Modowa nowomowa: 8 określeń, które mącą teksty

3 października 2013

Zbieram sobie różne określenia pojawiające się w tekstach poświęconych modzie i uzbierał mi się taki zestaw określeń, z którymi jest mi nie do końca po drodze. W większości mnie bawią, czasem irytują. Co, jak i dlaczego w kolejności niealfabetycznej przedstawiam:

1. plus-size: co to niby jest? Spotkałam się z wersją, że zaczyna się od rozmiaru 38 i najbardziej dyplomatyczna myśl, jaka przyszła mi wtedy do głowy,a jaką mogę tu przedstawić, brzmiała: ktoś upadł na głowę. Druga skrajność to polityczna poprawność łamana przez grzeczność, która nie pozwala na nazwanie osób z nadwagą osobami z nadwagą, tylko właśnie „plus-size”. Nie wiem, czy takie osoby czują się z tym lepiej, czy gorzej, natomiast od razu poszukuję równowagi w języku i określenia „minus-size”. Jeśli rozmiarem „zero” nazywamy (poprawcie mnie, jeśli się mylę) wymiary modelek w okolicach rozmiarów 34-36*, to „minus-size” byłby rozmiarem jeszcze mniejszym. A czy napisanie o ubraniach lub osobach, że są „plus-size” zamiast podania konkretnego rozmiaru jest lepszym rozwiązaniem, bo kryje w sobie zaowalowaną informację o tym nieszczęsnym dla naszej samooceny rozmiarze ciała? Plus-size mnie trochę irytuje, bo to określenie mimo wszystko pokazuje, że mówimy o czymś odstającym od normy, plus-size to nie jest po prostu size, ale size z tym okropnym plusem, który – bez względu na ładną, zangielszczoną otoczkę – i tak wytyka komuś, że nie mieści się w tak zwanej normie. Wyrzuciłabym zarówno określenie „rozmiar zero”, jak ów „plus”, bo gdzieś w tle czai się wartościowanie ciała człowieka. Osobiście preferowałabym suchą informację o rozmiarze (bo ten też jest różnorodny), a jeszcze lepiej po prostu podanie wymiarów odzieży. A w przypadku ludzi, a nie ubrań? A co daje nam informacja o noszonym przez kogoś rozmiarze? To jakoś świadczy o człowieku, czy co?

2. „promocja otyłości” – argument grubego kalibru (ależ mi się skojarzyło), związany z punktem powyższym, czyli prezentowaniem na łamach papierowych czy internetowych osób w rozmiarze odbiegającym od „ideału” modelki. Czy trzeba mieć w mózgu kisiel, żeby nazywać pokazywanie osób w niemodelkowym rozmiarze „promocją otyłości”? Proszę.

Jedną sprawą jest to, że w przemyśle odzieżowym (tudzież modowym) problemem powracającym jest kwestia wpływu wizerunku modelek i modeli na samoocenę młodych dziewcząt i chłopców, a czasem także tych nieco starszych dziewcząt i chłopców. Mnie się to jawi jednak jako szukanie kozła ofiarnego dla prostego faktu, że jak dorastający ludzie głęboko wierzą w to, że podstawą ich szczęścia życiowego jest bardzo szczupłe ciało, to gdzieś rodzice popełnili błąd w wychowaniu. Nie było czasu wytłumaczyć dziecku, że można wierzyć i w inne wartości, a teraz dziecko mdleje na ostrej diecie? To kto jest winien? Gazety winne! Internety winne! Projektanci winne! Szczególnie zaś ci straszni geje, co to lansują chłopięce sylwetki na wybiegach. Samo zło wcielone i przez nich to potem dzieci mają zaburzenia odżywiania.

Drugą kwestią jest z kolei pokazywanie osób z nadwagą jako zadowolonych ze swojego ciała. Tak, jakby trudno było uwierzyć, że te osoby mogą siebie akceptować takimi, jakie są, że komuś takie właśnie mogą się podobać, być kochane i pożądane. Spójrzcie na przykład na zdjęcia kobiet wykonane przez Yoss Loloi (KLIK). To jest tylko jedna z odmian rozmiarów naszych ciał. Ani gorsza, ani lepsza od innych. Po prostu – jedna z wielu możliwości.

