Co się dzieje w polskiej szafie?

24 maja 2013

To jest naprawdę karkołomne zadanie dopisać własne trzy grosze po recenzji wystawy „Szafa polska”, którą przygotował Piotr z bloga Muzealne Mody. Pod podlinkownym tekstem znajduje się również odpowiedź kuratora wystawy, Michała Niechaja, który odpowiada na wątpliwości Piotra. Zachęcam Was do przeczytania całości (jeśli jeszcze jej nie znacie), bo nie zamierzam dublować spostrzeżeń żadnej ze stron.

Niemniej jako osoba, która specjalnie jedzie do Wrocławia, żeby zobaczyć „Szafę polską” trudno mi ukryć rozczarowanie obejrzanym efektem. Wiem, że wystawę najlepiej byłoby spostrzegać przez pryzmat organizowanych w związku z nią spotkań, których naprawdę było sporo – i jako taka inicjatywa ma moje poparcie. Niemniej dla istot, które z Wrocławia nie są, jedyne co pozostaje, to owa przestrzeń BWA i wiszące w niej ubrania plus garść dodatków. Owszem, chciałabym móc uczestniczyć i w owych spotkaniach, ale nawet jak na osobę niezwykle zadowoloną z bycia przedstawicielką wolnego zawodu, nawet mój czas nie jest tak elastyczny i zawsze w nadmiarze, żeby móc być wszędzie, gdzie moda piszczy.

Bardzo mnie natomiast cieszy i czekam niecierpliwie na książkę, która ma powstać po wystawie, choć trochę mnie zastanawia sens wydawania książki po zakończeniu wystawy. Rozumiem, że ona wieńczy całość projektu, niemniej wystawa to świetny czas, w którym można było już rozpocząć sprzedaż książki, więc szkoda, że ta szansa nie została wykorzystana. Już zastanawiam się, jaką perspektywę przyjmą jej autorzy, biorąc pod uwagę ostatnio wydaną książkę Marcina Różyca „Nowa moda polska”, o której nie tak dawno pisałam.

Oglądając stroje wiszące na wystawie wciąż pchało mi się do głowy pytanie o klucz doboru kreacji i to pomimo tego, że znałam już odpowiedź kuratora: subiektywny wybór (czyli ten sam argument, jak w przypadku pytania o kryteria wyboru projektantów w książce wspomnianego pana Różyca). Aczkolwiek nie rozumiem, gdy tłumaczy on, że wystawa prezentuje „stan zastany polskiej mody”, bo to jest z jednej strony bardzo trudne do pokazania, a jeszcze trudniejsze do udowodnienia – i niestety doboru strojów do wystawy pod tym względem nie da się uzasadnić. Bo czym jest ów „stan zastany”? To brzmi trochę tak, jakby można było uchwycić modę w jakimś momencie, powiedzieć „stop”, przyjrzeć się jej z bliska, wyłapać najważniejsze nurty i zjawiska, a potem wypuścić z powrotem na wolność. Jakbyśmy się nie starali, tego po prostu zrobić się nie da – istotą mody jest zmiana, ciągła zmiany. A jak pokazać ową zmianę? W przypadku tak małego projektu jak „Szafa polska” to po prostu niemożliwe.

Bardzo interesująca jest natomiast informacja od kuratora na temat tego, że niekoniecznie wszyscy projektanci, których zaproszono do projektu, byli tym zainteresowani. To jest kwestia, o której warto pamiętać, bo chęci kuratora to jedno, a możliwości realizacji to drugie.

Patrząc jednak na niektóre z manekinów naprawdę nie wyobrażam sobie, że na podniszczonym manekinie wisi jakaś luksusowa suknia wieczorowa. Może niekoniecznie do zwoju jedwabiu w postaci bufiastej sukni musimy podchodzić z nabożeństwem, ale można zrozumieć, że taki sposób ekspozycji może nie być atrakcyjny dla projektanta czy projektantki, którzy pozycjonują się jako marka luksusowa. A skoro przy owym pozycjonowaniu jesteśmy, to biorąc pod uwagę problemy ze zdobyciem pewnych obiektów, wydaje mi się, że hasło „wystawa mody” nie jest jeszcze wytrychem otwierającym serca współczesnych polskich projektantów i projektantek. Być może niektórzy nie widzą w tym sensu, może obawiają się o efekty końcowy (np. „koło kogo będę wisieć?”), a może niektóre przestrzenie nie są dla części z nich wystarczająco prestiżowe (bo np. suknia marki La Mania znalazła się na wystawie „Wywyższeni. Od faraona do lady Gagi”, którą można było obejrzeć w zeszłym roku w Warszawie, czyli kontekst był wystarczająco dobry do prezentowania sukni w ramach Muzeum Narodowego).

