niemiecka, szwedzka czy hiszpańska na kobietach z własnego kraju przeprowadza badania, żeby sprawdzić, jaki typ sylwetki jest dominujący i pod ten typ tworzy rozmiary. Stąd odkrycia z gatunku: dlaczego te spodnie są zawsze za długie i dlaczego talia ma taki, a nie inny obwód. Dla kogo to? No najczęściej dla pań z kraju, z którego pochodzi dana firma. I teraz jak „typ hiszpański” lub „typ szwedzki” ląduje w rodzimym sklepie, to niezadowolenie z tytułu niedopasowania ciucha mamy gwarantowane. No i pamiętajmy o tym, że typ „średni” czy „przeciętny” po prostu nie istnieje, więc niedopasowany ciuch to nie jest powód, żeby myśleć o o sobie źle, to nie wina naszego ciała – ale tak, a nie inaczej, skonstruowanego ciucha. Najwygodniej jest mieć pod ręką dobrą krawcową, która z niekoniecznie dopasowanej rzeczy zrobi nam ciuch szyty na miarę.

A jak jesteśmy przy rozmiarach, to od razu pojawia się problem ciuchów z wybiegu i modelek. Że ciuchy z wybiegu wyglądają dobrze tylko na chudych modelkach. Że to budzi kompleksy, bo takie modelkowe ciało jest nie do osiągnięcia. Że kształtuje się w ten sposób nierealny obraz ciała kobiety i potem dziewczynki mają anoreksje.

Patrząc od strony organizacji pokazu możliwość wynajęcia modelki o określonych wymiarach, która w razie np. choroby jest łatwa do zastąpienia inną, bo ich ciała są niemal identyczne, to po prostu najtańsza opcja. Pomyślcie, że powstaje kreacja na osobę o wymiarach 90-75-100 lub 110-70-115. I ta kreacja wybiegowa jest uszyta po wymiary konkretnej osoby. A potem taka modelka zachoruje – i jak znaleźć drugą o identycznych kształtach?

Kompleksy. Temat rzeka. Ale spróbujmy pokrótce: jeśli jesteś dużą dziewczynką, użyj głowy i zrozum, że wymiary modelek nijak się mają do wymiarów „normalnej” kobiety. Zamiast dobijać się myślą „to wygląda dobrze tylko na chudych”, zastanów się, czy możesz z wybiegu podpatrzeć nowe kolory, których dotychczas nie ma w Twojej szafie. A może wzory? A może zestawienia różnych tkanin? A może niby to samo, ale krótsze/dłuższe/z falbanką/ kołnierzykiem/suwakiem/guzikiem …. ? Nie patrz ślepo na wybieg, to tylko pewna sugestia, a nie matryca do odbicia.

Nierealny obraz ciała. No ale z drugiej strony jak najbardziej realny: na wybiegu są w końcu żywi ludzie, i to są ich ciała – jedne z wielu, jakie w przyrodzie występują. Owszem, najczęściej pojawiają się we wszelkiego rodzaju mediach. Tylko, że zwalanie całej winy na media też nie wydaje mi się w porządku. Bo czy ktoś nas niby zmusza do oglądania takowej prasy? Można sobie przecież kupić gazetkę z przewagą tekstu nad zdjęciami i w ten sposób choć trochę ograniczyć własny kontakt z niepożądanymi dla własnej samooceny zdjęciami. To jest temat, któremu należałby się osobny wpis: czy media robią nam z mózgu kisiel?, ale osobiście wolę opcję: czy pozwalamy sobie zrobić z mózgu kisiel, bo nie chce nam się kwestionować otrzymywanego obrazu świata? Bo łatwiej jest powiedzieć, że to media, ten cały biznes, to one wywierają na nas presję dobrego wyglądu i potem my, ofiary, w cierpieniu poświęcamy się dla sprostania różnym obrazkom i z niezadowoleniem patrzymy w lustro. Trochę wysiłku z naszej strony i z tym samym ciałem możemy być dużo bardziej zadowoleni.