Natomiast inną sprawą jest, że w tym obrazie rzadko pojawia się kwestia, że nadwaga – jakby na to nie spojrzeć – często upośledza codzienne życie: ciało musi nosić więcej kilogramów, co nadmiernie obciąża kręgosłup, często człowiek szybciej się męczy, a dodatkowe kilogramy po prostu nie sprzyjają zdrowiu. Czasem jest to efektem nadmiernych apetytów, ale czasem poważnej choroby, więc wrzucanie wszystkich do jednego wora, jest – użyjmy staroświeckiego słowa – niesprawiedliwe. Po prostu. Mimo wszystko pokazywanie obrazów ciała odmiennych od modelkowych i nazywanie tego „promocją otyłości” to trochę jak nazwanie kampanii promocyjnej dla wielkobiuściastych „promocją dużego biustu”. A jak producent rajstop „Adrian” reklamował swoje produkty z wizerunkiem wokalistki Varius Manx siedzącej na wózku inwalidzkim to pewnie to było nic innego jak „promocja inwalidztwa”? Tak podpowiada bolesna logika.

3. „plus-age”: jak nie chcemy komuś powiedzieć, że jest stary (albo raczej: stara, bo nie spotkałam się jeszcze z tym określeniem w stosunku do panów) to używamy tego dziwnego tworu. Usiłuję zrozumieć ten fenomen zachwytu nad młodością, bo nie mogę dopatrzeć się u siebie takiej fali nostalgii jak czasem u moich równolatków, że ech, liceum/studia… to był czas… No nie wiem, może miałam z dziesięć lat mniej (na pewno miałam), ale też stosownie więcej kompleksów i za żadne pieniądze nie chciałabym zafundować sobie podróży w czasie, szczególnie patrząc na niektóre zdjęcia. Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że owo określenie „plus-age” jest takie trochę wstydliwe, takie to dyskretne wskazywanie paluszkiem, że już trochę więcej zmarszczek, już warto byłoby się czasem zastanowić czy coś wypada, czy nie – na przykład w kwestii stroju, już nie ta wolność i swoboda, bo już jesteśmy w owym magicznym plusie. A może by tak przewrotnie przewartościować ów plus na … plus właśnie. Bo dopiero będąc w plusie wiemy, na co nas stać – i wiemy to często lepiej niż kilka, kilkanaście lat wcześniej. Bo ten plus to więcej pewności siebie, więcej wiedzy i więcej doświadczenia. Owszem, to też plus zmarszczek, ale naprawdę, są gorsze nieszczęścia. Jak dla kogoś problemem życiowym numer jeden jest kurza łapka w kąciku oka to niech się porządnie stuknie w głowę. Ale… może ktoś z Was dałby się posiekać za to, żeby znów mieć lat 18?

4. niezależna moda polska – fejsbuk ciągle mi to wyświetla, a ja mam ochotę pogryźć ekran. Mniejsza z tym, o czym wielokrotnie pisałam: że jedynym wyznacznikiem „polskości” w tym określeniu jest narodowość podawana w oficjalnych dokumentach. Naprawdę ktoś widzi wspólny mianownik naszych rodzimych twórców? Jak ktoś widzi, to ktoś mógłby się podzielić tą bezcenną wiedzą.

A „niezależna”? Maczał w tym palce ktoś z promocji? Używając mocy swojej wyobraźni widzę to tak: osoby projektujące ubrania są straszliwie uzależnione. Podstawową używką są klienci – bez nich ich ubrania nie mają szansy zaistnieć jako cokolwiek modnego. Czasami bywają uzależnieni od sponsorów: sponsor daje, ale i wymaga czegoś w zamian. Czasem jest to kompromis, który skutecznie kopie w pożądaną niezależność. W swoich pomysłach projektanci i projektantki są zależni od tego, ile mają funduszy na stworzenie kolekcji, są zależni od dostawców tkanin, wykonawców ich ubrań (o ile nie szyją ich samodzielnie), od sklepów, które sprzedają ich ubrania, a także – o zgrozo – od osób piszących o ich kolekcjach, które mogą pomóc w sukcesie, albo też skutecznie zniechęcić do zakupu. W sumie to wychodzi na to, że osoby projektujące ubrania są głęboko uzależnione. I to naprawdę głęboko, skoro funkcjonują pod hasłem „niezależnej mody polskiej” zaprzeczając za pomocą tego hasła – jak na uzależnionych przystało – własnemu nałogowi. Odwyk? Bez sensu. To zależności tworzą projektantów – i to czasami naprawdę niezłych. Czekam na pierwszego/pierwszą, który/a ogłosi się „zależnym projektantem” lub „zależną projektantką”. Wywalmy „nie”, podobno negacje są szkodliwe dla zdrowia.

