Versace. I wszystko pięknie. I konkurs.

30 października 2013

Trudno nie zwrócić uwagi na zerkającego z okładki pana w zielonym swetrze. Tak patrzy, patrzy i wiemy oboje, że chce zapytać „co Ty wiesz o modzie?”. A ja cóż, im więcej czytam, tym mniej wiem, co doprowadza mnie do rozpaczy. Więc jeszcze więcej czytam i … efekt wiadomy. Nie jest to jeszcze ten etap, żebym czytając książkę myślała „phi, to już wszystko znam”, a że historię mody we Włoszech odkrywamy przede wszystkim przez pojawiające się na rynku biografie, więc: do lektury!

IMG_0006

Wydawnictwo REBIS wydało we wrześniu biografię Gianniego Versace pióra Tony’ego di Corcia. Uporządkowanie biografii projektanta w sposób „od życia do śmierci” może wydawać się niektórym czytelnikom mało wymagające, ale patrząc pod kątem przedstawienia kolejnych etapów kariery Versace lektura jest bardzo przejrzysta. Od butiku mamy, przez pracę dla różnych marek po założenie własnego domu mody w 1978 roku. Jedno logicznie wynika z drugiego. Spora część kolekcji Gianniego jest krótko scharakteryzowana pod kątem tematów, które inspirowały ich twórcę. I – co istotne – często podany jest konkretny rok i sezon danej kolekcji. To miła odmiana po sformułowaniach czasem odnoszących się do twórczości różnorodnych osób projektujących ubrania w gatunku „w latach siedemdziesiątych pojawiła się kolekcja…” i szukaj wtedy wiatru w internecie.

To, co udało się autorowi pokazać, to ogrom pracy, którą projektant i współpracujące z nim osoby wkładały w przygotowanie kolekcji. Praca nad nową linią to nie było zajęcie od-do, to był temat, który projektant cały czas miał w głowie, a inspiracją mogło być absolutnie wszystko. Co równie ważne, a co szczególnie uderzyło mnie podczas lektury, że jakkolwiek Gianni był dożylnie i bez przerwy podłączony do myślenia o nowych projektach, to miał też swoją pasję, czyli starożytność. I bynajmniej znajomość tego okresu nie ograniczała się do obeznania w świecie antycznych bogów, ale interesowała go i literatura, i architektura, i sztuka. Dlaczego to ważne? Bo nie samymi ubraniami projektant żyje, a żeby tworzyć coś nowego, to nie można chyba w kółko wałkować tematu ciuchów w głowie, trzeba mieć coś, co potrafi zresetować wyobraźnię i daje łyk świeżego powietrza w tej projektanckiej harówce (ano właśnie, mnie się projektowanie ubrań jawi jako harówa).

Bardzo doceniam również szereg przypisów objaśniających czytających różnego rodzaju elementy dotyczące włoskich realiów, kultury czy historii. Nie każdy musi wiedzieć kim był Carlo Verdone, na czym polega dowcip ze słówkiem commenda czy powiedzenie Milano da bere. Aczkolwiek, jest też w tekście kilka słów w języku angielskim, które nie zostały przetłumaczone na język polski (np. first face czy conservative chic) i choć zazwyczaj mi to nie przeszkadza, to myśląc o tej książce w kategoriach prezentu gwiazdkowego dla osoby, która przechętnie czyta biografie, to zakładanie z góry, że „każdy” zna angielski jest nietrafione. Myśląc na przykład o cioci w wieku 60+, która w szkole miała rosyjski, nie chciałabym, żeby podczas lektury czuła, że nie rozumie do końca tekstu. Wśród docelowych obdarowanych lekturą widzę też osoby deklarujące „interesuję się modą”, ale to oczywistość.

