AFF 2013 w pigułce, czyli o sercu i wątrobie

23 października 2013

Tegoroczny Art & Fashion Festival zafundował mi huśtawkę emocji: po raz kolejny ktoś skradł mi serce i nie obyło się bez zachwytów. Z drugiej strony pojawiły się rozczarowania i kilka niewygodnych myśli, z którymi nie do końca wiem co zrobić. I jedno i drugie chciałabym z siebie wyrzucić, a że szczęśliwie jestem posiadaczką bloga, to nie zawaham się go użyć. Jeżeli ktoś spodziewa się obiektywizmu, to dalszy ciąg wpisu będzie sporym rozczarowaniem. Najwyższa pora na to, żeby przełknąć prostą informację, że obiektywizm jest przereklamowany (w opcji skrajnej: obiektywizm nie istnieje).

To co? Miłostki na początek. Ze wszystkich wystąpień moim zdecydowanym numerem jeden jest prezentacja pani Grażyny Hase. Godzina to zdecydowanie za mało, żeby uszczknąć choć promil jej wspomnień z przebogatego życiorysu modelki, projektantki i właścicielki galerii. Okładki magazynów, zdjęcia sprzed dekad pokazujące panią Hase w szokującym jak na lata sześćdziesiąte zestawie „obcisłe getry plus sweterek” będące przykładem stroju na „po nartach”, jej projekty strojów inspirowanych stylem zakopiańskim czy kolekcja chust i krawatów stworzona we współpracy z Janem Młodożeńcem dla polskich sportowców na olimpiadę w Sydney – godzina minęła w mgnieniu oka. Mam nadzieję, że po tym wystąpieniu wzrośnie odsetek osób, które zainteresują się polską odzieżową przeszłością i nie będą mylić pań Hase i Hoff. A energii pani Hase można tylko pozazdrościć.

Niemniej początek wystąpienia miał gorzki smak: pani Hase rozpoczęła je od sprostowania nieprawdziwej informacji zamieszczonej w folderze AFF. Folder podawał, że „projektowała” dla Mody Polskiej i Telimeny, podczas gdy faktycznie była w tych przedsiębiorstwach modelką. Można mieć tylko nadzieję, że nikt piszący o życiu pani Hase w najbliższej przyszłości nie będzie powielać tej nieprawdziwej informacji. Druga sprawa dotyczyła z kolei ewidentnego rozczarowania pani Hase ilością osób na widowni. To jest osoba, która zna wartość swojej pracy i tego, co stworzyła, a równocześnie widzi, że pamięć o tym jest niewielka. Może byłby inny oddźwięk na widowni, gdyby informacje o pani Hase znalazły się w formie zapowiedzi na fanpejdżu AFF. Przejrzałam go i od połowy lipca, gdy ruszyła oficjalna komunikacja na temat gości AFF, taka informacja się nie znalazła (co jest trochę dziwne, bo byłam pewna, że jednak była, ale na dzień dzisiejszy nie widzę jej na fanpejdżu AFF).

