Modne bzdury

2 sierpnia 2013

Jest gorąco, sezon ogórkowy w pełni, a mój mózg absolutnie wypruł się z energii podczas przygotowań do wczorajszego wykładu „Czy ubiór to dzieło sztuki?”. Mój mózg jest też przerażony wizją kolejnej orki, czyli wystąpieniem we wrześniu na konferencji w Oksfordzie, gdzie przyjadą różne mądre głowy ze świata i będą rozprawiać o modzie na poziomie, o którym w Polsce dopiero nam się śni. Dlatego też przygotowałam wpis z gatunku „ogórkowego” właśnie, czyli śmieszne i straszne pierdoły związane podobno z „modą”. Rzeczy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, a jednak tak się stało – i wiem teraz po co: ku czci i chwale mojej twórczości własnej.

Zatem: Panie i Panowie, dziś żadnych książek, wystaw czy projektów zmuszających do ruszenia mózgownicą. Dziś serwis wiadomości kalający modowe gniazdo, w którym w pewien sposób również siedzę, bo najwyraźniej mózg wybrał się na urlop z instynktem samozachowawczym (zawsze to razem raźniej). W porządku ani chronologicznym i niekoniecznie alfabetycznym prezentuję Wam mój osobisty naszyjnik modowych perełek.

* „dziennikarstwo modowe” – w te wakacje historia mody wzbogaciła się dzięki modowemu dziennikarstwu o dwa nowe nazwiska: na łamach portalu Onet.pl pojawił się wywiad z projektantem Maciejem Zieniem, dla którego – jak mogliśmy doczytać – inspiracją był francuski projektant Jean Paul GOTYE. Nie bardzo wiadomo, kto zacz, ale aż chciałoby się zaśpiewać „somebody that I used to know”. To była pierwsza perełka. Druga natomiast to odkrycie dziennikarki „Głosu Wielkopolskiego”, czyli pani Jadwiga Grabarska.

Portal Onet.pl – dzięki komentarzom - poprawił nazwisko Gotye na Gaultier, ale na stronie „Głosu Wielkopolskiego” niejaka pani Grabarska nadal tkwi w treści w dniu dzisiejszym i to pomimo komentarza korygującego błąd. Cóż, niedaleko pada Grabarska od Grabowskiej, po co robić szum o te kilka literek. Niemniej, o ile wciąż określenie „modowa blogerka” to podobna obciach, bo w głowach pstro i kreacje z wybiegów, to naprawdę nie wiem, co z takim „perełkami dziennikarstwa” robić. Zbierać chyba na pamiątkę i ku przestrodze: internety nigdy nie zapominają.

* Jakiś czas temu na półkach księgarni zagościła „Kuchnia haute couture” autorstwa pani Marty Grycan … tytuł każe po pierwsze zastanowić się, czy Autorka w ogóle rozumie znaczenie słów haute couture – czyli „wysokie krawiectwo”. Po drugie, należałoby zastanowić się jeszcze głębiej, co ma haute couture do kotleta i szarlotki. Mnie fantazji brakło, ale może w komentarzach ktoś tę myśl rozwinie. Po trzecie w końcu, można również pogdybać, kto pani Grycan tak źle życzy, że na żadnym etapie tworzenia jej książki kucharskiej nikt nie podpowiedział jej, że może by tak zmienić tytuł na haute cuisine, czyli analogicznie „wysoką kuchnię” i naprawdę nie byłoby wtedy sprawy, szczególnie, że to określenie jest w użyciu. No ale może jakiś spec od marketingu tak głęboko nad tym myślał, że wyszło, że przecież nazwisko Grycan to coś tam z modą, a tu mamy jedzenie, ale to prawie to samo, no a że ma być w najlepszym gatunku, to tylko haute couture i nic innego, i kropka. Niestety, jak widać na poniższym zdjęciu, książka trafiła na półkę letnich wyprzedaży. To chyba jedyny przypadek w historii haute couture, gdy płacisz za jeden egzemplarz, a drugi masz gratis.

