Krok w przyszłość

26 września 2013

Ze wszystkich wystaw, które obejrzałam w Londynie, ta o najnowszych trendach we wzornictwie najbardziej ruszyła moje szare komórki do działania. „The Future is Here” w Design Museum nie dotyczy samego tylko przemysłu odzieżowego, z nim związanych było tylko kilka obiektów, ale w ogóle wzornictwa przemysłowego. Gdybym bardziej interesowała się tą dziedziną to podejrzewam, że mogłabym na tej wystawie spędzić swobodnie pół dnia chcąc wysłuchać, obejrzeć i przeczytać wszystkie zamieszczone na wystawie informacje. Wystawa nie jest jakaś szczególnie wielka, ale świetnie wykorzystano przestrzeń jednego z pięter muzeum. Nic w tym w końcu dziwnego: w końcu to muzeum dizajnu, gdzie dba się o dobre zagospodarowanie miejsca.

Chciałabym Wam pokazać kilka pomysłów związanych z zawartością naszej garderoby, które czasem pojawiają się pod hasłem „moda w przyszłości”, ale tak na dobrą sprawę to lepiej ich obecność oddaje tytuł wystawy, czyli stwierdzenie „przyszłość jest tutaj”. Bo każdy z pomysłów, które za chwilę przytoczę, nie jest jakąś mrzonką, ale już funkcjonuje na poziomie wdrożeń, nawet jeśli nie wszyscy mamy do nich dostęp.

Zatem, co to za pomysły?

Pierwszy problem dotyczy kwestii zasadniczej, czyli odpowiedzialności społecznej przemysłu odzieżowego pod względem dbania o środowisko. Jak to zrobić, żeby produkując nowe rzeczy nie dokładać swoich trzech groszy do skażenia otoczenia? Jako odpowiedź na wystawie pojawił się pomysł firmy Puma, która zaprezentowała biodegradowalny trampek. Warunkiem tego, że po zakończeniu swojego żywota trampek ulegnie rozkładowi jest to, że zostanie wyprodukowany z naturalnych składników. Po swojej „śmierci” zostanie rozłożony na części pierwsze przez mikroby. A ponieważ do jego budowy wykorzystano naturalne surowce, to rozkład nie będzie trwał przez mityczne lata, ale zakończy się w kilka miesięcy. Po 23 tygodniach ów trampek będzie prezentował się następująco:

IMG_0198

Więcej o pomyśle Pumy i ich cyklu produkcji InCycle możecie dowiedzieć się z całkiem zgrabnie nakręconego filmiku wyjaśniającego jak ma działać to przetwarzanie zużytych produktów na nowe, między innymi dzięki postawieniu w sklepach Pumy koszów, w których klienci mogą zostawić rzeczy wyprodukowane przez Pumę, z których nie chcą już korzystać. Filmik można zobaczyć TUTAJ.

Moje serce jest całkowicie po stronie takich rozwiązań, które dają możliwość albo całkowitego rozkładu zużytej rzeczy i wykorzystania jej w „drugim życiu” chociażby jako kompostu, lub też wykorzystania poszczególnych części starego przedmiotu, żeby wyprodukować z niego komponenty do nowej rzeczy. Jeśli da się ten proces przeprowadzić bez produkowania jakichkolwiek odpadów, to nie pozostaje nam nic innego jak przyklasnąć. Takie produkty wpisują się w trend ekologicznej produkcji, za którą może i zapłacimy trochę więcej, ale za to mamy świadomość, że robimy to z myślą nie tylko o swojej radości z zakupu, ale również z myślą o przyszłych pokoleniach.

Myślę, że nie będzie to jakimś szczególnym objawieniem, gdy stwierdzę, że na takie podejście firm z przemysłu odzieżowego wpłynął w pewien sposób kryzys ekonomiczny. Część klientów zaczęła zastanawiać się, czy aby na pewno potrzebują nowej rzeczy, skoro ta stara w sumie jeszcze może trochę posłużyć. Zapał do kupowania rzeczy z najnowszych kolekcji tylko dlatego, że są nowe, jakby trochę opadł. Patrząc w ostatnich miesiącach na czas pojawiania się przecen nowych kolekcji w centrach handlowych mam wrażenie, że tempo zakupów nieco opadło. Obok tego pączkujące idee wolniejszego życia, dbałości o środowisko, tworzą nową modę na takie produkty, o których wiemy, że nie są inwestycją na jeden sezon, ale na mnogą ilość owych sezonów. Myślę, że coraz więcej osób zwraca uwagę na to, gdzie i jak coś zostało wyprodukowane, choć w Polsce – patrząc na dane GUS-u o wydatkach na ubrania w naszym kraju – nadal dla większości kupujących dominującym czynnikiem przy zakupie jest cena, cena i jeszcze raz cena.