Drugim świetnym wystąpieniem była prezentacja Diany Murek, autorki bloga Into The Fashion, ale także dziennikarki Grazia.it oraz wykładowczyni we włoskim Istituto Marangoni. To wystąpienie bardzo dobrze porządkowało problem: kiedy inspiracja jest ok, a kiedy nie bardzo. Z pierwszym przypadkiem mamy do czynienia w sytuacji, gdy dany dom mody sięga do swoich archiwów i „przerabia” stare pomysły na nowe projekty. To jest ok, bo odbywa się w ramach jednego domu mody i służy – jak to się ładnie nazywa – kontynuowaniu DNA danej marki. Ale jeśli dom mody A sięga do archiwum domu mody B i działa w myśl zasady „kopiuj – wklej” to już nie jest dobrze. Co to za projektant/ka, która w ten sposób tworzy „nowe” kolekcje? Bo raczej nie jest to osoba kreatywna, a takie zapożyczenia wcześniej czy później wypłyną, czego świetnym przykładem jest właśni blog Murek. Oburzenia prelegentki nie budziły natomiast sytuacje, gdy popularne sieciówki ściągają pomysły znanych domów mody, czasem wręcz w relacji jeden do jednego. Dlaczego? Bo sieciówka i dom mody mają zupełnie inną grupę odbiorców. Osoba, którą stać na oryginalny projekt raczej nie zajdzie do sklepu sieciowego. A domy mody w pewien sposób na tym zyskują w postaci darmowych artykułów pokazujących ich projekty z projektami „inspirowanymi” i tak zwiększają swoją rozpoznawalność u sieciówkowych odbiorców. Bo do końca jednak nie wiadomo, czy ktoś teraz kupujący w sieciówce w przyszłości będzie w stanie zapłacić za haute couture. A będzie przynajmniej przygotowany, w którą stronę może zwrócić swoje kroki. Przeglądając stronę bloga Into The Fashion za każdym razem po prostu powala mnie znajomość autorki w zakresie historii mody, bieżących trendów, odniesień do prac różnorodnych artystów. Widać wiedzę i gigantyczne doświadczenie. W połączeniu z umiejętnością zaprezentowania tychże mamy gotowy przepis na udane wystąpienie.

Trzecią osobą, która zmieniła tryb mojego myślenia był Jesus Echevarria z grupy Inditex, która jest właścicielem takich marek jak Zara, Bershka czy Oysho. Jestem coraz gorszą klientką sieciówek, bo chyba z wiekiem i wiedzą człowiek robi się coraz bardziej wybredny. Ale przy okazji prezentacji i rozmowy prowadzonej z Echevarrią przez Piotra Zacharę chyba po raz pierwszy zgodziłam się z myślą, że sieciówki mają realny wpływ na polepszenie jakości oferowanych produktów oraz na warunki pracy w miejscach, w których zlecają pracę. Jak doszło do tego objawienia? Efekt skali. Tylko tyle i aż tyle. Bo mogę oburzać się, jak czytam, że produkcja w ramach sprawiedliwego handlu w jakiejś sieciówce nie przekracza 5-7% procent jej całkowitej produkcji, ale te kilka procent to są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy sztuk odzieży już wyprodukowanej w warunkach nie uwłaczających pracownikom z materiałów wyhodowanych w sposób mniej szkodliwy dla środowiska niż dotychczas. I w porównaniu do małej firmy produkującej w ten sposób odzież od początku do końca, to jednak realny wpływ na poprawę czyjegoś losu i jakości naszego ubrania ma jednak sieciówka. Oczywiście, nie zapominamy o tych pozostałych wątpliwych dziewięćdziesięciu paru procentach produkcji, z którymi nie wiadomo co się dzieje, ale trudno wymagać od firmy, żeby w ekspresowym tempie zmieniła całość swojej produkcji. Niemniej z racji mocnego trendu na eko-produkcję myślę, że w ciągu najbliższych lat ta ilość procentów z kilku początkowych będzie systematycznie rosła. A najbardziej przekonała mnie do Inditexu informacja, że mają już trzy sklepy, których obsługa to wyłącznie osoby z zespołem Downa. To jest szalenie ważne, żeby osoby niepełnosprawne czy umysłowo, czy fizycznie, w miarę swoich możliwości mogły pracować i zarabiać zamiast być na utrzymaniu państwa, że nawet jeśli to są tylko trzy sklepy z ponad 6000 na całym świecie to sam pomysł jest wart popularyzowania. Cześć im i chwała za to. I tak z cynicznej krytyczki rodzi się orędowniczka dobrego PR-u dla sieciówek, o bogowie… Ale najwyraźniej Jesus (nomen omen) jest dobrym orędownikiem idei Inditexu, skoro udało mu się zmienić tok mojego myślenia. Choć i tym razem nie obyło się bez wiedzy, konkretnych liczb i wrażliwości na problem. Tak można trafić mi do serca, choć powoli zaczyna się w nim robić tłoczno, a to nie koniec moich festiwalowych podbojów (choć właściwie to ja zostałam podbita).

