1968 rok z „Przyjaciółką”

23 czerwca 2013

Być może w 1968 roku byłabym jedną z 330 000 kobiet (taki był nakład kalendarza), które na samym początku roku zakupiłyby kalendarz czasopisma „Przyjaciółka”. Wiedziałabym dzięki niemu, jakie miasto i zabytek odwiedzić każdego miesiąca: starówkę Zamościa w czerwcu, renesansowy Zamek Piastowski w Brzegu nad Odrą w sierpniu, a w listopadzie bieszczadzkie cerkwie. W wolnej chwili poczytałabym o „pierwszej Ewie Kosmosu”, czyli Walentynie Tierieszkowej, o tym, jak wygląda od kuchni tworzenie filmu, ale także o historii pojazdów na czterech kółkach. Lub o tym, jak dbać o krowę i porządnie ją wydoić.

IMG_0001

Dzięki reklamie lodówki i zamrażarki firmy „Polar” dowiedziałabym się, że dzięki przechowywaniu jedzenia w lodówce oszczędzam około 300 godzin rocznie, bo nie muszę dzień w dzień chodzić po świeże produkty, by ugotować rodzinie smaczny posiłek. Ułatwieniu mojej codziennej pracy (i dalszemu zaoszczędzeniu czasu) służyłyby środki piorące w płynie: Kokosal, FF oraz IXI. Trzeba wierzyć, że dzięki tym środkom życie kobiety było prostsze, bo pralka automatyczna nie była jeszcze dobrem powszechnie dostępnym. Choć redakcja opisując ten cud techniki trochę się zagalopowała pisząc, że „pranie będzie rozrywką, kiedy wejdą do powszechnego użycia pralki wieloczynnościowe z urządzeniem programującym”. Jeśli dla kogoś robienie prania w czasach dzisiejszych – nawet w naszych superpralkach – podpada pod kategorię „rozrywka”, to proszę piszcie, w czym tkwi urok tejże czynności, bo jako żywo dla mnie pranie pada dosyć daleko od jakiejkolwiek formy rozrywki.

Gdybym wtedy interesowała się ciuchami, na pewno przydałyby mi się rysunki i szkice wykrojów ubrań domowych i na wycieczkę. Wiatrówka na rower pewnie od razu trafiłaby pod nożyce i maszynę do szycia.

IMG_0003

Gdybym natomiast chciała wybrać się na zakupy i zaszaleć wśród „modnych linii” czy „ciekawych kolorów” to moim miejscem docelowym zostałyby Powszechne Domy Towarowe (PDT). Po mojej ostatniej lekturze numerów „Przekroju” z lat 1954-1989 mam wrażenie, że umieszczone w prawym górnym rogu reklamy dwa modele sukienek mają wręcz uderzające podobieństwo do kreski pani Barbary Hoff.

IMG_0002

Z dzisiejszej perspektywy najciekawsze jest jednak dla mnie, jak redakcja wyobrażała sobie „ubiór przyszłości”. Przewidywano, że naturalne materiały będą stopniowo wypierane przez sztuczne, ponieważ przy ówczesnym przyroście ludzkości można już było obliczyć, że nie starczy na ziemi miejsca na plantacje bawełny, lnu czy na pastwiska dla milionów owiec. Prosta matematyka nie mogła się mylić, choć jak wiemy nie nastąpiło zupełne odejście od materiałów naturalnych.

Kolejne przewidywanie dotyczyło produkcji odzieży: żadnej igły z nitką, tylko klejenie. O ile odzież bezszwowa faktycznie się pojawiła, o tyle opcja „wkrótce ani jednego szwu” jednak się nie urzeczywistniła w odniesieniu do całości naszej odzieży.

W tekście znajduje się również anegdotka, że podobno po wynalezieniu promieni rentgenowskich rozeszła się plotka, że dzięki tej aparaturze będzie można oglądać nagie ciała kobiecie okryte nawet najgrubszym materiałem. Od razu na rynku znalazł się producent damskiej bielizny, który reklamował się sloganem: „Ta bielizna nie przepuszcza promieni rentgena!”. I byłoby to zupełnie zabawne, gdyby nie tak odległa w czasie dyskusja o urządzeniach na lotniskach umożliwiających gruntowne prześwietlenie osób przechodzących przez bramki bezpieczeństwa.

Co było rewelacją odzieżową w 1968 roku? Doniesienia z jednej moskiewskiej fabryk, że udało się wyprodukować tkaninę przepuszczającą promienie ultrafioletowe. W praktyce oznaczało to, że można się opalać bez zdejmowania ubrania. Z kolei na ziemi amerykańskiej pojawiły się piżamy impregnowane środkiem nasennym – specjalnie dla osób cierpiących na bezsenność. Autentycznie mnie zastanawia, cóż to był za środek i czy ta usypiająca piżama faktycznie spełniła swoje zadanie.

Pomimo ostatnich gorących dni mnie najbardziej przydałby się chyba jednak „garnitur na baterie” wykonany z tkaniny przewodzącej prąd elektryczny (produkcja brytyjska). Jestem straszliwym zmarzluchem i wizja „ubrania-kaloryfera” jest dla mnie niezwykle kusząca.

Żałuję, że w przywołanych przykładach nie padają nazwy konkretnych firm będących autorami owych odzieżowych cudów, a znajomość historii nowych technologii wytwarzania odzieży nie leży w głównym obszarze moich zainteresowań. Może jednak znajdzie się ktoś, kto będzie mógł potwierdzić wypisane rewelacje i dodać kilka nowych szczegółów?

Na wieczór zostawiam sobie lekturę „Czterech pór życia kobiety” oraz zupełnie porządnie rozbudowany artykuł o chomikach. Jak widzicie, moja przyjaciółka ma rozległe zainteresowania ;)