Nie wiem, czy osoby, które swoje stroje na wystawę, widziały efekt końcowy. Wybierając dwa z eksponatów – ubrania Michała Szulca i Maldorora, efekt prezentacji jest dosyć skrajny. Ubrania Szulca wiszą na podniszczonych manekinach, ale np. jeden ze strojów Maldorora jest usytuowany w oknie wystawowym (w tle projekt Pauliny Plizgi).

Projekt Michała Szulca:

Projekt Maldorora:

Bez względu na wszystko, warto zajrzeć na wystawę, żeby przyjrzeć się z bliska pracom Arkadiusa, np. kombinezonowi z kolekcji S/S 2004 czy sukni z kolekcji A/W 2001.

Świetnie też prezentowały się projekty Pauliny Plizgi, ale mam wrażenie, że największym wygranym tej wystawy jest Maldoror – na wystawie znajduje się kilka jego projektów, a co więcej, można też kupić koszulkę tej marki. Jak pokazuje ściana, znaleźli się już chętni.

Projekt Pauliny Plizgi:

I w części już puste wieszaki po koszulkach od Maldorora:

Mam nadzieję, że tym z Was, którzy nie obejrzeli wystawy, tych kilka zdjęć da chociaż jakiś przedsmak tego, co można było zobaczyć. Jak znajdę czas, zrobię album na fejsbukowym profilu poświęcony tej wystawie, ale jak na razie wpis musi wystarczyć.

Bez względu na wyjaśnienia kuratora i obietnicę książki, uważam, że brak jakiejkolwiek informacji we wrocławskiej galerii BWA na temat tego, skąd się wzięła ta wystawa i czemu wygląda tak, jak wygląda, to po prostu jedna wielka strata: dla zwiedzających – bo po prostu nie wiedzą co i dlaczego oglądają, a nie każdy musi się znać na tym, co się dzieje w modzie polskiego pochodzenia. Ale to także strata dla organizatorów – bo jestem przekonana, że trafiają się i tacy, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć więcej, niż to, kto zaprojektował dany ubiór. Chcieliby wiedzieć, jaki klucz estetyczny służył dobraniu obiektów i jaki był właściwie zamiar twórców wystawy. A wychodzą z niczym. I tego mi szkoda. Bo dobry i ciekawy w założeniu pomysł, który – w moim oglądzie raczej mniej edukacyjny, a bardziej promocyjny – trochę spalił na panewce. Teraz trzymam sobie kciuka za to, żeby książka kazała mi wypluć te wszystkie moje żale i odwołać zastrzeżenia. A kiedy będzie książka? Nie wiadomo.

* * *

Wystawę można oglądać do 1. czerwca we Wrocławiu – szczegóły tutaj. Jechać i oglądać.

  • Katka PasztetLady

    Zgadzam się, iż organizatorzy zmarnowali szansę na pokazanie polskiej mody. Odwiedziłam wystawę wraz z moją mamą, która nie bardzo się w tym wszystkim orientuje i brak klucza utrudnia odbiór tych kreacji i zamienia je w jakiś ubraniowy bestiariusz – można sobie przyjść i pooglądać dziwa. Dla osób, które nie słyszały tych nazwisk (oprócz Arkadiusa! ;) są to projekty, które nikomu nic nie mówią. W środku są natomiast ludzie, którzy chyba mieli po wystawie oprowadzać (?) generalnie się nie sprawdzili w tej roli, więc wszyscy wchodzi i wychodzili bez słowa i bez oprowadzenia. A szkoda, bo było tam też sporo obcokrajowców. W każdym razie czekamy na inne inicjatywy BWA :)

    • modologia

      No cóż, cała nadzieja w obiecanej publikacji, która nam wszystko ładnie wytłumaczy ;)