I ostatnie oblicze mody, jakiego chciałabym dotknąć, to kwestia wzrastającej konsumpcji. Że moda – poprzez coraz częściej zmieniające się trendy – każe nam co sezon wymieniać garderobę na taką bardziej modną, że wyrzucamy ubrania, w których można jeszcze chodzić, ale nie robimy tego, bo są już niemodne. Pomijając oczywistą kwestię, że to fajnie mieć takie życie, w którym Himalaje problemów zdobi złe samopoczucie z powodu niemodnej szafy, to owszem: z racji tego, że istotą mody jest zmienność, to jej mechanizmy tak własnie działają, mamy pozbywać się rzeczy dlatego, że są niemodne, i kupować te, które modne są. Ale czy to znaczy, że naprawdę mamy tak robić?

Gdybym miała się opowiedzieć po jakiejś stronie sporu, czy moda nas ogranicza, czy uwalnia, to bliżej byłoby mi do drugiego stanowiska. Ale przede wszystkim: moda daje nam wybór. Jak? Bo z jednej strony możemy – podążając za trendami – wtopić się tłum, być „jak wszyscy” (czyli inni modni), a z drugiej: w ramach obfitości propozycji, z jakich możemy korzystać, równie dobrze możemy stworzyć swój niepowtarzalny wizerunek. Dzięki obfitości możliwości możemy wybrać jedną rzecz z bieżącego sezonu, jedną z lumpeksu, a jeszcze inną z rzeczy, które posiadamy od lat i w ten sposób budować swój własny styl.

Może z modą to tak jak z ofertą lodów na gałki: mamy czasem kilkadziesiąt możliwości, ale nie musimy zjadać wszystkich naraz. Zjemy jedną, dwie gałki, sprawdzimy czy nam smakują i albo wrócimy po te same smaki, albo zdecydujemy się na coś innego. Mamy wybór.

Moda to tylko pewne propozycje, a to, czy je przyjmiemy, to nasz wybór. A skoro mamy wybór, to korzystajmy z niego.

P.S. Podczas spotkania pojawił się również wątek etyczności produkcji odzieży – kiedyś już na ten temat pisałam, więc nie chcąc się powtarzać zainteresowanych odsyłam tutaj.

* * *

Za tą moją nieco chaotyczną relacją na gorąco stoi szalenie przyjemna burza myśli, za którą dziękuję Uczestniczkom i Uczestnikom toruńskiego spotkania. Było mi bardzo miło brać w nim udział jako jedna z panelistek w doborowym towarzystwie następujących osób:

Alicji Saar, projektantki z firmy Herzlich Wilkommen,

Małgorzaty Piernik, modelki i blogerki (www.arthistoryformodels.blogspot.com),

Aleksandry Derry, filozofki i wykładowczyni gender studies,

Magdy Wichrowskiej, filmoznawczyni i dziennikarce oraz

Katarzyny Toczko z CSW, która prowadziła naszą rozmowę.

  • http://muzealnemody.blogspot.com/ muzealnemodyblogspotcom

    Hmmm…… Wydaje mi się, że przez to, że sporo czytasz o modzie, mówisz o niej, myślisz o niej – w sensie nie co na siebie włożyć – ale jako o zjawisku socjologicznym, to trochę to sobie „odczarowałaś”. No i odwrotnie, myślę sobie, że jeżeli dla kogoś moda to głównie to – co wybrać i ubrać – to trudno będzie o takie myślenie, jakie powyżej przedstawiłaś.
    To jest ciekawe – czy jako od osoby „zajmującej się modą” nie wymaga się od Ciebie wyjątkowo „modnego” wyglądu? Jak na spotkaniu było pod tym względem?

  • http://www.modologia.blox.pl/ modologia

    @muzealne_mody: No z jednej strony tak, ale z drugiej: kto, jak nie ja, podporządkował swoje życie modzie? Czytam o niej codziennie, piszę o niej, rozmawiam – zabiera mi mnóstwo czasu, więc chyba i trochę mną rządzi ;)

    Toruńska rozmowa dotyczyła przede wszystkim mody w kontekście ubrań, ale nie tylko tego, jak się ubrać, ale również projektowania, modelingu, filmu czy perspektywy gender studies.