kuchnia_haute_couture

* „modowe dzieło sztuki” – określenie stosowane w odniesieniu do filmów reklamowych różnych domów mody (zaczerpnięte stąd). Mówiłam o tym wczoraj na wykładzie: bez względu na to ilu artystów i artystek zasadzimy przy produkcji filmu reklamowego, to nadal będzie film reklamujący dany dom mody. Oczywiście, zamiast chamskiego wciskania nam ciuchów i podpisem „musisz to mieć” mamy różne mniej lub bardziej ciekawe historyjki, ale domy mody nie utrzymują się z tego, że nam się miło ogląda filmiki, ale z tego, że zostawimy potem w sklepie kasę za ubrane w ładną aurę marzeń i aspiracji kilka scenek, w których tworzeniu maczał palce ktoś o przydomku „artysta”. Nazywanie filmów reklamowych różnych marek „dziełami sztuki” to przede wszystkim leczenie kompleksów świata mody. Co złego jest w określeniu reklama? Dlaczego udajemy, że jest tam coś jeszcze?

* „stylizacja z pazurem” – to jest coś, czego nie chciałam oglądać, nie chciałam w to klikać, bo mój siódmy zmysł mówił mi, że to będzie złe, wiecie: takie naprawdę ZŁE. Ale ulegam czasem sile perswazji bliźnich i obejrzałam. Potem już nic nie było takie samo, choć słońce nadal wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Coś jednak się zmieniło. A o co to całe larum? Na pewno wiecie, że pani Maja Sablewska postanowiła w jakimś momencie zostać doradcą wizerunkowym (przy okazji zapytam: czy to jakiś nowy opis na stylistę? Wszyscy już bowiem jesteśmy stylistami/stylistkami, ale „doradca wizerunkowy” to dopiero brzmi godnie?).

Nie wiem, czy jej porady w stacji TVN to jakiś stały cykl, czy jakaś jednorazowa akcja i oceniam jej fantazję na podstawie li i jedynie jednego filmiku (klik), ale jak oglądałam go po raz drugi to już nie na trzeźwo, to się po prostu nie da. Nie będąc panią od stylizacji, mam takie pytanie do osób zajmujących się tym zawodowo: ile lat doświadczenia i finezji potrzeba, żeby doradzać komuś zestaw pod tytułem biała bluzeczka „sportowo-elegancka” plus szare spodnie jako coś ewidentnie odkrywczego? To na pewno nie od razu przychodzi, prawda? Spalę Wam również puentę, bo to o nią mi chodzi: czy wiedzieliście (może wiedzieliście, a tylko ja jestem taka świeżynka w temacie), że wisienką na torcie stylizacji z „pazurem” jest … wypranie ubrań w płynie marki Perwoll? Tak, tak, moi drodzy i moje drogie, Maja Sablewska prawdę Wam powie. Cóż bowiem mogę wiedzieć ja, szary żuczek stukający w klawiaturę w starej bluzeczce i aktualnie bez spodni?

* „święto mody” – już się wyzłośliwiałam na ten temat na fejsbuku, ale szkoda byłoby, gdyby ktoś przegapił tę wiekopomną zmianę w języku. W czasach dawnych bowiem lud chadzał na wystawy do instytucji zwanej muzeum – teraz jednak takie wyjście to już owo „święto mody” (niegdyś wystawa). Dni wolnych z tego tytułu nie ma, ołtarzy jeszcze nie stawiamy (choć 7. września w niemieckiej stacji VOX ma miejsce premiera filmu „Moda jako religia” z Karlem Lagerfeldem, więc wiedzcie, że coś się dzieje!). Osoba przygotowująca tę rubrykę w Elle odkryła też przed Czytelniczkami i Czytelnikami, że – o niebiosa! – istnieje coś takiego jak muzeum butów! Naprawdę? Wspomniane Muzeum Ferragamo istnieje od 1995 roku, a mamy rok … 2013? (Ale samo Muzeum Ferragamo jest naprawdę super, pisałam o nim tutaj).

Od czasu odkrycia określenia „święto mody” zastanawiam się, jaki dzień byłby najstosowniejszy na ustanowienie go Dniem Mody. Może by zrobić na to jakiś konkurs? Można by też zorganizować pielgrzymkę do świętych miejsc związanych z modą (i nawet nie trzeba zmieniać nazwy „pielgrzymka” na cokolwiek innego, bo wspomniany powyżej film „Moda jako religia” dobitnie uzasadnia właściwość użycia tego właśnie słowa). Bądźcie więc pozdrowieni, modologiczni wyznawcy i wyznawczynie, niech bogowie mody zawsze Wam sprzyjają w trudnych sytuacjach życiowych: zakupach, przeglądaniu magazynów modowych, a niektórym to nawet w pisaniu o modzie. Ave!