5. strój odpowiedni do wieku: coś, o czym wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział. Jedną ze stron w magazynach dla kobiet, która zawsze budzi mój uśmiech są wskazówki co do ubiorów budowanych zwykle wokół jednego elementu garderoby, z uzupełnieniem stosownym do wieku właśnie. Nie mogę odkryć algorytmu, który rządzi tymi wyborami, no może poza jednym: czasami im stylizacja dalej w leciech, tym produkty mają wyższą cenę. A jednak stwierdzenie „w moim/twoim wieku tego się już nie nosi” nie wyparowało zupełnie z naszego słownika. Czasem najsmutniej usłyszeć takie zdanie, gdy ktoś faktycznie odnosi je do siebie. Owszem, efektu „dzidzia-piernik” może lepiej byłoby uniknąć, ale mijając ostatnio panią w kreacji od stóp do głów w kolorze jogurtu jagodowego po raz kolejny doszłam do wniosku, że jeśli ktoś się dobrze czuje w takim zestawie, to czemu ustalać jakieś granice? Kiedy należy przestać nosić mini? A czerwone, lakierowane szpilki też mają jakiś wiek użytkowalności? No i na wszelki wypadek dopytam też, kiedy należy przestać robić wpisy na takie niesforne tematy, jak język, którym się posługujemy?

6. spektakle mody: jakiś czas temu obcując dni kilka z telewizorem wychwyciłam to w jakimś programie. Teraz „pokaz mody” to może być określenie niewystarczające, ba, passé nawet, teraz mówimy o „spektaklu”. Żebyście wiedzieli i nikt bzdur już nie pisał.

7. demokratyzacja mody: największe kłamstwo w świecie mody. Obietnica niektórych sieciówek, że za ułamek ceny oryginalnej możesz kupić kreację bardzo mocno przypominającą tę ze znanego domu mody – pod hasłem „mody dostępnej dla wszystkich”. I już biegnę, żeby mieć tę rzecz „prawie jak” oryginalną i ogrzać się w blasku najnowszych trendów. No co za bzdura. Produkt sieciówkowy nawet nie leżał obok pierwowzoru, a gdyby nawet leżał, to jeszcze nie czyni go produktem lepszego gatunku. Nawet jeśli powstał na wzór kreacji haute couture, to to NIE JEST haute couture. Więc darujmy sobie złudzenia o „modzie dostępnej dla wszystkich”, wersja dla ubogich zawsze pozostanie wersją dla ubogich, a wersja dla bogatych jest dostępna garstce osób na świecie. Nie wszyscy mamy równy dostęp do tych samych, modnych produktów, do podobnych, „inspirowanych” już prędzej, ale na pewno nie jest to dostęp demokratyczny.

8. moda ekologiczna: określenie, które można by podawać jako przykład oksymoronu. Jeśli „moda”, to znaczy, że mamy podążać za zmianami w trendach, wyrzucać szybciej niż zużywamy, kupować nowe i jeszcze nowsze. Jeśli „ekologiczna” to trendy zostawiamy na boku, kupujemy rzeczy trwałe, ponadsezonowe, na lata. A jak się podniszczą, to jeśli się da – naprawiamy, sztukujemy i chodzimy dalej. Ewentualnie przekazujemy do sklepu, w którym kupiliśmy produkt oryginalny, żeby producent mógł przetworzyć zużytą przez nas rzecz na nową. Dzieje się to niezależnie od tego, co nowego proponują nam magazyny modowe. I nie jest tak, że w tym sezonie jest najmodniejsza organiczna bawełna, a w następnym jak najbardziej eko-len, to rzucamy bawełnę w kąt i nosimy się wyłącznie w lnie. Nie, chodzimy dalej w tej bawełnie, bo jeszcze się nadaje. Dla mnie moda i ekologia zawsze będą stały na przeciwległych biegunach, bo jedno zaprzecza drugiemu: pierwsza wskazuje na nowinki, za którymi mamy podążać, żeby być „modnymi” właśnie, wliczone jest w nią marnotrawstwo; druga jest poza tym mechanizmem, dba o środowisko i zanim wyrzuci, to się zastanowi. Aczkolwiek określenie „ekologicznie wyprodukowane ubranie” jest jak najbardziej ok. Tylko że ono przeczy modzie. Ale co teraz sprzeda wszystko? Słowo „moda” sprzeda wszystko! Więc „moda ekologiczna” będzie nam hulać jeszcze długo.