Książka ma też wkładkę z czarno-białymi zdjęciami z życia prywatnego Gianniego, ale niewiele zdjęć jego projektów. Jeśli chodzi o wątek życia osobistego, to jest ono potraktowane dosyć oszczędnie. Czy jest to powodowane tym, że rodzinie Versace po zabójstwie projektanta nie było do końca po drodze z jego wieloletnim partnerem? I – jeśli pomyślimy o tym, że Santo Versace (brat Gianniego) jest przyjacielem autora – to na ile obraz projektanta przedstawiony w książce jest efektem decyzji brata o tym, czego ewentualnie nie chciałby zobaczyć w druku? To tylko luźne przypuszczenia, niemniej jednak po lekturze biografii Versace wydanej przez Wydawnictwo Górnośląskie, trudno nie zapytać: naprawdę życie Gianniego i jego rodziny to taki piękny obrazek, bez problemów, bez starć, bez kłótni? Ta książka to biografia projektanta, w której na pierwszy plan zostaje postawiona jego twórczość, a życie osobiste i rodzinne – owszem, jest, ale nie tak szczegółowo przedstawione. Niemniej, to jest bardzo ciekawe, móc zestawić ze sobą dwa różne sposoby podejścia do tego samego tematu: biografia Versace.

Osobiście życzyłabym sobie, że w książce zamiast rysunków Manueli Brambatii (długoletniej współpracownicy Gianniego) pojawiły się zdjęcia oryginalnych kreacji, bo ilustracje – jakkolwiek udane – to jednak interpretacja. Na pewno miłe jest takie uhonorowanie pani Brambatti, ale niedosyt zdjęć pozostaje. Po prostu muszę sobie nabyć jakiś album i przestać marudzić.

Na błędy, jakie pojawiły się w tekście, zwrócił już uwagę w swojej recenzji Piotr na blogu Muzealne Mody. Żeby nie powtarzać tego samego – KLIK. Mając taką erratę, można spokojnie zasiąść do lektury. Patrząc jednak na wpis Piotra nie mogę opędzić się od myśli, że warto byłoby przed wydaniem kolejnej projektanckiej biografii zatrudnić kogoś, kto potrafi wyłapywać takie detale, bo zna się na historii mody – bo to nie jest zadanie tłumacza. Po co potem blogery mają się czepiać?

Czytając tę recenzję przyszła mi do głowy jeszcze strasznie banalna myśl: czy to biografia, czy autobiografia, to  zawsze jest pewna kreacja danej osoby. Można się zżymać, ale trudno komuś zabronić, że akurat taką wizję wydarzeń chce przedstawić. Dlatego też trzeba jak najwięcej czytać (no ba), żeby nauczyć się samodzielnie oceniać różne dzieła (to jest motywujące zdanie pisane z myślą o sobie samej, nie trzeba brać tego do siebie – ale można). Szczęśliwie na naszym rynku wydawniczym drgnęło i mam nadzieję, że klęska urodzaju potrwa długo. A biografię Versace czyta się nadzwyczaj przyjemnie. I może taka właśnie była idea autora: żeby ładnie wydaną, ładnie opisaną historię podarować czytelnikom? Żeby spędzić przyjemnie dwa-trzy popołudnia z ciekawą historią? Bo to się udało.

No i tu przechodzimy do najistotniejszej informacji, czyli: jedno z Was będzie mogło skonfrontować się z pracą pana di Corcia i za dni kilka zacząć wertować tę właśnie książkę. Mamy konkurs, proszę Państwa. A w konkursie pytanie, wymyślone w pocie czoła ku chwale Waszej kreatywności i mojej męki wyboru zwycięskiej odpowiedzi.

Właściwie to mało się znamy, Wy znacie bardziej mnie niż ja Was i dlatego chciałabym pociągnąć Was za język w dzisiejszym konkursie. Pytanie dotyczy Waszych wspomnień. Proszę Was o opowiedzenie historyjki, która jest związana z jakąś szczególnie ważną dla Was częścią garderoby. Dlaczego owa rzecz była (lub jest nadal) dla Was taka ważna, dlaczego zapisała się w Waszych wspomnieniach? Czy wciąż ją macie, czy ruszyła we własną drogę?

Zasady konkursu:

1. Należy odpowiedzieć na pytanie z paragrafu powyżej.

2. W konkursie biorą udział wyłącznie odpowiedzi zamieszczone pod tym wpisem na blogu. W konkursie nie biorą udziału odpowiedzi umieszczone na fejsbuku.

3. Konkurs trwa do niedzieli 3.11. do 23.59. Ogłoszenie wyników nastąpi w poniedziałek, w godzinach popołudniowych. Zwycięska odpowiedź będzie tylko jedna. Zwycięską odpowiedź wybieram ja i tylko ja, żadne tam lajki znajomych. Osoba, która wygra książkę zostanie poproszona o podanie adresu, na który z pomocą Poczty Polskiej wyślę nagrodę.