Fotografia pochodzi z lipcowego „Elle” (2013):

IMG_0069

I już, już miałam kliknąć w przycisk „opublikuj”, ale na chwilę zajrzałam na fejsbuka, a tam miód ma mój dzisiejszy wpis i kolejna perełka,czyli opis Confashion Magazine: „magazyn wyznawców sztuki mody”. Aaa! Mamy nazwę nowego kościoła: Sztuka Mody! To jest tak bełkotliwe sformułowanie, że aż ma sporą szansę na wejście do szerokiego użycia bez grama refleksji.

confashion_blog

* wyprzedaż – słowo z prehistorii oznaczające niegdyś czas, gdy niesprzedane w sezonie rzeczy (które najwyraźniej nie cieszyły się zbytnim powodzeniem u klienteli) trzeba było spróbować opchnąć w niższej cenie niż cena początkowa, żeby przynajmniej nie stracić na biznesie, skoro już nie da się na nim zarobić. Szlachetne słowo „wyprzedaż” zostaje jednak masowo wyparte przez słowo „sale” – co znaczy dokładnie to samo, ale chyba lepiej odwraca uwagę od faktu, że na wyprzedażach, przepraszam: sejlach, są rzeczy, które się nie spodobały tak od razu. A to musi boleć, szczególnie młodych twórców, więc część z nich znalazła inną furtkę: promocje! Tak, pod taką zakładką nie są rzeczy, które dotąd nam się nie podobały, więc trzeba spuścić z ceny, to może ktoś się skusi. Nie, teraz mamy dla Ciebie, Klientko i Kliencie, oczywiście specjalnie dla Ciebie: promocję. Co za okazja i szczęście Twoje, że możesz nasz produkt kupić trochę taniej! Korzystaj więc. Mistrzowskim zagraniem pod tym względem jest dla mnie pomysł projektantki Ani Kuczyńskiej, która rzeczy niesprzedanie w poprzednich kolekcjach daje nam jako „new vintage” (o, tutaj). Kapelusze z głów!

* „wpis” (jak to nazwać???) o książce… Napiszę tak: Macademian Girl jest jedną z niewielu blogerek prezentujących własne stylizacje, do której jeszcze czasem zaglądam. Jej stroje to eksplozja kolorów, wzorów i różnorodnych, szalonych pomysłów, które mogą przyjść do głowy tylko osobie szaleńczo zakochanej w ciuchach. Na określenie zestawów, które pokazuje na blogu, przychodzi mi tylko jedno określenie: „fantastyczne”. Życzę jej, żeby marki pchały się do niej drzwiami i oknami z propozycjami współpracy, a ona sama żeby przestała być kimś „jak Anna della Russo”, ale żeby zostałą „tą Tamarą Gonzalez Perea”, która ma swój styl i nikogo nie musi kopiować.

Równocześnie jednak ręce mi opadły, gdy zobaczyłam jej „wpis” na temat książki „100 lat mody” – przewijałam i przewijałam te zdjęcia w oczekiwaniu na kilka zdań opinii o książce, a tymczasem po zdjęciach od razu wskoczyły komentarze. Książka sfotografowana w towarzystwie szpilek – nawet nie czepiam się sposobu prezentacji – ale jak mało co ten „wpis” pokazał mi, że coś takiego jak wiedza o modzie, jej aspektach historycznych, etycznych czy socjologicznych, to coś co większość osób ma głęboko w poważaniu, ale nie przeszkadza im to mówić, że „interesują się modą”, bo czytają tzw. magazyny shoppingowe.

