100 lat mody – czy warto w nie inwestować?

13 lipca 2013

Przyznam, że nie paliłam się do zakupu tej książki. Ostatnio priorytet mają u mnie lektury z przewagą liter nad obrazkami, a „100 lat mody” ilością tekstu nie grzeszy. Co więcej, nauczona doświadczeniem zakupu książek z wydawnictwa Taschen „Moda. Historia mody XX wieku” oraz „Fashion Now” długo zastanawiałam się, czy naprawdę kolejna pozycja z gatunku „historia mody w pigułce” plus sporo zdjęć z suchymi podpisami kto i kiedy zaprojektował dany ubiór jest mi naprawdę potrzebna. Owszem, zdjęć ciuchów z XX wieku jest na tyle dużo, że udaje się uniknąć nadmiernej ilości powtórzeń tych samych strojów w różnych publikacjach, ale czy to wystarczy, żeby zainwestować 89 złotych polskich? (No, może kilka złotych mniej w niektórych księgarniach przy zamówieniu on-line i przy odbiorze w księgarni).

Tymczasem wybór wydawnictwa Arkady, żeby wydać w naszym ojczystym języku książkę Cally Blackman jest zupełnie trafiony. Dlaczego?

Przede wszystkim, na naszym rynku wydawniczym wciąż jak na lekarstwo mamy współczesnych opracowań historii mody XX wieku, wciąż cokolwiek z „modą” w tytule budzi najczęściej zupełnie bezrefleksyjną radość, że w ogóle jest coś do poczytania. Owszem, „100 lat mody” to książka przede wszystkim do oglądania, a dopiero na drugim miejscu do poczytania, ale moda nie istniałaby bez fotografii, reklam, czy plakatów. Nie ma obrazków – trudno mówić o modzie, bo niby jak ma się rozprzestrzeniać? A z drugiej strony, jak obudzić apetyty czytelniczek i czytelników, jak właśnie serwując im ucztę dla oczu, która – mam nadzieję – w następnym kroku każe domagać się więcej i więcej, nie tylko dalszych ilustracji, ale i wiadomości. I tak modowe rybki połykają haczyk.

IMG_0002

Decyzja Autorki, żeby wiek XX podzielić na dwie części wyznaczone cezurą lat 60-tych bardzo przypadła mi do gustu, bo (podobnie jak Piotr na blogu Muzealne Mody w swojej recenzji) podpisuję się pod opinią, że ile razy można przedstawiać zmiany w modzie przez pryzmat kolejnych dekad? To naprawdę jest trudne do utrzymania, że lata dwudzieste różnią się od trzydziestych, a te z kolei od czterdziestych, a granice wyznaczają dziesięcioletnie okresy. Natomiast gdybyście mieli wskazać ten najbardziej przełomowy czas w minionym stuleciu, to czy przychodzi Wam do głowy coś bardziej istotnego niż lata sześćdziesiąte? Kończy się wówczas powojenny złoty czas dla haute couture, a nową grupą docelową dla osób projektujących ubrania (i zarabiających na tym) staje się młodzież. Zatem podział na część pierwszą ujętą w latach 1901-1959 oraz drugą – od 1960 roku jest sensowny i daje się obronić. Jakkolwiek krótkie są opisy historii mody w jednej i drugiej części, to tym razem w „pigułce” nie zabrakło niczego, co powinno zostać uwzględnione jako ważne dla historii mody tego okresu. W każdej części pojawiają się rozdziały poświęcone konkretnym zagadnieniom związanym z ewolucją ubiorów, np. „Cyganeria”, „Słynne projektantki”, „Gwiazdy” czy „Triumf młodości”. W opracowaniach chronologicznych czasami gubią się różne problemy, a mnie osobiście takie problemowe ujęcie wydaje się po prostu ciekawsze.

Miło zaskoczyły mnie opisy pod zamieszczonymi w książce zdjęciami: poza oczywistościami, czyli informacją kto, kiedy i z czego zaprojektował daną kreację, nierzadko pojawiają się informacje dodatkowe, czyli różnorakie smaczki z epok. Zaraz na początku książki pojawia się zdjęcie królowej Aleksandry, żony Edwarda VII, w stroju koronacyjnym. Królowa jest dosłownie obwieszona biżuterią, a na szyi ma obrożę z pięciu rzędów diamentów, który to rodzaj naszyjnika stał się naturalnie modnym elementem stroju naśladowanym przez strojnisie. Królowa zdecydowała się na taki typ naszyjnika, ponieważ miała na szyi bliznę, której się wstydziła, a obroża zasłaniała ją przed spojrzeniem innych ludzi. Pięknie tu widać, jak duży przypadek tworzy nowe mody.