Do serca chciałabym wpuścić jeszcze jednego pana, zapowiadaną gwiazdę festiwalu czyli kuratora z nowojorskiego Metropolitan Museum: Andrew Boltona. Klasa sama w sobie, co tu dużo pisać. Brawa dla organizatorów, że pan Bolton przyjął zaproszenie. Osobiście wolałabym jednak posłuchać o jego ostatniej wystawie, Punk: Chaos to Couture, niż o tej, która została poświęcona pracom Alexandra McQueena. Ale może McQueen w tytule prezentacji bardziej działa jak magnes na polskich odbiorców niż punk? Trudno to ocenić, ale i tak przyjemnie posłuchać.

No i teraz wychodzimy z serca. Przed sercem są chyba przedsionki, prawda? Z biologii zdecydowanie dużo zapomniałam. Kto zatem już w sercu się nie zmieścił? Trochę mam z tym wyborem problem, bo kolejne tematy same w sobie są bardzo ciekawe, ale po prostu brakło mi tego „czegoś”, co porwało moją duszę w prezentacjach trafiających do mojego serca.

Z jednej strony pod różnymi kątami doczytuję sobie o etycznych zachowaniach w przemyśle odzieżowym, przeczytałam książkę pani Płonki o etyce w modzie, ale jej wystąpienie akurat niczego nowego w zakresie mojej wiedzy nie wniosło. Bardzo byłabym ciekawa opinii osób, które z tą tematyką zetknęły się po raz pierwszy, czy odkryły coś, czego wcześniej nie wiedziały i czy zmieni to ich podejście do ich zakupowych wyborów. Po prostu mnie w duszy nie zagrało i tyle.

Drugi temat jest bardzo ciekawy: Shan Zhai, czyli cały przemysł oparty na podróbkach – słyszeliście o tym? W Chinach powstają firmy, które są niemalże kopią znanych nam marek. Niemalże, bo różnica tkwi czasem w trochę przerobionym logo, a czasem w zmienionej nazwie firmy: na kawę można zatem pójść do Bucksstar Coffee, na hamburgera (o ile dobrze odczytuję ze zdjęcia) do McDnoald’s, pić Future Colę, a buty mieć z firmy Hike czy Adodas. I te podróbki stały się inspiracją dla projektu Babaka Radboy i Aveny Venus Gallagher ShanZhai Biennal. Kliknijcie w stronę, zobaczycie na czym rzecz polega. Cały ten pomysł jest dowodem na niesamowitą zaradność chińskich przedsiębiorców, którzy wykorzystują wiedzę zdobytą przy produkcji dla zachodnich zleceniodawców i tworzą „własne” produkty. Co ciekawe, te podróbki czasami stają się popularniejsze od oryginałów, a ich twórcy stają się właścicielami dobrze prosperujących, własnych marek. To przewraca do góry nogami nasze myślenie o własności intelektualnej i prawach autorskich. Warto pogrzebać w sieci i poczytać na ten temat, bo odpowiedź na pytanie, co jest oryginałem, a co podróbką zmienia perspektywę. Ale dlaczego, skoro to takie ciekawe i skłaniające do myślenia, to ostatecznie wylądowało w przedsionku? Bo mam alergię na prezentacje, które są czytane (a niestety tak wyglądała początkowa część prezentacji), a kiedy czytamy swoje wystąpienia – jak twierdzi mój kolega - ginie panda. Dodatkowo na treść mówioną nakładają się cytaty na slajdach, które mają służyć ilustracji wystąpienia i dochodzi do sytuacji, gdy równocześnie słucham jednego, a czytam drugie – i nic z tego nie wiem. Za dużo dobrego naraz to niekoniecznie dobre rozwiązanie.