Podkreślam, że nie ma niczego złego, że kogoś interesują rzeczy z gatunku „must-have” i bez nich czuje się chory, że tydzień bez nowego ciucha to tydzień stracony – ale interesowanie się ubraniami niekoniecznie jest tożsame z interesowaniem się modą. Jednak gwoździem do trumny w tym całym przypadku jest nie tyle sam „wpis”, co niektóre komentarze i osoby, które przede wszystkim pochwaliły występujące w stylizacji z książką buciki, co tam książka, ważne buty. Choć widzę też, że kilka osób dostrzegło i książkę i dzięki informacji uzyskanej od Tamary, zdecydowało się lub też zdecyduje na zakup (a warto ją mieć). I jak pijany płotu trzymam się tego pozytywnego aspektu.

* A skoro przy rodzimych blogerkach jesteśmy to dziękujcie bogom, że nie widzicie w jakich skandalicznych ubraniach (tudzież „outfitach”) czytam książki. Nie mówiąc o braku makijażu i obłupanym lakierze na paznokciu, a także czytaniu przy jedzeniu grożącym książce zachlapaniem zupą pomidorową. Po prostu nie potrafię z książką wyglądać tak doskonale jak Charlize Mystery, więc decyzja o tym, żeby własnego bloga prowadzić bez pokazywania własnych stylizacji to jeden z momentów mojego życiowego oświecenia. Bądźcie mi za to głęboko wdzięczni.

* fashion – słowo, które sprzeda wszystko, na przykład taki samochód jak Lancia Ypsilon Elefantino: „jedyny taki fashion city car na rynku”. Jak ja lubię taką polsko-angielską nowomowę. Jak możemy doczytać w reklamie, owym elementem „fashion” są znajdujące się w tapicerce „kontrastowe przeszycia  w kolorze turkusu lub cyklamenu, z nazwami najmodniejszych miast – to sprawia, że obok nowej Lancii Ypsylon nie da się przejść obojętnie”. Tak, w końcu szwy w tapicerce to to, na co najpierw zwracamy uwagę przy zakupie samochodu. No ale czytajmy dalej. „Styl glamur tworzą też kolory nadwozia (w tym jeden zupełnie nowy – Turqoise/Volcano Black), ozdobne akcenty graficzne obudowy lusterek i oryginalna stylistyka kołpaków” – halo!halo! czy jest na sali stylista kołpaków? To jest dopiero nisza w zawodzie stylisty! (Aż musiałam sprawdzić, co to jest dokładnie ten „kołpak”, bo jako rowerzystka wiem tylko, że mój pojazd go nie posiada. Chyba…).

fashion_city_car

Foto reklamy z „Wysokich Obcasów Extra”, lipiec 2013.

Na koniec warto byłoby też przywołać klasykę gatunku, czyli Aferę Tipsową – na pewno jest Wam świetnie znana, ale zrobić wpis zatytułowany „modne bzdury” bez wspomnienia tego tekstu („tekstu”, hmm…) to jak pisać o teorii mody i zapomnieć o Simmlu. Zatem KLIK.

No i to byłoby na tyle. W sumie to nawet nie ma tego dużo, więc nie ma się czym martwić. Oczywiście, że piszę o tym wszystkim z zazdrości wobec wymienionych osób czy marek – fakty nie kłamią, zaprzeczać nie zamierzam. Podobnie jak nie dziwi mnie, że jak mówię, że interesuję się modą, to widzę w oczach słuchających „laska, co ma pół mózgu”, w wersji dyplomatycznej zaś pojawia się pytanie „zamierzasz napisać doktorat o stylizacjach?”.

Cóż, faszon maj paszon, a ja Was lofciam.

  • Lilly

    ‚doradca wizerunkowy’ raczej nie zastąpił ‚stylisty’ – jest to stary zawód, bardzo odpowiedzialny i wymagający wielu kompetencji. Maja S. w sposób nieuprawniony i – nie bójmy się tego słowa – bezczelny próbuje podnieść swoją pozycję pańci opowiadającej o swoich doświadczeniach z ciuchami i botoksem do rangi profesjonalisty. Termin ‚doradca wizerunkowy’ uprawnia ją jakoby do udzielania rad ile i kiedy ktoś powinien wstrzyknąć sobie jadu w określone partie twarzy….

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Może właśnie stworzyłaś nową definicję zawodu „doradca wizerunkowy” ;)

  • Malwina

    Kapelusze z głów!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Rzucamy do góry!