4. W konkursie nie mogą brać blogerki i blogerzy, których mam wśród znajomych prywatnie. Choć żadna siła nie broni im udzielenia odpowiedzi na konkursowe pytanie i dzielenia się swoimi historiami.

5. Aby wziąć udział w konkursie nie trzeba lubić fanpage’a modologii ani fanpage’a wydawnictwa: jeśli jesteś tu właśnie pierwszy raz i Twoja odpowiedź zagwarantuje Ci wygraną i interesuje Cię tylko książka – ok. Osobiście nie znoszę konkursów, w których najpierw trzeba coś „polubić” żeby móc coś wygrać, więc skoro jesteśmy w mojej piaskownicy to ja rozdzielam grabki i wiaderka. A poza tym, naprawdę są ciekawsze rzeczy do roboty niż sprawdzanie czy konkursowicze to fejsbukowi polubowicze.

6. Uprasza się o niewklejanie linków do innych stron do swoich odpowiedzi: odpowiedź ma obronić się sama.

Jasne? Czas start.

* * *

Dziękuję Wydawnictwu REBIS za przesłanie dwóch egzemplarzy książki.

Strona wydawnictwa (KLIK), fanpage (KLIK).

  • Małgorzata Mitura

    Lubię, jak coś jest uniwersalne (tj w moim odczuciu pasuje do wszystkiego) i wygodne. Pamiętam, że będąc młodsza zawsze się buntowałam i do galowego stroju zakładałam sportowe buty, bo wprost nienawidziłam balerinek. Zresztą byłam taką trochę chłopczycą (może nadal jestem? niby lubię sukienki i buty na obcasie, ale jednak to nie to samo co Reeboki i krótkie spodenki, ah), więc jak w takich ładnych bucikach miałabym grać w piłkę?
    Dlatego tą najistotniejszą dla mnie częścią garderoby są wygodne, sportowe buty. Wcześniej były to trampki, a teraz, od prawie pół roku – Reeboki Classic. Co prawda kupowałam je z myślą o letniej garderobie, dlatego są białe, ale przymierzam się też do czarnych, bo wychodzę z założenia, że jeśli coś jest dobre, to po co szukać czegoś innego? Ostatnio byłam wolontariuszem na Fashion Weeku i wzięłam ze sobą tylko sztyblety. Przez cztery dni byłam skazana tylko na nie i przeklinając się w duchu uciekałam wspomnieniami do pozostawionego w domu wybawienia. I mimo, że kocham buty na obcasie, to nic, zupełnie nic nie zastąpi adidasów.
    Chyba do ślubu pójdę w sportowych butach.

  • cammelie

    Moja historia jest kompletnie niepoważna, z wątkiem remontowo – budowlanym w tle. Za to idealnie wpasowuje się w postawione przez Autorkę pytanie :-) Dawno, dawno temu, mając lat dwadzieścia kilka, w czasach kiedy nie zaczęto jeszcze kopać fundamentów pod centra handlowe, a coś takiego jak blogosfera było treścią książek fantastycznych, dnia pewnego udałam się na zakupy. Nie, nie po spódniczkę, butki i inne takie. Z dość sporym zapasem gotówki wybrałam się po wannę. Miałam fajną pracę, całkiem dobre zarobki i marzyła mi się łazienka jak z żurnala, na której nie chciałam oszczędzać. Tak jakoś wyszło, że do centrum łazienek ruszyłam przez miasto. Do dzisiaj za bardzo nie wiem co ja tam robiłam, bo średnio to było po drodze. W każdym razie dobrnęłam, a raczej z impetem wpadłam, do salonu Deni Cler. I co pierwsze rzuciło mi się w oczy ? Cudny, klasyczny trencz. Był idealny. Kolor, fason, długość. Mierzę. Myślę. Boże, chrzanić wannę. Będę się kąpać w starej łazience po wsze czasy, ale TEN płaszcz muszę mieć. Kupiłam. Zapłaciłam. Nawet mi ręka nie zadrżała. Uczucie po wyjściu ze sklepu ? Bezcenne. To był jeden z tych dni kiedy czujesz się kobietą nie na 100, ale na 200%. Boskie. Warte każdych pieniędzy. Jakie były dalsze losy mojego trencza ? Nosiłam go dotąd aż uznałam, że czas na nowe. To był piękny klasyk i długo wisiał w mojej szafie. I zawsze kiedy słyszę Aerosmith z ich „you wear nothing underneath that overcoat” przypomina mi się ten płaszcz. Taka prosta, a taka ekscytująca część garderoby.
    Serdecznie Cię pozdrawiam :-) I zazdroszczę doktoratu z tak fantastycznego tematu. Ja moje nudy z ekonomii odpuściłam, serca do nich nie miałam.