Byłam też bardzo ciekawa jak Karolina Sulej połączy w swoim wystąpieniu dandyzm z H&M – bo to zapowiadał tytuł Consumer Dandism czyli czy Beau Brumell kupowałby w H&M. Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy: o stylu afrykańskich sapeurs, o gronie osób zajmujących się rekonstrukcją strojów z XIX wieku czy o magazynie The Chap, który prezentuję modę retro. Podane przez nią przykłady są bardzo interesujące pod kątem spojrzenia na różne osoby dbające o elegancki ubiór, ale czy to jest właśnie wyznacznikiem dandyzmu? Bo tak wynikałoby z treści wystąpienia oraz z podanych przykładów – jeśli dla wszystkich chcemy znaleźć jeden wspólny mianownik. Brakło mi tutaj przedstawienia tytułowego Beau Brumella i pokazania, skąd coś takiego jak dandyzm się wzięło. No i nadal nie wiem, czy Beau kupowałby w H&M, czy nie. Autorka stwierdziła pod koniec, że pojęcie dandyzmu nie jest jeszcze zdefiniowane, ale śmiem w to wątpić. Pozostaje mi zatem poczekać, aż Karolina zdecyduje się na artykuł na ten temat, bo lubię jej dziennikarskie pióro, a temat wart jest opisania.

No i na koniec: co mi zaległo na wątrobie? Zaległ mi panel z blogerkami. Dla mnie ten panel był jednowymiarowy. Zaproszone dziewczyny – Jessica Mercedes Kirschner, Maffashion, Macademian Girl, Olivia Kijo i Harel – miały chyba w założeniu zaprezentować różne oblicza modowej blogosfery: te mniej i bardziej znane, opierające się na prezentowaniu własnych stylizacji lub prezentowaniu opinii na temat polskich marek. Tylko to nie wyszło. Dyskusję zdominowały Jessica, Tamara i Julia, a Oliwia i Harel nie walczyły jakoś specjalnie o mikrofon, więc ich głos pozostał gdzieś w tle. Zabrakło w tym panelu jakiegoś przedstawiciel bloga prowadzonego przez faceta, czy blogerkę, która mogłaby być mamą panelistek. Owszem, blogi, na których dziewczyny prezentują własne stylizacje są najpopularniejsze, ale czy to ma być wyznacznikiem do obsadzania większości miejsc w panelu takimi właśnie osobami? Panel mógł być możliwością pokazania różnorodności tego tworu, jakim jest modowa blogosfera, a tymczasem obraz, który wyszedł, jest płaski.

Pytanie, czy inny zestaw przyciągnąłby widzów w takiej ilości, jak to miało miejsce podczas festiwalu? Twarze blogerek zapewniły największą publiczność. Ale co z tego, skoro ta publiczność niekoniecznie spędziła czas na pozostałych wykładach. Rok temu sytuacja była analogiczna: „na Scotta Schumanna” waliły tłumy, na panie przygotowujące wystawę w Wiedniu o relacjach mody i sztuki przybyła przeciętna ilość osób (dyplomatycznie rzecz ujmując). I oczywiście: zawsze więcej osób wolało igrzyska od literatury, a myślenie o tym, że te proporcje się odwrócą to fikcja. Ale może można było poszerzyć u uczestników panelu AFF rozumienie tego, kim jest blogerka czy bloger zajmujący się modą? Choć z drugiej strony: po co? Czy to komukolwiek jest potrzebne?

Dwugodzinny panel był też chyba zbyt długi i mniej więcej po godzinie poszczególne osoby zaczęły wychodzić, a początkowy tłum uległ widocznemu rozrzedzeniu. A może nie było ciekawie?

Wyłączając jednak wewnętrzną jęczyduszę, na skutek panelu właśnie i towarzyszących mu rozmów, przemieliłam kilka kolejnych myśli i wrażeń, którymi – chcecie tego, czy nie – i tak zamierzam się podzielić.