Druga sprawa, która za mną krąży po tej wystawie, jest związana z dostosowywaniem projektów do indywidualnych pomysłów klientów. Pomysł firmy Adidas „mi adidas” polega na daniu możliwości wyboru rodzaju i koloru skóry, napisu, czy sznurowadeł indywidualnym odbiorcom, aczkolwiek rusztowanie stanowi istniejący model butów. W zabawę w konstruowanie własnych adidasów możecie pobawić się na stronie Adidasa KLIK. Jak patrzę na oferowane możliwości, to nie mogę odpędzić się od wiecznie żywego spostrzeżenia Georga Simmla, że istotą mody jest to, że równocześnie zaspokaja nasze dwie sprzeczne z sobą potrzeby: potrzebę przynależności, bycia jak inni, oraz potrzebę indywidualizmu. I projekt „mi adidas” świetnie wpisuje się w ten opis: możemy mieć „te same” buty jak inni, podzielamy to samo upodobanie do adidasów, ALE to nie są identyczne buty, bo sami wybraliśmy podszewkę, wierzch i sznurówkę, dając tym samym wyraz naszym własnym upodobaniom. Mamy poczucie łączności z bliźnimi, ale nie jesteśmy identyczni – to chyba część recepty na sukces w tej branży. Na wystawie można było rzucić okiem na możliwości oferowane przez firmę Adidas w zakresie stworzenia własnego, niepowtarzalnego trampka:

IMG_0201

Patrząc na nasze rodzime podwórko od razu przychodzą mi do głowy dwie firmy: Loft37 oraz Fun in Design, które działają właśnie według tej zasady. Mają opracowane kilka „szablonów” różnych butów, ale sami możemy wybrać skóry i kolory. Już kilkakrotnie strwoniłam sporo czasu starając się stworzyć „moje” buty, ale od kliknięcia w ikonkę „zamów” dzieli mnie jeszcze kilka decyzji. Natomiast nie napotkałam jeszcze na polskim rynku firmy projektującej i produkującej ubrania, która działałaby w ten sposób. Przyznam, że też niespecjalnie szukałam, ale może ktoś z Was natknął się na taki pomysł? Kojarzę jak przez mgłę z wystawy w Berlinie sprzed dwóch lat, że bodajże na rynku amerykańskim istnieje firma, która z sukcesem w ten sposób sprzedaje różne modele męskich koszul. Niestety nie mogę odnaleźć swoich notatek z tej wizyty, więc niestety nie podam Wam konkretnej nazwy firmy.

Trzecia sprawa jest czymś, o czym już wszyscy słyszeliście, czyli wykorzystanie drukarek 3D do produkcji czy to ubrań, czy biżuterii. Na toruńskiej wystawie „Cuda Niewidy” wiosną tego roku była zaprezentowana między innymi biżuteria wyprodukowana za pomocą takiej drukarki, robiona na indywidualne zamówienie. Forma mnie wówczas zachwyciła, ale kolor zdecydowanie mniej, bo trafiło na czerń, z którą jestem w oziębłych stosunkach. Niemniej od razu pomyślałam sobie, że mając pomysł na biżuterię oraz stosowny sprzęt, chyba zaczęłabym produkować taśmowo jakieś bohomazy. Gorzej, nie tylko zaczęłabym je produkować, ale również obnosić. Dobrze więc, że takie drukarki 3D są poza moim finansowym zasięgiem. Na razie.

Wracając jednak do wystawy londyńskiej: jako przykład zastosowania druku 3D wisiała w sali taka oto kreacja:

IMG_0223

Kreację zaprojektowała Catherine Wales, a wyprodukowało studio Digital2Widgets. Zaczynając od kwestii najbardziej widocznej: gorset jako część kobiecej garderoby jest wiecznie żywy i wciąż inspiruje do przetwarzania kolejne pokolenia. To jest naprawdę niesamowite, że akurat ta forma tak dobrze się trzyma. Sama konstrukcja jest zainspirowana wizualnym przedstawieniem ludzkiego chromosomu (trudno byłoby mi na to wpaść bez opisu). Ciekawe też jest uzasadnienie istnienia owej siatki wokół twarzy: jej zadaniem jest chronić naszą głowę – choć nie podano przed czym lub kim. Ubiór przyszłości? No nie wiem.

Wizja, że za jakiś czas drukarki 3D stanieją na tyle, że każdy będzie sobie mógł wydrukować w domu buty, kolczyki czy torebkę, jest kusząca. Wyobraźcie sobie, że Wasz ulubiony projektant lub projektantka właśnie umieścił w sieci projekt rewelacyjnej torebki. Ściągacie go sobie na komputer, podłączacie drukarkę i proszę: torebka na wieczór sama się zrobiła. Brzmi nieźle?