  • Anka

    Ja tak trochę w klimacie dzisiejszego dnia. Mam w swojej szafie wiele ubrań, akcesoriów, butów, torebek i dodatków, ale wśród nich jest jedna absolutnie wyjątkowa rzecz – zegarek. Nie jest to jakiś wypasiony Rolex, a zwykły, męski czasomierz z białą tarczą i brązowym paskiem. Należał do postaci w moim życiu absolutnie wyjątkowej – Dziadka, który zmarł pięć lat temu. Babcia dała mi ten zegarek klika dni po pogrzebie i od tego czasu nosiłam go bez przerwy. Dawał mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Któregoś dnia stwierdziłam, że to zupełnie bez sensu, bo w ten sposób szybko zniszczę swoją pamiątkę. Byłam też na siebie wściekła, gdy przestawiłam na nim godzinę podczas zmiany czasu. Teraz ten zegarek znajduje się w szkatułce wraz z innymi. Noszę go sporadycznie, ale nie na jakieś specjalne okazje. Po prostu wtedy, gdy jest mi jakoś źle lub gdy czuję taką potrzebę. To zdecydowanie najcenniejsza rzecz, jaką posiadam.

  • Patrycja

    Całkiem zabawne, że zaledwie dwa dni temu przydarzyło mi się coś, o czym mogę wspomnieć, udzielając dziś odpowiedzi na Twoje pytanie.
    Otóż ostatnio, porządkując wielką szufladę z rajstopami i paskami, znalazłam czarne, miękkie zawiniątko. Nie mając najmniejszego pojęcia co to może być, z wielką ciekawością zaczęłam odwijać. Stopniowo moim oczom ukazywał się delikatny, cieniutki, prześwitujący materiał. Po chwili w rękach trzymałam wyjściowe, koronkowe rękawiczki. Na twarz wpłynął uśmiech, a w głowie pojawiły się piękne wspomnienia.
    Ten niezwykły element garderoby trafił do mnie gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Moja mama zakupiła je dla mnie w sklepiku ze starociami i ubraniami vintage, z myślą o moim zamiłowaniu do przebieranek. Pamiętam to uczucie, kiedy ubrałam je po raz pierwszy – wyobrażałam sobie, że wcześniej należały do eleganckiej damy, która zakładała je na specjalne okazje do swoich okazałych kreacji. Jako że byłam mała, rękawiczki były lekko za duże i sięgały łokci, jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Nosiłam je z dumą i czułam się wyjątkowo, jak królewna. Nie potrzebne mi były suknie, ani biżuteria wysadzana sztucznymi cyrkoniami ;).
    Z czasem, dorastając, zapomniałam o nich. Teraz cieszę się, że mimo upływu wielu lat, nadal są ze mną. I co prawda nie jestem księżniczką, ale mając taką wspaniałą pamiątkę czuję się wyjątkowo :)

    A rękawiczki… Kto wie, może jeszcze kiedyś je wykorzystam…;)

    Pozdrawiam!

  • Anna P

    Niewątpliwie najbardziej sentymentalną częścią garderoby jest moja sukienka ze Studniówki. Pamiętam, że wybierałam ją z moją Mamą i Babcią. Długo szukałam tej jedynej, aż wreszcie weszłyśmy do sklepu na najpopularniejszej ulicy w Gdyni (ul. Świętojańska) do sklepu Kokai. Przymierzyłam czarną długą sukienkę przyozdobioną na dolę kokardkami i nie zapomnę do dziś jak Mama zobaczyła cenę-650 zł. Natomiast wtedy Babcia poinformowała nas, że to ona funduje mi tą kreację. Szczęście na twarzy moje nie było mniejsze od radości mojej mamy, że nie musi wyciągać portfela.
    Sukienkę mam do dziś i co roku ją przymierzam by powróciły mi wspomnienia sprzed 10 lat kiedy to miałam Bal Studniówkowy, a także wspominam Moją Najkochańszą Babcie, która w tym roku odeszła- 2 tygodnie przed narodzinami mojej córki Antosi. Bardzo na nią czekała, gdyż ja byłam jej jedyną wnuczką i czekała na swoją jedyną prawnuczkę (prawnuka jej dałam 5 lat temu :)).
    Ta sukienka będzie ze mną zawsze jest to dla mnie bardzo ważna i ubierając ją czuję się w niej wyjątkowo i widzę wtedy radość Mojej Babci, która była szczęśliwa, że ja jestem.