Przede wszystkim odniosłam wrażenie, że tym, co ewidentnie dzieli panelistki na dwie grupy jest rola bloga w ich życiu. Wydaje mi się, że dla Harel i Oliwii blog jest tylko jednym z elementów życia, częścią i owszem ważną i ciekawą, ale gdyby z jakiegoś powodu przestały prowadzić bloga, to ich życie nadal toczyłoby się dosyć podobnym rytmem. Tymczasem dla Jess, Tamary i Julii ich blogi to one same, są ich dominującą częścią życia – i nic w tym dziwnego, bo to w końcu ich praca, na tym zarabiają, więc każdej z nich prowadzenie bloga, fanpejdża, instagramu czy czego tam jeszcze można użyć, zajmuje mnóstwo czasu. Dziewczyny muszą opanować jakąś ogromną ilość działań, które daleko wykraczają poza to, co możemy obejrzeć: śliczne zdjęcia na blogu. Dla mnie nie do ogarnięcia jest myśl, że na fanpejdżu dziesiątki tysięcy osób śledzi to, co robię. Wydaje mi się, że to jest ogromna presja, żeby utrzymać zainteresowanie sobą, bo owo zainteresowanie przekłada się na statystyki, a te – na konkretne współprace, a w efekcie na pieniądze na koncie. Takiego bloga chyba nie da się wyłączyć na dwa tygodnie i wyjechać na wakacje do głuszy, napisać „kochani, bawcie się dobrze, milknę na dwa tygodnie, pa”. Żadnych zdjęć, żadnych wpisów na fejsie, nic, cisza.

Zastanawia mnie wciąż jedna sprawa: a co, jeśli taka formuła prowadzenia bloga w postaci pokazywania własnych stylizacji, zaczyna męczyć? W końcu przygotowanie stroju, fotografowanie, obrabianie zdjęć – to zajmuje sporo czasu. A czy może przez kolejne lata sprawiać frajdę, czy to już tylko techniczne czynności, bo umowy, bo oczekiwania fanów, bo przyzwyczajenie, bo coraz trudniej czymś zaskoczyć, a bez elementu nowości zaczynamy się cofać i … nudzić? Czy kiedyś pojawia się ten moment, że ubrania – fajnie, ale znowu się stroić? Czy nie męczy ten przymus perfekcyjnego wyglądu? Jess myśli o własnym portalu w rodzaju style.com, Julia mówi o fotografowaniu, a Tamara o pisaniu o modzie. Bardzo jestem ciekawa, co najbliższe lata przyniosą blogerkom (i blogerom też), choć jakiekolwiek przewidywanie przyszłości to pisanie patykiem na wodzie. Myślę, że będzie coraz więcej blogów, które może nie będą cieszyły się masową popularnością, ale będą mocno sprofilowane pod kątem określonej grupy odbiorców. Autorzy i autorki takich blogów będą współpracować niekoniecznie z największymi światowymi markami, ale z firmami, które promują określony styl i nie dadzą swojego produktu tam, gdzie nadrzędną przynętą jest możliwość trafienia do ogromnej ilości odbiorców (bo a nuż komuś nasz produkt się spodoba), ale tam, gdzie zobaczą podobieństwo wartości wyznawanych przez markę i blogerkę/blogera. Bo będzie zależało im na trafieniu do określonych osób, a nie do kogokolwiek, byle sprzedać. Nie znaczy to, że bardzo popularne blogi znikną, absolutnie nie, bo raz wprawiona w ruch maszyna nie przestanie ot tak się kręcić. Ale przyszłość będzie ciekawsza dla małych blogów. 

W kategorii „prowadzenie bloga” ciągnie się też za mną kwestia: co to znaczy, że ktoś jest wpływowym blogerem lub blogerką? I z której strony ugryźć w satysfakcjonujący mnie sposób mniej lub bardziej nadmuchany temat blogerzy kontra dziennikarze? Bo jak na razie mam jedną prostą konkluzję: na interesujący mnie temat może pisać Cekinowy Paznokietek, byle z sensem. Czy zrobi to w necie, czy w papierze osobiście mi to wisi. Jakieś inne sugestie?