    Tak się zastanawiałam nad tym oczekiwaniem co do tego, czy mam wyglądać „modnie” w sensie, że od razu widać, że mam coś wspólnego z tym tematem. Pewnie na fb CSW pojawią się zdjęcia, więc będziesz mógł zobaczyć jak wyglądały panelistki. Czy ja się zastanawiałam co ubrać? Oczywiście! Jeśli niemal codziennie siedzę w dresiku z książką lub przy komputerze, to nie mogłam sobie podarować okazji wykorzystania innej możliwości. Czyli ostroróżowa kieca :) Natomiast raczej nic nie przekona mnie do tego, że mam dawać świadectwo modzie idąc na targ po owoce i warzywa, bo naprawdę trampki i bluza wystarczają.

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ efekty_uboczne

    Podchodzę już 3 raz do komentowania, za każdym razem miałam za dużo myśli, żeby się tu wszystkimi podzielić :) No to od początku (i mam nadzieję, że wyjdzie w skrócie!)

    Nie sądzę, że grozi nam ujednolicenie gustu. Niektóre rzeczy mogą wyjść na pierwszy plan, ale nie sądzę, żebyśmy wszyscy wyglądali tak samo – w końcu liczy się też kto jest pod tym ubraniem ;) Nawet światopogląd jest w jakiś sposób dokształcany do życia,a nie odwrotnie, myślę, że ubrania czeka podobna droga. W końcu niby my-Polacy ubieramy się w H&M, a to my wzdychamy nad szwedzkimi ulicami…;) Każdy interpretuje daną rzecz na swój sposób. Zresztą można zrobić prosty eksperyment – w danym okresie czasu (np. na wyprzedaży) podpatrzeć, jakie ubrania najlepiej sprzedają się w kilku miastach danej sieciówki, nawet w obrębie jednego miasta. Przykład? W moim małym, rodzinnym mieście zostawały rzeczy droższe i klasyczne (w stylu dobrej jakości marynarka) oraz, nazwijmy to „odważne” i podążające za tym, co widać na wybiegach. W Poznaniu te rzeczy znikały z wyprzedaży jako pierwsze, jeśli w ogóle do nich dotrwały.

    To prawda, że my podejmujemy finalną decyzję, sklepy czy projektanci podsuwają sugestie, a nie gotowe rozwiązania. Tylko często wygrywa lenistwo i łatwiej komuś skopiować zestaw z wystawy, kupić go w jednym sklepie i wyjść, niż szukać, szperać i kombinować. Ale absolutnie nie uważam, że to złe. Bo niby co jest w tym złego? To, co zakładają inni…to sprawa tych innych.

    Podobne zdanie mam wobec poradników. O ile mówią coś z większym lub mniejszym sensem – niech są. Mi nie przeszkadzają, a może ktoś faktycznie skorzysta? Przyznaję, że oglądałam programy Goka, łącznie z wersją „po” (czyli odwiedzenie danej osoby po jakimś określonym czasie) i z ręką na sercu przyznaję, że było to inspirujące. Naprawdę nie obchodzi mnie, czy dana kobieta ma podkreślać talię, czy nie, czy nosić szpilki mimo nienawiści do nich, czy przerzucić się na trampki – nawet jeśli to było złudne, to inspirująca jest chęć zmiany, zabawy wyglądem, ubraniami, takie „otworzenie oczu”. Jeśli komuś do akceptacji własnego ciała potrzeba korygującej bielizny i obcasów – według mnie to super, że ktoś im je przekaże. Bo w końcu ta osoba będzie szczęśliwsza,a kogo to obchodzi jaką drogą? Żeby zaakceptować siebie „tak po prostu”…nie jest łatwo. Szczególnie, kiedy mamy jakieś niemiłe doświadczenia, wspomnienia. A dla spokoju psychicznego…każde środki dozwolone :)

    A co do samych porad – po to mamy głowy, by ich używać. W końcu jeśli ktoś napisał „paski nie pasują do kropek”, a my uważamy inaczej, to po prostu nosimy paski z kropkami i koniec. To nie są prawdy objawione ani wytyczne, za których przekroczenie fashion police wlepi nam mandat ;) Tak, jak napisałaś – są trendy, są porady, ale nie można w tym zgubić siebie. Nie widzę nic złego ani w inspirowaniu się tym, co mówi gazeta/stylista/blog/ciocia, ani w tym, żeby te rady wyrzucić do śmietnika.