Ciekawostką jest też pokazany na innym zdjęciu specjalny strój dla palących kobiet, do noszenia w domowej palarni (z 1922 roku) czy też zdjęcie kobiet pracujących w brytyjskiej przetwórni śledzi (z 1929 roku). Nie wiem, czy wiecie też (ja nie wiedziałam), że piżama początkowo była strojem na plażę, a dopiero później zawędrowała do sypialni. I to właśnie owe plażowe spodnie od piżamy były pierwszymi spodniami, które zostały zaakceptowane jako spodnie dla kobiet. Z kolei w gorsetach z lat czterdziestych można było znaleźć wszytą specjalną kieszonkę na drobne, a w czasie II wojny światowej w Wielkiej Brytanii wprowadzono książeczki z talonami na ubrania (i dzięki temu już wiem, jak wytłumaczyć system zdobywania rzeczy „na kartki” Brytyjczykom). W tych trudnych wojennych czasach wynaleziono również specjalną farbę, która służyła rysowaniu na nogach szwu charakterystycznego dla pończoch (bo tych z kolei nie można było łatwo zdobyć). Co jeszcze? Jednym z zabawniejszych zestawów jest ten zaprojektowany w 1942 roku przez amerykańską projektantkę Claire McCardell: otóż zestaw składa się z sukni oraz … rękawicy kuchennej. A jak w 1968 roku Balenciaga zamknął swój dom mody, to jedna z jego klientek, księżna Mona von Bismarck, z rozpaczy przez trzy dni nie opuściła swojej sypialni (czerpmy z tego naukę na przyszłość, bo jeśli nie udają nam się zakupy i z tego powodu zamkniemy się w domu, to może przez czas zamknięcia zaoszczędzimy na braku wypraw do sklepu?). A wiecie kto był pierwszą czarnoskórą modelką na okładce czasopisma dla kobiet? Kto tworzył damskie majtki wzorowane na męskich slipach zanim na ten pomysł wpadł Calvin Klein? W czyjej sukience zostały zasiane nasionka, z których potem zakwitła kreacja? I co robią w tej książce członkinie zespołu Salt’n'Pepa? No i oczywiście warto zobaczyć Barbie i Kena w strojach od Jean Paul Gaultier’a.

Olbrzymią zaletą tej książki jest pokazywanie nie tylko toalet dam bogatych i ubierających się u najbardziej znanych projektantów, ale również strojów zwyczajnych kobiet, ich strojów domowych i strojów do pracy. Książka ma nie tylko zdjęcia ubiorów, ale także różnorakie ich ilustracje, zdjęcia reklamowe czy fotosy gwiazd kina. Zupełnie na ostatnich stronach stronach książki Autorka zwraca uwagę na rolę, jaką na nasz styl mają seriale, na przykład „Mad Men” czy „Seks w wielkim mieście”. To jest trudne do analizowania, ale nie podlega kwestionowaniu.

Bolączką opracowań dotyczących mody XX wieku jest zwykle to, że chyba niejako automatycznie przedstawiane są projekty przede wszystkim z Europy Zachodniej, tak jakby reszta świata tylko czekała na to, co powie Paryż, a później Londyn czy jeszcze jakaś inna stolica, albo też owa reszta świata służyła projektantom z Europy Zachodniej za inspirację, ale nic poza tym. Tutaj Autorka podejmuje kilkakrotnie próbę pokazania nie tylko mody pochodzącej z Europy, ale również z Chin, Indii czy Japonii (i bynajmniej nie chodzi mi w tym miejscu o Japończyków podbijających Paryż w ostatnich kilku dekadach). Znajdziemy też sporo nazwisk ze Stanów Zjednoczonych, o których w kontekście historii mody też wciąż niewiele się u nas mówi. Owo „wychodzenie poza Europę” najlepiej jak dotąd wyszło Kristin Knox w książce „Culture to Catwalk”, o której pisałam w styczniu, ale w „100 latach mody” chętni znajdą zupełnie sporo odniesień do świata poza Europą, żeby móc na własną rękę odkrywać nowe nazwiska.

Jest w tym całym moim zadowoleniu z lektury tylko troszkę dziegciu: otóż nie bardzo rozumiem, dlaczego niektóre z terminów francuskich i angielskich zostawiono w oryginalne, niektóre są tłumaczone w nawiasach, niektóre pisane kursywą (np. new romantic), niektóre nie (np. rockabilly). Owszem, są takie określenia, jak np.  owo rockabilly, które trudno spolszczyć, więc zostawiamy oryginalną pisownię, ale z kolei pod jednym ze zdjęć pojawia się nazwa tkaniny seersucker, czyli po prostu kory – i to spokojnie można było przetłumaczyć. To jest taka drobna uwaga edytorska, ale przy całym moim wysiłku nie udało mi się zrozumieć reguły, według której tłumaczka tak różnie traktowała wymienione terminy.