logo-fb (1)

A wracając do tytułu: dlaczego akurat osiem? Bo tak mi wyszło. A poza tym, jak przekrzywicie głowę, to z ósemki robi się symbol nieskończoności. To jest super, nie? (I to jest jedyna informacja w tym wpisie, co do której proszę mnie nie prostować i nie poprawiać. Lubię tak sobie myśleć. Myślcie, co chcecie).

Jakieś własne sugestie co do wątpliwych sformułowań w zakresie modowego pisarstwa?

Napisała. Blogerka Modowa Plus-Size oraz Plus-Age, nie ma co zaprzeczać faktom, w moim wieku to nie wypada.

*Już dostałam poprawkę, że „rozmiar zero” to 32-34. Dziękuję.

  • Aleksandra Tyka Grzesiak

    W życiu nie chciałabym znowu mieć 18 lat. Byłam wtedy głupsza od żółtej kredki. Dobrze, że to za mną.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      A co tu żółta kredka zawiniła??? Straszliwie mnie bawi to zdanie o kredce :)

      • Aleksandra Tyka Grzesiak

        W tym przypadku proszę mieć pretensje do mojej mamy, która notorycznie używa tego wyrażenia. Coś/ktoś głupszy od żółtej kredki. Uwierzyłam mamie i stwierdziłam, że żółte kredki mądrze nie wyglądają ;)

    • olgacecylia

      Ja byłam głupia jak funt cicików, za nic nie chciałabym wrócić do tych czasów!

  • Mania

    Czy z tym rozmiarem 0 nie jest tak, że nie oznacza wcale „normy” (= ani plus, ani minus) tylko po prostu skończyły się producentom ubrań numery rozmiarów, no bo 12 (40), 10, 8, 6… i 0?

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Słuszna uwaga. Niestety w kwestii wyborów producentów co do rozmiarówki to nie potrafię odpowiedzieć.

    • olgacecylia

      Oznacza normę dla modelek, zdaje się. Bo to szło od dołu, od zera :-)

  • Frenja Moja Moda

    Największą alergię mam na teksty dotyczące stroju dobranego odpowiednio do wieku. Niestety tak to potem jest, że podczas stylizacji 60-letnia klientka kręci mi nosem na czerwone spodnie, mimo, że figurę ma świetną. A ja się pytam, dlaczego ona nie może założyć takich spodni? Bo skończyła już PEWIEN wiek i kolory, krótkie fasony i przylegające ubrania powinna ceremonialnie oddać córce lub wnuczce? Do tego wieku jeszcze mi daleko, ale chcę, aby świat wtedy pozwolił mi ubierać się tak jak będzie mi się podobało, a nie tak jak sugeruje moja metryka.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      To ciekawe, szczególnie, że masz kontakt właśnie z takimi klientkami. Dlatego czasem sobie myślę, że taki program jak Trinny i Suzannah – czy się lubi ich stylizacje, czy nie to osobna sprawa – jednak otwierał trochę oczy, pokazywał, że są inne możliwości ubierania się kobiet w tzw. wieku średnim (czyli co?) niż spódnica za kolano i blezer jak namiot.

      • Frenja Moja Moda

        Pełna zgoda. T&S mimo wielu, moim osobistym zdaniem, błędów lub może raczej dziwnych naleciałości w stylizowaniu, z całą pewnością łamały stereotypy dotyczące ubierania osób starszych, grubych, osób niepełnosprawnych itp. Za to chylę przed nimi czoła i każdego dnia staram się robić dokładnie to samo – tłumaczyć, że dobry styl nie jest tylko i wyłącznie domeną pięknych, młodych i szczupłych.

