Spotkanie z Grażyną Hase – projektantką, marką, historią

30 lipca 2013

Zaraz minie tydzień od spotkania z Grażyną Hase, które towarzyszyło wystawie „Elegancja Francja” w poznańskim Zamku, a mnie wciąż nie opuszcza wrażenie, że miałam szczęście wziąć udział w spotkaniu z naprawdę wyjątkową osobą, której energii wystarczyłoby do obdzielenia kilku osób, a jej wiedza i doświadczenie na polu mody w Polsce w okresie kilku ostatnich dekad to taki przypadek nieoszlifowanego diamentu: absolutnie bezcennego, ale niestety niedocenianego przez współczesnych.

Zanim rozpoczęło się spotkanie patrzyliśmy przez dłuższą chwilę na zdjęcie ze starej pracowni pani Hase na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie (dziś jej galeria ma siedzibę w innym miejscu, choć na tej samej ulicy). Na pierwszym planie projektantka przy pracy, a w tle widać dziarską dziewoję w kreacji inspirowanej towarzyszem Leninem, która pojawiła się w pierwszej kolekcji pani Hase w 1967 roku.

IMG_0004

Jednak kontakt ze światem mody dla pani Hase zaczął się wiele lat wcześniej, kiedy zadebiutowała w 1959 roku w Budapeszcie jako modelka – zupełnie przypadkowo, bo ciocia jej koleżanki potrzebowała modelki na ów budapesztański pokaz na Wyspie Świętej Małgorzaty. Hase pojawiła się również jako modelka w „Przekroju”, m.in. w obiektywie Wojciecha Plewińskiego. Kiedy w „Przekroju” zaczęły pojawiać się nazwiska modelek prezentujących kolekcje Barbary Hoff, to tata pani Hase pytany, czy to jego córka jest na zdjęciu w tygodniku odpowiadał, że to „ładna dziewczyna, ale zbieżność nazwisk” – nie był to bowiem czas, kiedy zawód ten był postrzegany jako szczyt marzeń.

Po kilku latach pracy jako modelka, zainspirowana działalnością Jadwigi Grabowskiej (która królowała w Modzie Polskiej do 1968 roku) oraz Barbary Hoff (tworzącej własne kolekcje prezentowane na łamach „Przekroju”) pani Hase spróbowała własnych sił w projektowaniu ubiorów w Zakładach Odzieżowych „Cora”. Na wielu slajdach mieliśmy możliwość obejrzenia jej kreacji z różnych dekad, z których mnie najbardziej zapadła w pamięć modelka ubrana w kapelusz zdobiony piórami i z biżuterią zaprojektowaną przez panią, którą pracowała m.in. dla Lacroix.

Pani Hase opowiadała o tym, jak zdjęcie z jej pierwszej kolekcji (tej inspirowanej Leninem) pojawiło się w Sunday Times z podpisem „marksizm-leninizm w mini-modzie”, co wywołało falę różnych komentarzy, wspominała jak już w 1967 roku na wybiegu pokazała ciemnoskórą modelkę z Wenezueli oraz uraczyła nas soczystą anegdotą o Jadwidze Grabowskiej, która w pewnej szczególnej sytuacji zagryzała kiełbasę nie tracąc ani grama elegancji. W opowieści snującej się przez niemal dwie godziny pojawiały się znane modelki, fotografowie, stare magazyny poświęcone modzie i anegdota goniąca anegdotę, jak chociażby opowieść o tym, gdy podczas Dni Warszawy w Moskwie jeden z polskich modeli występujących na wybiegu rozpiął sweter i ukazał oczom moskiewskiego sekretarza t-shirt z amerykańską flagą. Nie było to pomysłem samej projektantki, ale daleko posuniętą fantazją modela – na widok czego pani Hase poczuła, że ma dosłownie „nogi w betonie” słysząc szepczącego jej do ucha sekretarza „ja was załatwię”. Szczęśliwie obyło się bez strasznych konsekwencji, ale to nie były czasy sprzyjające tego rodzaju humorowi.

Takich opowieści mam wynotowanych kilkanaście, nazwisk obecnych w świecie mody w Polsce w okresie powojennym, o których istnieniu nie miałam pojęcia – jeszcze więcej. Spotkanie z panią Hase wyraźnie pokazało, że w naszej historii mody w Polsce mamy całe nieodkryte lądy przeciekawych wydarzeń, do których mało kto sięga, bo to wymaga zakopania się w starych gazetach, przeglądania ton mikrofilmów, czy oglądania samych filmów. Zajęcie żmudne, czasochłonne i pozbawione absolutnie „glamuru” – i w tej kwestii naprawdę wiem, co piszę, bo kilka wiosennych tygodni spędziłam właśnie w czytelni czytając wszystkie dostępne numery „Przekroju” z lat 1954-1989 i odkrywając, jak wyglądała działalność Barbary Hoff w tym okresie. Prosty rachunek: „Przekrój” jest tygodnikiem, w niemal każdym numerze jest strona, czasem dwie, poświęcona modzie, przejrzałam 46 roczników, a w każdym z nich – dajmy dla uproszczenia – jest mniej więcej 50 numerów. Pomyślcie ile to jest stron, ile informacji … dlatego jak słyszę, że „w PRL-u nic się w modzie nie działo” to nie wierzę: w końcu ludzie nie chodzili nago, o ile mnie pamięć nie myli, bo jeszcze część dzieciństwa przypada mi na tą epokę. Do czego zmierzam? Że sami nie wiemy, ile tracimy, nie grzebiąc w historii. O ironio, efekty mojej własnej lektury felietonów Barbary Hoff zaprezentuję nie w naszym kraju, ale w Oxfordzie. Myślę jednak przy tym, że czytając książki na temat historii mody we Francji, Anglii czy Włoszech, które są dla mnie niezmiernie ciekawe, to jak interesujące byłoby to, co działo się w Polsce na różnych niepolskojęzyczych odbiorców. Czym innym jest tworzyć kolekcje w kraju, w którym można przebierać w tkaninach, kolorach i koronkach, a zupełnie czym innym starać się dobrze ubrać ludzi w systemie, którym rządzi odgórny system planowania wszystkiego i miejsca na fantazję raczej jest niewiele, bo trzeba robić z tego, co akurat jest dostępne.