Podczas panelu padło pytanie o to, skąd taka popularność blogerek. Jessica stwierdziła, że to z braku innych autorytetów, ale moim zdaniem odpowiedź jest inna. Ludzie kochają historie, w których taka zwykła dziewczyna z sąsiedztwa odnosi sukces. Ktoś kogo znali, zanim jeszcze stał się sławny, na ich oczach staje się gwiazdą. A jako „polubowicze” możemy w tym niejako uczestniczyć, bo też do tego sukcesu się przyczyniliśmy lubiąc, komentując czy dzieląc się informacjami. Mit „od pucybuta do milionera” okazuje się możliwy do zrealizowania i bliski, to już nie obraz z amerykańskiego filmu, to się naprawdę dzieje.

Pojawia się w tym wszystkim jeden wielki znak zapytania: gdzie znaleźć miejsce dla siebie (czyli dla mnie)? Włożyć więcej sił i czasu w bloga, czy przekierować moce na inne obszary, też z modą związane, ale skierowane do dużo węższego grona odbiorców? Trochę mnie to dręczy, ale miejmy nadzieję, że to tylko objaw jesiennej nostalgii.

I wychodzi jednak na to, że nawet z panelu, który uznałam za nie wnoszący niczego nowego do mojego sposobu patrzenia na obraz stworzony można conieco wycisnąć. Rażący przykład braku konsekwencji.

Wracając do ogólnej oceny tegorocznego AFF: uważam, że taka formuła spotkań i wykładów otwartych dla szerokiej publiczności jest czymś jedynym i niepowtarzalnym na polskim gruncie. Ten rok może nie dał mi aż tyle jak zeszłoroczna edycja, ale raz jest lepiej, raz gorzej, takie życie.

Zachwyty i wątpliwości przedstawione, pozostaje zamknąć wpis na dziś.

P.S. O swoich wrażeniach z AFF pisze także Kayka Sadowska na blogu jaka ja kayka (KLIK). Zajrzyjcie, bo warto poznań i inne opinie.

  • Oliwia Kijo

    Jadąc na panel również oczekiwałam konfrontacji pomiędzy dwiema stronami blogowania. Niestety większość pytań dotyczyła zarabiania na blogu i pojawiania się na portalach (plotkarskich również), więc walka o mikrofon z mojej strony nie miała sensu, bo najzwyczajniej w świecie te pytania mnie nie dotyczyły.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No więc właśnie. (Nie)powodzenie panelu to w dużej mierze rezultat postawionych pytań. Poza tym, jakieś szczególne parcie na mikrofon chyba nie leży w Twojej naturze? ;) Ale jestem ciekawa, czy jest może takie pytanie dotyczące prowadzenia bloga, na które chciałabyś odpowiedzieć, a którego nigdy Ci nie zadano?

      • Oliwia Kijo

        Jeśli jest ciekawy temat, który mnie dotyczy, to mogę mówić godzinami. Uwielbiam dyskusje, a na panelu nie było na to miejsca w harmonogramie. Pewnie, wiele pytań nigdy nie padło i pewnie już tak zostanie. Niestety zawsze najciekawsze są te rozmowy, na których mówi się o pieniądzach.

    • Frenja Moja Moda

      Przyznam szczerze, odniosłam wrażenie, że razem z Harel momentami czujecie się nie na miejscu i nie dlatego, że nie powinno tam Was być, tylko dlatego, że rozmowa szła chwilami w dziwnym kierunku. Po reakcjach publiczności wnioskuję jednak, że pewne wątki były niestety dokładnie tym, czego publiczność chce :-/

  • Kayka Sadowska

    Dominiko, jeśli chodzi o Chińczyków i ich podejście do marek, to napisałam na ten temat co nieco u siebie. U nich nie istnieje coś takiego jak biuro patentowe, dlatego nie istnieje problem podrabiania. Chyba że osiągnie on dość wysoki poziom i skala się poszerzy- wtedy rząd się przyczepi, ponieważ jednostka nie będzie czerpać zysku z tego, co powinno należeć się wszystkim. Dlatego też inaczej trochę patrzę na projekt Shanzhai B.,ponieważ oni ‚ugryźli’ to w nietuzinkowy sposób i uczynili z tandety- sztukę. Kiczowatą, bo kiczowatą, ale jednak.