  • Malwina Wójcik

    Może pani Grycan zamierza zostać polską pionierką w kwestii mody ekologicznej. Taka kreacja z szarlotek – innowacyjnie i biodegradowalnie ;)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Kiedyś oglądałam w Berlinie wystawę „Fashion Food” (gdzieś na blogu jest nawet wpis), więc może faktycznie to zalążek eko-trendu? ;) Filmik z imprezy – cóż, to ewidentnie nie moja bajka, choć mignęły mi w kadrze złote kaloszki z brokatem i myślę, że takowe na jesienne pluchy powinnam nabyć. I to akurat piszę zupełnie serio :)

  • kelly

    Chyba najbardziej dobiło mnie (bo jeszcze o tym nie słyszałam?) – „fashion city car”. I już wiem, kim chcę zostać, jak dorosnę. Stylistką kołpaków!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Wiesz, że Styledigger również chce? Musicie jakoś podzielić się rynkiem, no nie wiem, czy starczy miejsca dla Was dwóch…

      • kelly

        O nie! Trzeba podpisać jakiś blogerski traktat dzielący kołpakowy świat na połowy, prawie jak ten z Tordessilas!

    • olgacecylia

      Bo „stylowy samochód miejski” to już nie to samo, za bardzo po polsku, za mało „glamur”. Głową w mur…

  • Frenja

    Nie będę się szczególnie mądrować na temat znajomości mody, bo sama jestem obecnie w rozkroku pomiędzy czytaniem książek/publikacji o modzie jako elemencie historii i kultury, a magazynów shoppingowych ze względu na wykonywany zawód. Jest jednak smutną prawdą, że moda w mniemaniu większości społeczeństwa to właściwie wyłącznie ciuchy. Mamy więc potem stado stylistów, którzy nie mają nawet mglistego pojęcia o historii mody, na Twoim wczorajszym wykładzie pewnie w ogóle nie mieliby się ochotę pojawić, bo właściwie po co, a wszystko co potrafią na temat mody powiedzieć to „ta sukienka świetnie zagra z tymi butami” i „ten kolor jest dla ciebie”.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No bo mój wykład nie był o stylizacji – co ja mogę powiedzieć na ten temat mając jedną sukienkę na „oficjalne” wystąpienia? ;) No ale po to też kiedyś stworzyłam tekst „Po co nam ta cała moda?” żeby pokazać choć trochę złożoność zjawiska.

      • Frenja

        Właśnie o to chodzi. Stylista w moim mniemaniu powinien mieć elementarną wiedzę z zakresu historii mody, a także powinien umieć wypowiedzieć się na temat mody w bardziej przemyślany sposób niż tylko co do czego pasuje. I właśnie wyrabianiu sobie swojego zdania na temat rożnych aspektów tej dziedziny sprzyja uczestniczenie w takich wykładach jak Twój, bo mimo braku bezpośredniego związku ze stylizacją, poszerza często ciasne horyzonty.

  • Zuza

    Z tym wysokim krawiectwem kuchennym to jasna sprawa – chodzi o ubrania z żarcia, takie jak mięsna sukienka Lejdi Gagi!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Niech żyją trafne skojarzenia! Przecież to właśnie haute couture a la Grycan ;)

  • http://stairwaytolondon.blogspot.com/ Kamila Kilian

    Kocham to jak słowo moda komponuje się ze słowami „sztuka” albo „święto”. Toż to idealne połączenia, tak jak szpilki i „100 lat mody”, jak można tego nie doceniać… Może poczytaj (:D) jeszcze parę blogów szafiarskich, to w końcu to załapiesz… :D

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Po pierwsze: można :) Po drugie: „czytanie blogów szafiarskich” to w 99% oksymoron ;)

      • http://stairwaytolondon.blogspot.com/ Kamila Kilian

        Toż właśnie o to mi chodziło :D

  • Kinga

    Ufff… A już obawiałam się, że tylko u mnie poziom cynizmu podniósł się po zobaczeniu perfekcyjnie wystylizowanej blogerki czytającej (mam nadzieję) książkę…

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Jak widzisz, nie jesteś na tym froncie osamotniona, choć staram się (i to bardzo) spojrzeć na to raczej prześmiewczym niż cynicznym okiem, choć czasem ta granica jest naprawdę cieniutka.