    Rozmowy o rozmiarach zwykle mnie śmieszą- śmieszy mnie trochę mówienie, że „wybiegowa figura nie istnieje” – to kto chodzi po wybiegu? Są jakieś próby używania manekinów, czy nawet hologramów, ale w końcu zwykle są to modelki. I znając ich całkiem spore grono mogę powiedzieć, że nie dość, że żyją, to jeszcze są całkiem mądre i nie wcinają na obiad wacików, tylko po prostu odżywiają się zdrowo. Sama noszę „rozmiar wybiegowy” a ubrania z manekinów często są na mnie za duże i halo – istnieję, żyję, mam się dobrze. To teraz mam się poczuć urażona tym gadaniem o manekinach i modelkach? Chyba nie ;)
    Gdyby manekiny oddawały różnorodność – jeśli chodzi o szerokość i wysokość i typ urody, byłoby świetnie. Ale kto wie, może któraś firma podchwyci taki trend? Myślę, że realizacja wcale nie byłaby trudna – zamiast 10 tych samych manekinów, reprezentantki (chociaż przybliżone) różnych typów figur.

    Podpisuję się pod Twoim zdaniem i dodam, że jak ktoś ma tu kogoś ograniczać…to my sami. Siebie, innych. Za rzadko używamy głowy :))

  • http://modologia.blox.pl/html modologia

    @efekty_uboczne: nic dodać nic ująć do Twojego komentarza, dziękuję :) I nigdy, przenigdy nie myśl, że Twój komentarz jest zbyt długi. Blog zniesie wszystko, a ja wszystko przeczytam.

  • Ach ach…

    Miałam okazję być na tym spotkaniu i przyznać muszę ,że nie był zbyt interesujący-kiedy mogła popłynąć ku trudniejszym kwestiom (np. opresyjności mody) uparcie powracała do banałów w rodzaju „oj nie przejmuj się rozmiarem” , „jabłuszko czy gruszka”. Rada na koniec: „Kupujcie u polskich projektantów” aby nie cierpiały chińskie dzieci „bo 1500zł za płaszcz to nie dużo” – dla kobiet tam zebranych (w bardzo różnym wieku i różnej zamożności) w małym Toruniu brzmiało jak głos z kosmosu. Wróciłam do domu rozczarowana.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Widzisz, to szkoda, że wtedy nie powiedziałaś tego głośno. Czy „winą” za to, że dyskusja potoczyła się tak, a nie inaczej, należy obciążyć panelistki, prowadzącą, czy może brak takiego głosu jak Twój? – myślę, że szukanie winnych jest bez sensu, bo niczego nie zmieni i niczego konstruktywnego nam nie da. Formuła spotkania nie była panelem naukowym, ale sobotnim, popołudniowym spotkaniem dla kobiet, więc jego forma była z założenia luźna.

      Może akurat dla Ciebie stwierdzenie „nie przejmuj się rozmiarem” jest banałem, ale może komuś akurat pomogło (odnoszę się do tego stwierdzenia, bo akurat to mogłam powiedzieć, co do pozostałych stwierdzeń miałabym wątpliwości, czy akurat coś takiego powiedziałam).

      Mogę jedynie w tym miejscu dopytać Cię, co dla Ciebie kryje się pod sformułowaniem „opresyjność mody”, skoro ta kwestia jest dla Ciebie interesująca, i spróbować odnieść się do Twoich spostrzeżeń pod tym wpisem.

      • Ach ach…

        Zdawałam pytania , więc próbowałam zmienić bieg dyskusji. Myślę, że większość Pań ,które brały udział w panelu za bardzo „siedziała” emocjami w świecie mody by być zdolną do krytycznej analizy. O tym ,żeby się nie przejmować rozmiarem można posłuchać sobie w TV u jakiegoś Goka czy T&S(pomiędzy reklamami w których pląsają idealne modelki).Na spotkaniu w takim miejscu warto by „odczarować” modę jako zjawisko społeczne. Uważam ,że refleksja na ten temat pomogła by słuchaczkom nabrać dystansu do świata mody. W skrócie opresyjność mody wiąże się z tym jak doskonale służy ona mitowi piękna opisywanemu przez Naomi Wolf. Naprawdę tekst w stylu „Nie dawaj sobie robić z mózgu kisielu” to daleko idące z trywializowanie problemu. Warto sobie uświadomić ,że tożsamość jest kształtowana społecznie ,a kobiety w naszej kulturze i czasach wzrastają w szczególnej atmosferze. Sprzyja ona braku akceptacji dla swojego ciała i naprawdę warto się zastanowić zanim się dokona takich redukcji rzeczywistości.

