Brytyjskie wrażenia

20 września 2013

Pamiętam, jak w marcu odebrałam maila od organizatorów oksfordzkiej konferencji Fashion: Critical Issues z magicznym słowem: accepted. Bardzo się z tego cieszyłam, choć w tamtej chwili jeszcze nie docierał do mnie ogrom pracy związanej z przygotowaniem wystąpienia. Czasami wysyłam abstrakty na konferencje z tematu, nad którym chciałabym popracować, a nic tak nie motywuje do roboty jak konkretny termin wystąpienia. W tym przypadku zafundowałam sobie odkrywanie 35 lat twórczości Barbarby Hoff na łamach Przekroju, o czym już wspominałam w poprzednim wpisie. Czy było warto – patrząc na to już po konferencji?

Tak – bo okazało się (co zresztą było dość oczywiste), że osoby interesujące się historią mody, tą zachodnią, nie mają pojęcia co działo się na przykład w Polsce za żelazną kurtyną, a historia pani Hoff jest nadzwyczaj interesująca. I szczególnie miło usłyszeć po wystąpieniu, że jeśli tylko mam ochotę, to mogę pojechać tu i ówdzie z moim tematem, bo to na pewno zainteresuje więcej osób. Zobaczymy, czy coś się z tego wykluje, na razie satysfakcji i motywacji do pracy starczy mi na długo. Tym bardziej, że grono słuchających to przede wszystkim osoby z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Australii, więc stres spowodowany tym, że mówię jednak w języku, który nie jest moim językiem ojczystym jest dosyć spory. A że staram się opowiadać, a nie czytać, to poprzeczka wisi już ciut wysoko. Ostatecznie jednak zdecydowałyśmy w naszym polskim gronie, że nie po to człowiek się tyle napracuje nad tematem, jego opisem i jeszcze wyrywaniem z uczelni funduszy na wyjazd, żeby potem dowalać sobie na własne życzenie porcję stresu. Bez sensu, przyznacie sami.

Jeśli chodzi o reprezentację z Polski, to poza mną na konferencji występowała również dr Alicja Raciniewska z Instytutu Socjologii UAM oraz Agata Zborowska z Instytutu Kultury Polskiej UW (która jest również jedną ze współorganizatorek zbliżającej się konferencji o modzie w Warszawie KLIK). Bez nadmiernej skromności napiszę, że polska reprezentacja prezentowała się powyżej średniej. Alicja mówiła o etycznych problemach związanych z modą (mam nadzieję, że da się namówić, żeby kiedyś Wam o tym napisać na blogu), a Agata o pokazie Comme des Garçons, w którym Rei Kawakubo pokazała ubiory mocno przypominające stroje więźniów obozów koncentracyjnych, a sam pokaz odbył się w 50. rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Nadal debatujemy nad tym, czy to był zbieg okoliczności, czy przemyślane działanie. Wbrew pozorom, sprawa wcale nie jest taka oczywista.

Samo miejsce konferencji było niezwykle urocze, zdjęcia tego do końca nie oddają, bo akurat były zrobione przy okropicznie angielskiej pogodzie: szarosine niebo i wilgoć w powietrzu (ale za to jaka nawilżona cera!). Ponieważ jeszcze załapałam się na wczesną fazę potteromanii, więc skojarzenie z miejscem szkolnego życia Harry’ego Pottera pchało się samo. W dodatku zakwaterowanie miało miejsce w „domach” – takich mini akademikach przy college’u. Patronem mojego pierwszego noclegu był niejaki pan Brunner, co bawiło mnie przez cały pobyt.

Zatem co rano tędy dreptaliśmy sobie na salę obrad…

IMG_0017

… i w tym budynku ze zdjęcia poniżej spędzaliśmy czas od rana do wieczora, kiedy to następowała mniej formalna część spotkań i odkrywanie oksfordzkich zakamarków.

IMG_0011Trochę żałuję, że plan konferencji był tak napięty, że nie było czasu na leniwe spacerowanie po samym miasteczku, choć w dzikim pędzie w przerwie obiadowej udało nam się odkryć uroczy pchli targ i załapać na książki w absurdalnie niskiej cenie w jednym z antykwariatów. Ale nic straconego, konferencja odbywa się co rok, więc może za dwanaście miesięcy znowu tam wrócę, kto wie?

Dla tych, którzy nie śledzą fanpejdża, załączam jeszcze zdjęcia „pomocy naukowych” jednego z referatów – ręcznie robione buty. Referentka miała całą chyba osobną walizkę na owo obuwie, bo przywiozła koło dziesięciu par.