    • olgacecylia

      Mnie zastanawia, dlaczego na każdym zdjęciu książka jest lustrzanie odbita. Po co? Przecież pisze wcześniej, co to za tytuł.

      O pozowaniu do zdjęć z różnymi uroczymi przedmiotami to by można było epopeję napisać ;-)

      • http://www.modologiablog.pl/ modologia

        Może zdjęcie jest zdjęciem sylwetki odbitej w lustrze? Absolutnie nie znam się na fotografowaniu od strony technicznej, ograniczam się do wciśnięcia guziczka w efekcie czego mam jakieś zdjęcie.

        • olgacecylia

          Chodzi mi o tę sesję: http://4.bp.blogspot.com/-U56TrlL3fw8/Uet-SDJ1ynI/AAAAAAAAK8E/6jd0VnQKwiM/s1600/DSC_7569a.jpg

          Fotka z plaży. Raczej nie ma tam takich wielkich luster ;-) Z tego co wiem, Karolinie robi zdjęcia jej narzeczony. Z jakiegoś powodu podjęli decyzję odwrócenia zdjęcia w programie graficznym – nie mam pojęcia czemu, ale wygląda to głupio, zwłaszcza przy torebce Korsa, której szpanerskie logo przestaje być w ogóle czytelne.

  • Paulina P.

    Dzień dobry, w powyższym tekście użyła Pani sformułowania „haute couisine” odnośnie wykwintnej kuchni, chciałam zwrócić uwagę na Pani błąd w pisowni słowa kuchnia „cuisine”.
    Warto to poprawić . pozdrawiam

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję serdecznie za wnikliwą lekturę, błąd poprawiam.

  • Marcin

    Dobrze, że w polskiej blogosferze modowej istnieją takie blogi jak ten, a nie tylko blogi dziewczynek, które mają dużo pieniążków na ciuchy, ale nie potrafią napisać choćby trzech zdań poprawnie i z sensem. Ja staram się oglądać na nich tylko zdjęcia, bo jak czytam opisy, to mam ochotę wydłubać sobie oczy.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję. U mnie z kolei głównie książki, wystawy, filmy i jakieś dziwaczne ubiory. Taka nisza, dla większości nuda do potęgi ;)

  • Dominik Wodz

    Zacznijmy od tego, że po polsku pisze się „Oksford”, a nie „Oxford”, szanowna Pani :)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Racja, dziękuję i poprawiam. Co dalej?

  • olgacecylia

    „Ypsilon” kojarzy mi się z najgorszą kastą z książki Huxleya. Jestem za mało fashion, za to za dużo czytam ;-)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Fakt, czytanie nie jest szczególnie en vogue ;)

  • Tamara Gonzalez Perea

    Moja Droga, nazywajmy rzeczy po imieniu: mój ‚wpis’ (nomenklatura na którą Ty się upierasz, bo ja to nazywam po prostu ‚post’ i chyba jest to zdecydowanie bardziej na miejscu), należał do kategorii, która na moim blogu gości pod nazwą ‚spot on/new in’. Pokazuje po prostu coś z nowych zdobyczy/coś na co chcę zwrócić uwagę. To wszystko. Nie ma nic wspólnego z recenzją i nie wiem skąd takie porównanie w ogóle się u Ciebie wzięło. W związku z tym też mi trochę ręce opadły, bo recenzje piszę z pokazów na Fashion Weeku i zapewniam, że zdjęcia nie są ich najważniejszą częścią (choć, rzecz jasna istotną). Wtedy można to nazwać recenzją. Zaskakujące, ale tych recenzji ze świecą szukać podlinkowanych na facebookowej stronie FW, za to są liczne blogerskie występy w telewizjach śniadaniowych i innych takich. Nawiasem mówiąc, zazwyczaj mające mało wspólnego z samym FW. Do tego polecam się ‚przypiąć’. Magazynów shoppingowych nie lubię, nawet za zakupami nie przepadam (nie wiem co ma piernik do wiatraka), a co do zdobywania wiedzy z zakresu – jestem nieustająco w trakcie ;) Cenię Cię ogromnie za to co robisz (myślę, że tutaj akurat jest między nami pewna wzajemność), mimo wszystko czuję, że trochę niesłusznie dostało mi się po łapach, dlatego postanowiłam się wypowiedzieć. Reszty nie komentuję bo w dużej mierze się zgadzam, ale cóż – moda polska ma więcej meandrów niż czegokolwiek innego. Trzeba się nauczyć między nimi lawirować, a nieraz jest to ryzykowne przedsięwzięcie.