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Po pierwsze, przepraszam, że dopiero dziś odpisuję, ale fala upałów mnie pokonała, mogłam tylko leżeć i starać się nie poruszyć. A teraz – po kolei: zacznę od tego, że nie odpowiadam za inne biorące udział w panelu Panie, a tylko w swoim imieniu. I według mnie akurat dystans do tego, czym się zajmuję, nie jest mi obcy. Bez względu na to, jak temat „moda” jest dla mnie pasjonujący, to nie zachłystuję się nim i nie wypełnia całego mojego życia. Mam nadzieję, że widać to podejście we wpisach na blogu, jak również ową krytyczność, o której napisałaś.

          Nie wiem, czy pamiętasz początek spotkania, kiedy prowadząca panel pytała nas o to, czym jest dla nas moda. W pierwszym odruchu zaczęłam mówić o tym zjawisku nawiązując – najprościej – do Simmla, ale szybko zostałam poproszona o bardziej zrozumiałe sformułowanie niż definicja wspomnianego myśliciela. I w ten oto sposób dotarło do mnie, że celem spotkanie nie będzie ścieranie się o to, czym moda jest, nie jest lub być może, ale luźna pogawędka, bez naukowego języka. Że trzeba mówić w taki sposób, żeby zrozumiała to możliwie każda z pań, która pojawiła się na spotkaniu, a nie rzucać teoriami na prawo i lewo. Że dopiero oswajamy temat po raz pierwszy. Oczywiście, że to podejście dla osób takich jak Ty jest zbyt trywialne, bo widać, że kilka spraw porządnie sobie przemyślałaś i poukładałaś, ale moim zdaniem byłaś w tym wyjątkiem.

          Z drugiej strony, uważam, że zarówno używanie trywialnych sformułowań, które przywołujesz, jak i mówienie o opresyjności mody i jej wpływie na kulturowo konstruowaną tożsamość człowieka to w wielu punktach mówienie o tym samym problemie, ale z użyciem mniej lub bardziej skomplikowanego słownictwa. Jakkolwiek nie pamiętam słowo w słowo, jak przebiegała cała dyskusja, to wydaje mi się, że pani Derra starała się w swoich odpowiedziach choć krótko zahaczyć o interesujące Cię kwestie. Wydaje mi się, że bardzo trudno byłoby w kilku zdaniach wyjaśnić zebranym jak przebiega proces konstruowania tożsamości, co to w ogóle jest tożsamość i jak wpływają na nią obrazy kreowane przez modę. Taki problem lepiej przedstawić w formie wykładu, w formie dyskusji temat jest dużo trudniejszy do opanowania.

          W jakiś sposób jest to dla mnie naturalnie przykre, że spotkanie okazało się być dla Ciebie rozczarowaniem, ale mając za sobą kilkuletnie doświadczenie w prowadzeniu zajęć ze studentami wiem, że nie da się zrobić takiego wystąpienia, które usatysfakcjonuje wszystkich słuchających. Zawsze jest ktoś, dla kogo omawiany temat jest zbyt łatwy, albo zbyt trudny. Ryzyko zawodowe.

          Nie wiem, skąd piszesz, ale ze swojej strony chciałabym zaprosić Cię na mój czwartkowy wykład w poznańskim Centrum Kultury Zamek pt. „Czy ubiór to dzieło sztuki?”. To jest inna formuła niż panel, ale spotkanie też jest otwarte dla wszystkich. Może to, co powiem i pokażę w czwartek byłoby dla Ciebie interesujące i pokazało jeszcze inny aspekt tematu związanego z modą.

          Dziękuję Ci za Twoje komentarze, bo jeśli znowu wezmę udział w jakimś otwartym panelu związanym z modą, to będę pamiętać, że na widowni siedzi też taka osoba jak „Ach ach…”, która oczekuje czegoś więcej i chcę o niej pamiętać. Myślę też, że jeśli kiedyś uda nam się spotkać, chętnie wrócę do tego tematu w rozmowie i uda nam się wtedy wyjaśnić wszelkie sporne kwestie. No i chyba zasiałaś ziarenko na nowy wpis ;)