Czytając kolejne podpisy pod zdjęciami pod jedną z kreacji Yves Saint Laurent’a pojawiło się następujące zdanie: „Pod dwóch latach młody dyrektor odszedł z firmy, otrzymawszy powołanie do wojska”. No to niezupełnie było tak, że YSL dobrowolnie odszedł z Diora, a informacja o tym, że zastąpi go Marc Bohan zupełnie go dobiła. Nie wiem, skąd taka nieścisłość, ale owo „odejście” to było po prostu zwolnienie, co jednak zmienia nieco obraz historii. Wydaje mi się również, że w języku polskim nie odmieniamy nazwiska Galliano, więc forma „Johna Galliana” trochę mi nie brzmi. Najbardziej jednak zdumiało mnie określenie „subkultura modernistów”, które pojawiło się w kontekście subkultur powstających w latach pięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych. Przyznam, że nie słyszałam nigdy wcześniej o tej subkulturze, moje skojarzenie pognało od razu w stronę historii sztuki z jednej strony (modernizm jako prąd w sztuce) i w stronę subkultury modsów z drugiej strony – ale modsi to nieodłącznie Londyn, a nie Stany. Nie wiem, jakie słowo jest w oryginale, może rzeczywiście w USA była jakaś „modernist subculture”, ale co by to miało być – nie wiem.

Pomimo jednak tych kilku zastrzeżeń, w porównaniu z wydawnictwami Taschena „100 lat mody” jest ciekawsze. Raz, że pokazuje stroje w szerszym kontekście, a dwa – w pewien sposób podpisy uczą nas, jak patrzeć na dane zdjęcie, np. czy zdjęcie jest „prawdziwe”, czy propagandowe, bo choć kobiety na nim przedstawione są w ubiorach roboczych, to ich buty lśnią, a ubrania są w nienagannym stanie. No i do tego mamy całe mnóstwo ciekawych anegdotek i informacji. Dlatego też ewentualne niedociągnięcia zostawmy na boku, bo – jak stwierdził sam Yohji Yamamoto – „Myślę, że doskonałość jest szpetna [...]„.

Na koniec jeszcze wiadomość najlepsza: w przygotowaniu znajduje się kolejna książka z historii mody i to w dodatku taka, którą już Wam kiedyś zachwalałam: „Historia mody. Od New Look do dziś” autorstwa June Marsh i z przyjemnością kupię polskie wydanie. Wydawnictwo Arkady najpierw rozbudza więc nasze apetyty książką z pięknymi ilustracjami, a następnie już zapowiada lekturę, gdzie dobrych fotografii też jest wiele, ale jest też o wiele więcej tekstu. W tym szaleństwie jest metoda. Być może nadejdzie i czas na „Fashion Philosophy” Svendsena, która w moim rankingu książek modzie poświęconych jest niekwestionowanym numerem jeden – choć ma tylko jedno zdjęcie (na okładce) i składa się z samej treści – ale za to bezcennej.

* * *

Cally Blackman „100 lat mody”, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2013.

  • http://www.jagadesign.com/ jAG

    Zgadzam się ze wszystkim co zostało tu napisane, książka jest świetna, spektrum szerokie, ale…jak dla mnie to po prostu dobrze złożony album. Format nie jest najgorszy, ale gdyby zdjęcia były większe oglądałoby się całość z jeszcze większą przyjemnością. Zabrakło mi również rozbudowanego indeksu nazwisk z krótkimi biografiami dla czytelników, którzy nie kojarzą wszystkich osobistości podanych w książce. Rozumiem, że to pozycja dla fanów mody, ale ukłon w stronę chcących się dowiedzieć czegoś więcej byłby wskazany.

    • modologia

      Jasne, w przypadku albumów im większy format zdjęć tym lepiej, ale wtedy i cena byłaby wyższa. Dla albumowych maniaków ważna też byłaby pewnie twarda okładka, ale to znów plus parę złotych do ceny, a dla wielu osób wydanie 89 złotych na książkę to nie tak znów mały wydatek. Co do krótkich biografii – nie pozostaje Ci nic innego jak kupić coś w rodzaju „Fashion Now” z wylistowanymi nazwiskami (ale to się trochę nudno czyta – nawet dla mnie, a zawsze uważam się za dobrą kandydatkę do czytania książki telefonicznej ;)). W sumie wychodzi na to, że zawsze trzeba coś poświęcić. Faktycznie, biogramy nie przyszły mi do głowy, bo w tym gąszczu nazwisk już jako tako się odnajduję, ale masz rację: dla kogoś, kto wchodzi w temat, krótkie bio byłoby pomocne.