        Dlatego też tak bardzo drażni mnie wypowiadanie punktów 1-3.

  • Joanna Dydynska

    Podpisać mogę się w całości pod każdym wnioskiem. Oprócz zdjęć kobiet otyłych. Zdjęcia owszem, są ładne, tworzą jakąś magiczną i pełną szacunku przestrzeń, ale nie przekonują mnie do końca. Jest mi i tak przykro jakoś patrząc na nie…:( – co nie zmienia faktu, że równie przykro jest mi – widząc niektóre modelki na wybiegu dziwnie chude jakoś…No tak to odbieram, ale nie tworzyłabym z tego teorii ;-) co najwyżej wniosek, że to ja nie przepadam za skrajnościami:)- czyli wychudzenie kontra otyłość.

    Natomiast zgadzam się, że to rodzice są od wychowania swojego potomstwa na dumnych homo sapiensów:)
    Co do wieku i ograniczeń”- hahha- to ja się cieszę z mojej wolności i tyle. Szkoda mi juz czasu (tak – bo jestem plus:)) na wysłuchiwanie głupot no, zwykłych głupot, za przeproszeniem.
    I wpis dzisiejszy genialny jest, tak w ogóle:) Podam zaraz dalej…

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No ale nie chodzi o to, żeby od razu zmuszać się do lubienia różnych rzeczy czy zjawisk, skoro nam „nie leżą”. Tylko żeby nie patrzeć jednowymiarowo. Dziękuję za komplementa :)

  • Antonina

    Jakiś czas temu na swoim blogu też poruszałam kwestie rozmiaru „plus-size”.
    I jak Ty podobnie nienawidze tego dziwnego nazewnictwa, ale się przyjeło, no bo moda, no to modnie..

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      A to możesz wkleisz linka do tego wpisu? Chętnie przeczytam. Komentarze z linkiem przechodzą procedurę zatwierdzania, więc się nie zniechęcaj, jak od razu nie wyskoczy.

  • Piotr Dowski

    A ja się zastanawiam nad punktem 6. Tzn, oczywiście jestem przeciwny nadużywaniu tego sformułowania i stosowania go zamiennie do pokazu mody.
    Myślę jednak o wypowiedziach m. in. Jerzego Antkowiaka czy Grażyny Hase, którzy właśnie w ten sposób mówią/ mówili o pokazach. Że były liczne próby, że budowali dramaturgię pokazu, że czuli się podczas premiery kolekcji tak, jakby to była premiera w teatrze itd…. Mówili/ mówią o tym, ze modelki przychodziły do nich na długo przed pokazem, ze wszystko było bardzo starannie przygotowywane…
    Ale jednak choć tym słowem się posługiwali, to znaczenie jego było nieco inne od tego, jakie przywołujesz :))
    Nie wiem czy nie za mocno nakręciłem. Chodzi mi o to, że można czasem użyć tego sformułowania, ale z pewnością nie można nim szafować czy go naużywać

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Może powinnam napisać o kontekście tej wypowiedzi i poziomie natchnienia, które miała w oczach wypowiadająca je osoba i wtedy „wszystko byłoby jasne” ;) Ale celowo tego nie zrobiłam, bo chciałam napisać o jakimś zjawisku, a nie pastwić się nad źródłami, z których wzięłam te sformułowania.

      • Piotr Dowski

        Tak, domyślam się jaki rodzaj wypowiedzi mogłaś oglądać :))))
        Jak tylko dopisałem tak dla ścisłości… nic więcej.

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Wiem wiem, Ty jesteś od poszerzania kontekstów ;)

  • welldressedmind.blox.pl

    Mnie często rozbrajają fragmenty tekstów promocyjnych pisanych przez pożal-się-Boże firmowych PRowców lub (co gorsza) pracowników agencji reklamowych. Każda marka jest nowoczesna, a ubrania przeznaczone są dla odważnych/pewnych siebie/niezależnych kobiet. Po przeczytaniu tego typu bełkotu, kompletnie nie wiesz jaka ta marka na prawdę jest i jak mogłabyś sobie wyobrazić jej ubrania. Bo czy jakakolwiek marka określiłaby siebie jako archaiczna i przeznaczona dla słabych, bojaźliwych kobiet??