W przypadku pani Hase, której nazwiska pewnie cała rzesza adeptów i adeptek studiów z gatunku „fashion design” pewnie nigdy nie słyszała, to nie jest osoba, która coś tam kiedyś zrobiła, a teraz leży i zbiera wyrazy uznania, ale nadal jest czynna zawodowo. To, czym się zajmowała i zajmuje nadal możecie zobaczyć na stronie jej galerii (klik). Szczególna gratka to zdjęcia z różnych kolekcji.

Pod koniec spotkania zapytałam panią Hase, czy obserwuje obecnie rynek mody w Polsce i czy ma na oku jakieś osoby, które jej zdaniem wyróżniają się na tle pozostałych. Niestety, nie udało i się wycisnąć żadnego konkretnego nazwiska, choć pani Hase przyznała, że są takie osoby, ale … młodzi niech najpierw spokornieją.

Czytając w „Głosie Wielkopolskim” relację z tego spotkania opadły mi ręce, gdy pani pisząca relację z tego spotkania przekręciła nazwisko Jadwigi Grabowskiej na „Grabarską” – i ten błąd nadal wisi na stronie gazety. Zwrócił na to uwagę prowadzący spotkanie z panią Hase Piotr Szaradowski w swoim wpisie na blogu Muzealne Mody. Jak takie „dziennikarstwo”  skomentować? To jest po prostu smutne.

Chciałabym jednak zakończyć wpis czymś przyjemnym dla nieobecnych na spotkaniu oraz czymś, czego nie mieliśmy okazji obejrzeć na slajdach pokazanych przez panią Hase. Otóż, pani Hase wystąpiła w roli modelki w 1959 roku w filmie „Tysiąc talarów”. Scena jest przeurocza i to nią właśnie zamykam dzisiejszy wpis. Klikajcie tutaj. Strój kobiecy na lato ’59 na pewno komuś się przyda ;)

No i oczywiście zapraszam w czwartek do poznańskiego Zamku na mój wykład ”Czy ubiór to dzieło sztuki?” – więcej szczegółów tutaj. Postarałam się zebrać kilka przemyśleń związanych z tym tematem i mam nadzieję, że uda nam się podyskutować.

  • Malwina Wójcik

    Bardzo trafne spostrzeżenia. Dziś większość młodych Polaków żyje w przeświadczeniu, że w PRL-u nic się nie działo w polskiej modzie, a to przecież wierutna bzdura. Pamiętam jak kilka lat temu w dodatku do Elle (z tytułu łódzkiego tygodnia mody bodajże) trafiłam na podsumowanie najciekawszych momentów polskiej mody i od tego momentu zaczęłam szperać w różnych źródłach. W ten sposób natrafiłam na tak ciekawe sylwetki jak pani Hanny Gajos, pana Jerzego Antkowiaka czy pani Hase właśnie. Szkoda, że dziś już mało kto o tych postaciach pamięta. Tak samo jak o polskich domach mody – a wystarczy zajrzeć do szafy mamy czy babci, żeby przekonać się, że ubrania z Telimeny czy Mody Polskiej zdecydowanie nadążały za światowym poziomem, a niektóre śmiało można założyć nawet dziś.

    Bardzo miło było przeczytać te wszystkie anegdotki i ciekawostki, dziękuję i pozdrawiam serdecznie:)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję za miłe słowa. Kilka ciekawych rzeczy można znaleźć w „Piktogramie”, do którego link jest podany powyżej – nie wiem, czy znasz ten numer, warto sięgnąć. Też jeszcze pamiętam conieco z PRL-u, choć w kwestii ubrań to mama akurat wlokła nas do krawcowej, bo chyba oferta w sklepach dziecięcych jej nie zadowalała ;) Ja liczę, że powoli zrobi się taka „moda na modę w Polsce”, ale nie chodzi mi tu o młodych, ale właśnie o powojenną historię. Też zaczynam w tym grzebać, bo to w sumie ziemia nieznana, a tyle ciekawych rzeczy, że szkoda, żeby nam pouciekały.

      • Malwina Wójcik

        Dokładnie. Chyba taka moda już powoli nastaje, bo popularne magazyny też zaczynają szperać w archiwach. Ostatni Harper’s Bazaar na przykład oprócz artykułu o Jerzym Antkowiaku proponuje sesję, w której główną rolę grają rzeczy z Mody Polskiej – świetny pomysł! O Piktogramie nie miałam pojęcia, ale teraz z pewnością po niego sięgnę:)

  • Piotr Dowski

    Ta dziarska dziewoja z tła w kreacji inspirowanej towarzyszem Leninem to także Grażyna Hase! :))

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No właśnie tego nie byłam na 100% pewna, dzięki za komentarz :) Rety, jak Ty wszystko wiesz :)))