    Z pozdrowieniami, Tamara

    P.S. Twój ‚wpis’ jak zwykle pochłonęłam z przyjemnością ;)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Tamara, cieszę z Twojego komentarza, bo choć kilka niuansów uda nam się wyjaśnić. Co do nomenklatury: napisałam „wpis”, bo staram się unikać anglicyzmów, dlatego nie użyłam słowa „post”. Jednak widzę różnicę w tych dwóch sformułowaniach i jako „post” (a nie „wpis”) Twój post o książce można obronić. Niby to tylko kwestia użytego jednego słowa, ale o ile „wpis” sugeruje, że będzie w nim pewien tekst, to „post” w żaden sposób tego nie wymaga.

      Skąd się wzięło u mnie skojarzenie z recenzją? Zboczenie blogowe i myślenie utartą ścieżką: jak można przedstawić książkę na blogu? W postaci recenzji właśnie. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że można to zrobić inaczej. Cóż, każdy ma swoje ograniczenia ;)

      W kwestię recenzowania pokazów staram się w ogóle nie wchodzić i nie zamierzam ich też pisać, bo uznałam, że to nie będzie moja działka. Czytam, widzę różne bolączki, kiedyś pozwoliłam sobie sposób pisania recenzji dosyć ogólnie komentować i na tym koniec.

      Uwaga o magazynach shoppingowych i zakupach nie była wymierzona w Ciebie, ma raczej charakter ogólny, choć wiem, że można to różnie interpretować. Czasem skrót myślowy nie wychodzi mi tak dobrze, jakbym chciała. (A na marginiesie: we wpisie „po co nam ta cała moda?” trochę szerzej rozwinęłam ten wątek, więc zapraszam do lektury/http://modologiablog.pl/2013/02/27/po-co-nam-ta-cala-moda/).

      Ostatecznie – jak sama napisałam – staram się patrzeć na dobrą stronę i jeśli dzięki zasięgowi Twojego bloga duża liczba osób dowiedziała się, ze mamy na polskim rynku dobrą książkę o modzie, to jest to dobra wiadomość i tego się trzymam (choć niektóre komentarze nadal mnie zadziwiają, ale to już przecież nie jest coś, za co Ty jesteś odpowiedzialna).

      I mimo wszystko, cieszę się, że wpis dostarczył Ci również trochę przyjemności ;) Pozdrawiam, Dominika

      • Tamara Gonzalez Perea

        Tak samo jak i dla Ciebie dla mnie moda i zakupy to dwie rożne rzeczy. Uważam, że utożsamianie miłości do kupowania/metek z miłością do mody jest jakimś nieporozumieniem. A komentarze – cóż, czasami i mnie zaskakują ;)))

        Jasne, że tak! Zdrowy rozsądek zawsze w cenie ;)

        Pozdrawiam, Tamara

      • Kayka Sadowska

        Myślę, że można by rozróżnić wyraźnie dwa rodzaje publikacji, czyli i „wpis” i „post”. Post można wstawiać na Facebooku bądź innym portalu społecznościowym, na którym się przedstawia przedmioty z półki „new in”, a na blogu ograniczyć się jednak do „wpisów”, ponieważ teoretycznie takie jest założenie bloga (oczywiście, nie chcę niczego narzucać) i stąd też pomyłka albo brak zrozumienia dla książki bez recenzji?

        Pozdrawiam, Kayka :-)

  • cammelie.com

    O dzięki Ci dobra kobieto, że te cuda stylistyczno – językowe wzięłaś na tapetę :-) Podobno, jak na górze chcą kogoś pokarać, to mu rozum odbierają. Mam nieodparte wrażenie, że te karkołomne twory tylko obnażają pustkę, zamiast dodawać prestiżu. A w gazetach takie nudy :-) Powinni to rozesłać do wszystkich PR-owców, redaktorów i innych radosnych pomysłodawców takich hitów :-)