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      To jest bardzo dobry pomysł na wpis. Mam gdzieś taką perełkę z opisu kolekcji typu „kolekcja była zainspirowana skrzydłami martwego ptaka” czy coś w ten deseń. Warto pogrzebać w materiałach promocyjnych ;)

      • welldressedmind.blox.pl

        Niczym zachłanna pięciolatka uderzam rączką w stół i piszczę „ZAMAWIAM!!!” Chociaż znając moją opieszałość w tworzeniu wpisów, pewnie Ty napiszesz o tym pierwsza;)

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Wiem, że moja odpowiedź może być poczytana za rewolucyjną, ale … nie widzę przeszkód, żeby nie miały powstać na ten temat dwa wpisy. Można z tym żyć (albo tak mi się przynajmniej wydaje ;))

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ kelly

    Moda odpowiednia do wieku – eh, to przypomina mi o tym, że za każdym razem, kiedy widzę propozycje stylizacji w magazynach, to wybieram te „50+” :))))))) A jeśli chodzi o polską modę to faktycznie określanie jej jako „niezależna” jest dziwne – bo w sumie niezależna od kogo/czego? Od korpoobiegu i marketingu? Cięzko powiedzieć. Za to mianownik widzę,oczywiście nie wspólny dla wszystkich na rynku, raczej pewne kategorie i cechy, ale to chyba akurat normalne – oprócz Skandynawii (co w ogóle jest specyficzne, bo w głowie mam raczej całą Skandynawię niż pojedyncze państwa) nie kojarzę państwa, które dawałoby nam tylko „jeden rodzaj” twórców. ;)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      A wyduszę z Ciebie, na czym polega ten wspólny mianownik przynajmniej dla części osób projektujących ubrania w naszym pięknym kraju? Bo mnie to trochę słabo przychodzi ;)

      • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ kelly

        Tak, ale nie w tym miejscu, bo nie chcę, żeby przez moją wypowiedź przebijał komentarzowy chaos ;) Będzie o tym wpis na pewno!

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Czekam z niecierpliwością :)

  • o

    Dekada w świecie mody

    Habillees pour 10 ans
    reżyser: Lolc Prigent
    film dokumentalny, Francja, 2010, 94 min.

    http://www.planeteplus.pl/dokument-dekada-w-swiecie-mody_38712#ixzz2hKJ6YWXM
    Film raczej traktuje modę z przymrożeniem oka pokazuje dekadę w świecie mody.
    Mam nadzieje, że się spodoba.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Ten sam reżyser nakręcił film dokumentalny o pracowni Chanel, więc zakładam, że i ten będzie dobry. Dziękuję za linka. Czy to się da jakoś obejrzeć na planete plus online? Bo nie widzę stosownego miejsca do kliknięcia „obejrzyj”…

      • o

        Raczej nie oglądałam go kiedyś w telewizji i ostatnio przypomniałam sobie o nim, a Pani kiedyś pisała,że lubi oglądać tego typu filmy. W internecie gdzieś powinien być z napisami.

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Dzięki, poszukam sobie.

  • beata

    Dodałabym moje ulubione określenie, że „ktoś wygląda jak milion dolarów”. Nie można wyglądać stylowo, modnie, oryginalnie, ubrać się z klasą – koniecznie trzeba tłumaczyć określenia dalekich sąsiadów.
    Zastanawia mnie też wyrwa w której znajduje się większość odbiorców ubrań – pomiędzy chłopięcą, niedojedzoną sylwetką w rozmiarze 30-32 z wybiegu a taką o rubensowskich kształtach o rozmiarze minimum 52-54.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Komplement z kompleksem w tle – bo jak tak komuś powiedzieć „wyglądasz jak milion złotych”? ;) A co do rozmiarów: te „pomiędzy” chyba najtrudniej ubrać, bo ilość możliwych sylwetek o różnych biustach, taliach i biodrach jest spora, natomiast „skrajności” są już raczej jednolite. Trzeba zatem dobić do jednego lub drugiego bieguna ;)