Ale jaki wpływ będą mieć projektanci naszych nowych zdobyczy na to, jak ostatecznie zaprezentuje się „ich” projekt? Czy będą zastrzegać sobie na przykład, że można ową torebkę wyprodukować tylko w określonym kolorze i wielkości? A gdybym chciała ciut większą, z jedną kieszonką więcej i najlepiej z krótszym paskiem to co? Czy będzie możliwość modyfikacji projektu? Jak to się będzie miało do praw autorskich? I czy będzie można wyprodukować tylko jeden egzemplarz z raz ściągniętego i zapłaconego projektu? Bo koleżance ta torebka tak się spodobała i też by sobie wydrukowała… Już tych kilka pytań wywraca do góry nogami nasze myślenie o tym, co jest „moją własnością”. Jestem przeciekawa, jak to się potoczy, gdy możliwość druku 3D się upowszechni. Zakładam, że w zdrowiu i urodzie dożyję tego momentu, żeby sobie wydrukować jakąś fajną kiecę. Wiem, że od strony technologicznej reprezentuję poziom myślenia laika, co nie przeszkadza mi w niczym stawiać tych – może bardzo naiwnych – pytań.

I ostatnia rzecz, którą chciałam Wam pokazać, to obiekt niezwiązany z wystawą, ale pokazany w ramach prac zaproszonych do współpracy artystów. Możecie mnie zamordować, ale nie zanotowałam nazwiska osoby, która stworzyła poniższą portmonetkę. Byłam pewna, że je mam gdzieś zapisane, ale nie, wróciłam bez kluczowych danych. Zostajemy zatem z samym projektem:

IMG_0230Oto portmonetka Nebo, być może zostanie czyjąś nową przyjaciółką. Co jest w niej szczególnego? Otóż Nebo wie, co kupujesz, pomaga Ci kontrolować wydatki i zapanować na kartą kredytową. Nebo czasem nie pozwoli Ci czegoś gdzieś kupić, dzięki czemu być może zaoszczędzisz. Nebo wie, co jest dla Ciebie dobre, nawet jeśli Ty tego nie wiesz – ostatnie zdanie z opisu przeważyło szalę, na pewno się nie zaprzyjaźnimy, brzmi to jakoś złowieszczo.

Pięknie widać w tym wpisie moją galopującą niekonsekwencję w stosunku do nowych technologii: tu zachwyt nad drukowaniem w domu przedmiotów wszelakich, ale już malutki portfelik decydujący o moim „kupić-nie kupić”, o nie, wara ode mnie. Nie jestem aż tak bardzo w XX wieku, żeby nie zdawać sobie sprawy, że to nie przypadek wyświetla w polu reklamowym bannery sklepów internetowych z ubraniami czy link do amazona. Ale idea myślącego za mnie portfelika to dla mnie o krok za daleko. Taki elektroniczny Cerber w kieszeni, których chroni mnie samą przed własnymi decyzjami? Być może nadmiernie ufam własnym decyzjom, ale jak na razie mając własny łeb, wolę się nim posłużyć niż jakimś technologicznym gadżetem. Bo gdybym usłyszała siebie samą mówiącą „tak chciałam te nowe buty, taka okazja, ale Nebo mi nie pozwolił” (na koniec mina męczennicy), to mnie na dzień dobry odrzuca. Albo łagodniej rzecz ujmując: nie czuję potrzeby, że ze mnie coś zdejmowało odpowiedzialność, nawet w tak trywialnej kwestii jak zakupy. Ale może są jakieś argumenty przemawiające na korzyść tego gadżetu?

Design Museum zdecydowało się również na utworzenie osobnej kolekcji ubiorów, które najwyraźniej jego dyrekcja uznała za równie ważne obiekty reprezentujące zmiany we wzornictwie czy to przedmiotów dnia codziennego, czy to zaprojektowanych dla przemysłu. Na razie kolekcja jest niewielka, pochodzi z szafy Lady Ritblatt, ale muzeum zapowiada, że będzie ów zbiór rozbudowywać, co mnie niezmiernie cieszy – ot tak, po prostu. Mam nadzieję, że do czasu mojej kolejnej wizyty w Londynie pojawią się jakieś nowe eksponaty.

Mam nadzieję, że nie zarzuciłam Was zbyt wieloma pytaniami zostawionymi bez odpowiedzi. A z drugiej strony, zawsze chętnie poznaję Wasze zdanie, więc macie pole do popisu.

Strona wystawy: The Future is Here (KLIK), Design Museum w Londynie
(KLIK).