    Pozdrawiam!!

  • Karolina

    Czytając inne komentarze, czuję że oryginalna nie będę ;)
    Też będzie o babci!
    Siedząc w pociągu błądzę w internecie i nadrabiam zaległości w czytaniu m. in. blogów.
    Skoro termin konkursu mija dziś, napiszę o tym, co mam na sobie.
    A mam na sobie bardzo ważną rzecz!
    Nie pamiętam jak weszła w moje posiadanie i to jest jej cecha wyjątkowa. Zwykle pamiętam momenty, w których coś z szafy mojej babci trafiało w moje ręce (torebki, fartuchy, biżuteria, liiis itp.).
    Tym razem nie pamiętam. Poza tym wielokrotnie chciałam się tego pozbyć, ale zawsze „coś” mnie powstrzymywało. I całe szczęście.
    Jest to czarna bluzka z kołnierzykiem bebe, bez rękawów (ale krój jest taki, że zakrywa ramiona) i zapinana z przodu na guziki. Materiał, z którego jest wykonana jest najbardziej dziwny z jakim miałam kiedykolwiek do czynienia! (niby sztuczny i plastikowy, ale miły dla ciała…) Dzięki temu jednak jego czerń pozostała tak głęboka, że bluzka wygląda jakby była wyprodukowana wczoraj. Zdradzają ją guziki – są brązowe i niezwykle zwykłe. Każdy przyszyty inną nitką. Jedyne wyjaśnienie widzę w ingerencji babci, która wszystko przetwarzała na swoje potrzeby. To ona uczyła mnie szyć. Widocznie oryginalne guziki nie były dla niej wygodne. Poza tym, w długość bluzki też musiała ingerować, ponieważ nitka nie wygląda na oryginalną ;)

    I najważniejsza cecha – dekolt jest koronkowy. Półkole pod kołnierzykiem jest wypełnione czarną koronką, przez którą każda, nawet niedoskonała i nie najmłodsza skóra będzie wyglądała elegancko. A kto w tej bluzce wyglądał najbardziej elegancko i pięknie? Oczywiście, że moja babcia, bo na pewno nie ja siedząca w Warsie z powodu braku miejsc w pociągu…

    Wracając do powodu wyboru – dziś cieszę się, że jednak nigdy nie pozbyłam się tej bluzki. Przetrwała, aż do niej dorosłam.

  • weronika

    Moja historia wiąże się ze swetrem, a dokładniej pierwszym zrobionym przez moją mamę, kiedy nosiła mnie jeszcze w brzuchu. Po ciąży oczywiście został on wyniesiony na poddasze, bo oversizowe ubrania wg mojej mamy nie były fajne, a dodatkowo zajmowały miejsce w szafie.. Po kilku latach, a dokładniej w gimnazjum jak to dziewczyna nie miałam się w co ubrać, więc postanowiłam wybrać się w miejsce skarbów czyli strych i znalazłam owy sweter. Radość niesamowita, więc postanowiłam włożyć go do szkoły, aby wszystkim pochwalić się moim unikatowym wdziankiem, które budziło zachwyt. Jak każde ubranie po pewnym czasie nudzi się, więc oddałam je znajomemu, a dalej sweter powędrował w świat. Ostatnio zaczęło mi go brakować w związku z tym odezwałam się do owego kumpla w sprawie zwrotu. Niestety nie miał pojęcia, kto teraz może go mieć. Jakimś cudem ostatnio szukając na allegro rzeczy „hipsterskich” znalazłam moją zgubę za bezcen bez wahania postanowiłam zlicytować go za taką cenę, której nikt nie chciałby dać za kawałek swędzącego materiału. I w ten oto sposób moje cacko ponownie znajduje się znowu we właściwych rękach, a wniosek dla mnie taki, że rzeczy sentymentalnych szczególnie tych dziedziczonych przez pokolenia nie powinno wyrzucać się.