    Jeśli chodzi o Inditex, jest to typowa mowa PR-owa, niestety. Liczby robią wrażenie, inicjatywy również, ta z ludźmi z zespołem Downa to był strzał w 10., ale nie ukrywam, że irytował mnie jego sposób opowiadania i odpowiadania. Ale to może moje malkontenctwo i jękliwość się tutaj włączyły :-)

    I po trzecie, to w takim razie nie żałuję, że nie byłam w sobotę. Jedynie prezentacji Diany Murek, może tak. Ale całej reszty niespecjalnie. A na pewno nie panelu z blogerkami, które niestety, ale przypuszczam, że wiem co mogły powiedzieć (przykre to). Chyba, że Oliwia i Harel, je chętnie bym posłuchała, ale jak sama napisałaś, reszta nie dała im dojść do głosu.

    Pozdrawiam serdecznie!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      O, nie wiedziałam, że tak to wygląda w Chinach, ale to tym bardziej ciekawe jak zderzają się dwa systemy przekonań i naprawdę trudno powiedzieć, czy któryś z nich jest lepszy. Przy Shan Zhai zrobiłam chyba skrót myślowy: sam projekt uważam za bardzo ciekawy,tylko w części forma jego przedstawienia mi nie odpowiadała.

      Wiem, że pan z Inditexu robi PR, ale mnie to akurat nie znużyło. Rzadko mam szansę posłuchać takiego typowego „insider view”, a liczby mnie nie zniechęcają, stąd i moje zadowolenie z prezentacji. Wiadomo, że on siedzi i opowiada po to, żebyśmy poszli do sklepu Inditexu i kupili coś ku chwale ich przychodów, ale akurat jego forma nie była dla mnie wciskaniem kitu.

      Może te wystąpienia pojawią się online (w zeszłym roku tak było), więc może będzie szansa do nich wrócić.

      Ale przede wszystkim: dziękuję za przemiłe spotkanie. Bardzo mnie ucieszyło :) Mam nadzieję, że widzimy się w Warszawie na listopadowej konferencji.

      • Kayka Sadowska

        dziękuję! dopiero zauważyłam! :)))) pozdrawiam i do zobaczenia niedługo

  • http://www.modologiablog.pl/ modologia

    A faktycznie, masz rację – do Jesusa nie było pytań. Mnie się wydaje, że to mogło być spowodowane tym, że czas na prezentację minął. Ale może jest coś na rzeczy ;) A Jess można chyba tylko pozazdrościć siły przebicia i determinacji.

    • Ania Kruk

      Faktycznie nie było pytań od publiczności – ale za to chwilę tuz po prezentacji ustawiła się cała kolejka do Jesusa, i odpowiadał na pytania przez ponad pół godziny – aż trzeba było się przenieść na zewnątrz, żeby nie zakłócać przygotowań do kolejnej prezentacji.

      Wydaje mi sie, żę wynikało to raczej z tego, że ludzie wolą zadać swoje pytanie w kameralnej rozmowie, niż na forum :)

      • http://www.modologiablog.pl/ modologia

        Faktycznie tak było, wypadło mi to z pamięci. Masz rację, czasem łatwiej zadać pytanie osobiście, zwłaszcza jak wykład jest w obcym języku.

  • Kayka Sadowska

    a ja z ciekawości zapytam: jaką filozofię Tamara wyznaje? :) Bo słyszałam wiele o jej filozofiach i niestety ostatnio mało pozytywów się dopatruję, mimo że stylizacje ma bardzo udane i artystyczne, jak nikt.

  • http://www.modologiablog.pl/ modologia

    Spotkania z Hase żałuj, można mieć tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś pojawi się w Poznaniu. Dzięki za linka, zawsze chętnie czytam, co ktoś myśli o tych samych wydarzeniach :)