IMG_0007

IMG_0006

Po tym czterodniowym siedzeniu od rana do wieczora kolejne trzy dni spędziłam w biegu między kolejnymi wystawami i moje stopy długo mi tego nie zapomną. Przy tej okazji od razu włącza mi się tryb „Ciotka-Dobra-Rada”: nigdy więcej nie pojadę na wyspy z tylko jedną parą skórzanych butów (druga była z materiału, bo prognozy były optymistyczne, a szmaciaki są najwygodniejsze do takich długodystansowych wycieczek). Chwilami lało tak, że poważnie rozważałam zakup kaloszy (albo nawet płetw i stroju nurka), ale jakoś moje buty wytrzymały trzy dni ekstremalnej wilgoci. Zatem drogie dziatki: na wyspy tylko takie buty, które wytrzymają mniej lub bardziej spore opady.

Wystawy na razie jeszcze zostawimy na boku, ale tak idąc (czy raczej płynąc w powietrzu) natknęłam się w Londynie na ciekawy pomysł jednej z marek, o którym chciałam Wam napisać. Otóż schodząc z Oxford Street (mnóstwo sklepów, jeszcze więcej ludzi, koszmar) na jednej z bocznych uliczek jest sklep szwedzkiej marki Nudie Jeans. Znacie? Bo ja nie znałam. W sumie nic dziwnego, lepiej kojarzę okładki książek niż logo i nazwy marek.

Nudie Jeans mają taki oto sklep, w którym poza sprzedażą dżinsowych spodni proponują klienteli dwa rozwiązania: po pierwsze, jeśli Twoje ukochane dżinsy są już podniszczone i wymagają naprawy, to naprawę masz za darmo. A po drugie, jeśli Twoja miłość do dżinsowych spodni wygasła, to możesz oddać je w sklepie, a w zamian otrzymasz 20-procentową zniżkę na nową parę. Możesz mieć nową miłość za 80% zamiast za 100, miło. A co stanie się ze starą miłością? W zależności od stopnia podniszczenia stara para spodni zostanie poddana recyclingowi lub podreperowana i wystawiona do sprzedaży w ramach programu second hand. Oczywiście, to dotyczy tylko dżinsów marki Nudie Jeans, niemniej sam pomysł wart przytoczenia jako przykład marki, która myśli nad ekologiczną stroną swojej działalności, a wszystko to pod hasłem Repairing is Caring. Ładnie, prawda?

IMG_0099

I na koniec tych krótkich wrażeń, dwie rzeczy z gatunku „czego to ludzie nie wymyślą”. Najpierw, origami, ale to już jest fashion origami, bo możemy sobie złożyć papierowe ubranka. Na pewno są ludzie, którzy to kupują. Nie skusiłam się, bo czekam na jakąś bardziej wymyślną wersję, coś w rodzaju fashion designer origami, bo jak szaleć, to przecież tylko w markowym stylu, a nie jakieś tam anonimowe ubranka. Mogłabym sobie złożyć coś od Balenciagi, na wersję z papieru może byłoby mnie stać.

IMG_0192No i plus za inwencje w zakresie tworzenia wystaw, czyli mały, różowy szczurek. Nie można przejść obojętnie, aczkolwiek nie zapamiętałam nazwy butiku.

IMG_0098A od przyszłego tygodnia wystawy: królewskie kreacje, lata 80-te, druk 3D w przemyśle odzieżowym i oczywiście Chanel. Wrzesień się kończy, a tu ani słowa o niej, skandal. I może fajny film w tak zwanym międzyczasie.

  • welldressedmind.blox.pl

    Gratuluję sukcesów naukowych! Serce rośnie czytając, że polska reprezentacja wypadła powyżej średniej.
    PS. Origami przypomniało mi moją ulubioną zabawkę z dzieciństwa – papierowe lalki i wycinanie dla nich papierowych ubranek ze specjalnych książeczek. Rozpłynęłam się…choć domyślam się, że dla dzisiejszych dzieci nie brzmi to zbyt atrakcyjnie;)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję :) Naprawdę, polskich naukowców nie dzieli od zachodu poziom intelektualny, tylko możliwość zdobycia kasy na jak najwięcej takich wyjazdów.

      A co do lalek z papieru: też miałam te książeczki i uwielbiałam te wycinanki :) Poszłam nawet krok dalej i rysowałam własne papierowe kreacje, bo mi było za mało tych gotowych…