  • Malwina Wójcik

    W mojej szafie wiele jest rzeczy ważnych i wyjątkowych, głównie tych odziedziczonych po mamie i babci. Niesamowite jest to, że sukienki i żakiety szyte niegdyś na ich wymiar, dziś pasują na mnie idealnie. Jeśli jednak miałabym wybrać jeden element garderoby, z którym wiążą się wyjątkowo przyjemne wspomnienia, to o dziwo nie byłaby to żadna z tych perełek vintage, ale moje przebranie ze szkolnego balu karnawałowego – suknia królewny. Pamiętam, jak na moim pierwszym w podstawówce balu uparłam się na kostium Disneyowskiej Śnieżki. Byłam z niego niesamowicie zadowolona do momentu, gdy okazało się, że na sali bawi się z pięć dziewczynek wyglądających identycznie jak ja. Mam gdzieś nawet pamiątkowe zdjęcie grupowe (moja mina jest wprost bezcenna). Rok później poprzysięgłam sobie uniknąć podobnej wpadki i znaleźć przebranie, jakiego absolutnie nikt nie będzie miał. Mama miała ze mną istny krzyż pański – obeszłyśmy ze 3 centra handlowe, ale nic nie było wystarczająco oryginalne. Aż wreszcie w jakimś małym, prywatnym sklepie trafiłyśmy na przecudną sukienkę księżniczki – rozkloszowaną, z połyskującego, brzoskwiniowego materiału podszytego tiulem, z zieloną baskinką i bufkami, ozdobioną wzorami ze złotego brokatu. Od razu mi się spodobała, ale nie wybrałabym jej gdyby nie metka z opisem – to nie była jakaś tam sukienka księżniczki jakich wiele – to kostium królowej Bony! Bardziej oryginalnie już chyba być nie mogło. Po powrocie do domu z opasłego tomiska encyklopedii (ach, te piękne czasy bez Internetu) przeczytałam całą biografię Bony, którą dumnie opowiadałam potem wszystkim kolegom. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości co do przebrania na wszelki wypadek pojawiłam się na balu z koszykiem włoszczyzny. Nauczyciele chwalili walory edukacyjne mojego kostiumu, a ja byłam z niego niesamowicie dumna. Sama suknia podobała mi się na tyle, że czasem wkładałam ją jeszcze dla przyjemności w domu, na przykład podczas zabawy. A że dzieci w tym wieku niestety szybko rosną, przy którejś próbie przebrania suknia po prostu się rozpruła. Długi czas leżała zapomniana w szafie, aż w liceum odkopałam ją i postanowiłam użyć do szycia kostiumów do szkolnego przedstawienia – „Świętoszka”. Falbany i brokatowa tkanina odpowiednio naszyta na zwężony w talii stary, maminy płaszcz stworzyła justacorps Walerego. Można więc powiedzieć, że suknia w pewien sposób zyskała nowe życie, zachowując przy tym pierwotną funkcję kostiumu. A ja sama na 18 urodziny sprawiłam sobie brzoskwiniową, tiulową spódnicę od Fanfaronady – odrobinę doroślejszą wersję mojej ukochanej sukienki księżniczki.

  • Agnieszka

    Najważniejszą dla mnie rzeczą jest najzwyklejsza i najprostsza mała czarna.
    Czemu akurat tak banalna część garderoby? Pasuje do wszystkiego i na każdą okazję – jest elegancka i kobieca, a w towarzystwie odpowiednich dodatków rockowa, casualowa, dziewczęca i zabawna. Przeszła ze mną wiele: studniówkę, urodziny, uroczystości rodzinne, sylwestrową zabawę, pogrzeb, koncert, egzaminy, romantyczną kolację i spacery po parku. Wisi w szafie od bardzo dawna, nawet nie pamiętam kiedy ją kupiłam ale na pewno posiadam ją już dobre 7 lat, Mam ogromny sentyment do tej sukienki – za te wszystkie chwile, które mogłam z nią przeżyć. Uwielbiam na nią patrzeć i wspominać. Mimo tak wielu przygód nadal jest w idealnym stanie i mam nadzieję, że przeżyjemy wspólnie jeszcze długie lata (o ile nie przytyję…).
    Niezwykła zwykła mała czarna.