      • kelly

        O, ta książka „mignęła” mi ostatnio, kiedy odbierałam zamówienie w księgarni i format wcale nie jest najgorszy… chociaż do zdjęć faktycznie im większy, tym lepszy. Miło zaskoczyła mnie informacja o cenie, stawiałabym, że jest tak z 40-50 zł droższa :) Wpisuję na listę życzeń ;)

        • modologia

          O, jak to miło rozczarować się w ten sposób ;)

  • Weronika Kuncewicz

    Mam książkę w wersji angielskiej, jestem bardzo zadowolona. Dziękuję, że mnie oświeciłaś co do odmiany nazwiska Galliano- nigdzie nie mogłam znaleźć. Wiesz może jak się odmienia nazwiska innych znanych projektantów? Najgorzej jest z japońskimi. Jak w dopełniaczu, narzędniku, miejscowniku brzmi Yohji Yamamoto, André
    Courrèges, Kenzo
    Takada, Dries Van Noten?

    • modologia

      No to mi zabiłaś ćwieka z tymi nazwiskami, też mam z tym często problem, choć akurat Galliano nie pozostawia dla mnie wątpliwości, to jak z pozostałymi? Myślę, że podczas wystąpienia mówiłabym odmieniając dosyć swobodnie np. „z/o Yohjim Yamamoto” – czyli imię odmienię, ale nazwiska w żadnym przypadku, „z André Courrèges’em/o André Courrèges’u” – tu imię bez zmian, ale końcówkę przy nazwisku odmieniłabym; „z Kenzo Takadą/o Kenzo Takadzie” – imię bez odmiany, nazwisko odmieniłabym i ostatni pan, czyli „o Driesie Van Notenie/z Driesem Van Notenem” albo może „o Driesie Van Noten/z Driesem Van Notem” – tu nie wiem, która wersja lepsza, musiałabym to sprawdzić i poszukać. Dobre pytanie, Weroniko :) Na szczęście często można przeformułować zdanie i nie ranić nadto uszu odbiorców.

    • olgacecylia

      Galliano się odmienia! Tak samo jak Matejko czy Ziobro – rzeczownikowo.
      Za to Jean Paul Gaultier w dopełniaczu to Jeana Paula Gaultiera – bez apostrofu. To samo z Yvesem Saint Laurentem. Przy czym i Gaultier, i Saint Laurent są zawsze wymawiani bez końcówek, odmiana jest tylko na piśmie.

      Japońskie nazwiska zakończone na -o nie muszą być odmieniane – wydaje mi się, że to ma coś wspólnego z akcentowaniem na ostatnią sylabę.

      Pozostałe nazwiska zakończone na spółgłoski odmieniają się tak samo jak polskie… I bez apostrofów, oczywiście! Bo niby po co?

      Courregesa, Courregesowi, tak jak dresa, dresowi ;-) (Forma Courregesu to jak temu misiu ;-)) Van Noten też odmienny – Van Notena, Van Notenowi jak Aborygena, Aborygenowi.

      Apostrofy i odmiana nazwisk to taki mój konik, swego czasu zrobiłam u siebie na blogu trzy obszerne wpisy na ten temat :-)

      • modologia

        „Z Johnem Gallianą/Gallianem?” – chyba jednak nie, to jest bodajże włoskie nazwisko, więc chyba jednak zostawiamy tak jak japońskie zakończone na „o”.

        Apostrofy mają tyle samo zwolenników, co przeciwników, ale po chwili namysłu stwierdzam, że Twoja propozycja bardziej mi odpowiada. Możesz podlinkować swoje wpisy o pisowni z apostrofami i odmianą nazwisk?

  • Kamil

    wiem, że komentarze są wiekowe jak na internetowe warunki, ale Galliano to nie nazwisko włoskie, John pochodzi z Gibraltaru więc jest hiszpańskie [jednak co do tego nie mam pewności] więc moim zdaniem w ogóle nie odmienia się tego nazwiska

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Na szczęście system komentowania działa tak, że wszyscy zainteresowani dostaną powiadomienie :) Dziękuję za informację :)

  • olgacecylia

    Wpis o apostrofach jest osobno :-) Van i Saint się nie odmieniają, tak jak von, de itd. Laurent tak, ale tylko w zapisie, w mowie bez zmian.