Jak działa moda?

9 listopada 2013

Ha! Odpowiedź na to pytanie to kamień filozoficzny branży odzieżowej i temat rozmyślań kolejnych pokoleń myślicieli i badaczek. Odkryć mechanizmy mody to jak znaleźć świętego Graala. I to chyba przyświecało autorowi książki How Fashion Works (2009). No więc mamy w rękach ową pigułkę wiedzy, łykamy i co się dzieje?

IMG_0001

Ja to przede wszystkim strasznie długo trawiłam. Rzadko zdarza mi się brnąć przez książkę z jakże przecież fascynującego mnie tematu mody przez kilka miesięcy. A tę właśnie lekturę cedziłam jak krople syropu, w dodatku niekoniecznie smacznego. Spis treści wyglądał obiecująco: rozdziały o couture, ready-to-wear, masowej produkcji odzieży, krawiectwie, dodatkach, projektantach, dystrybucji i marketingu, uff… i to wszystko na niecałych dwustu stronach. Gratka, co nie?

Ale jakoś mi to nie szło. Zanim jakiś temat się rozkręcił, to zdążył się skończyć. Nie ma też co ukrywać, że im więcej książek – pisząc brzydko – przerabiam, to wymagania co do strony estetycznej rosną. W tej: tylko czarno białe ilustracje i reprodukcje zdjęć. W wielu przypadkach autor, Gavin Waddell, umieszcza własne ilustracje strojów znanych z historii mody, jak chociażby umieszczony na okładce strój safari z kolekcji wiosna/lato Yves Saint Laurent’a z 1968 roku. To jest jego projekt, ale przepuszczony przez dłoń pana Waddella – no to po prostu nie jest to samo. Do tego, żeby książek o ubiorach nie ilustrować samodzielnie, bo rysunek najczęściej odbiega od oryginału, doszli już historycy ubioru wiele dekad temu, ale autor nie wziął sobie tego szczególnie do serca.

Czytając i pisząc Wam o kolejnych książkach mam też jedną ciężką zagwozdkę: czy jeśli w tekście pojawi się tłusty błąd merytoryczny, to z miejsca dyskredytuje całość? Bo powiedzmy sobie wprost: osób, które znają się równocześnie na francuskim haute couture, amerykańskich projektantach i projektantkach z okresu po II wojnie światowej, tradycji męskiego brytyjskiego krawiectwa oraz współczesnym marketingu jest raczej niewiele. Rozumiem, że każdy może się potknąć, bywa. Piję do tego, że chciałabym mieć zaufanie do osoby piszącej, że wie co pisze, a ja nie wiem i chcę się dowiedzieć – i to dowiedzieć się dobrze. A w tej książce straszny babol się pojawił w punkcie o „antwerpskiej szóstce”(*): raz, że autor wlicza do niej Martina Margielę, dwa – pisze o „antwerpskiej szóstce” po czym wymienia osób pięć (z Margielą włącznie) i trzy – do owej szóstki zalicza Josephusa Thimistera, który naprawdę nie mam pojęcia jak i kiedy do szóstki owej dołączył (poza wyobraźnią autora). I co? Czy to dyskredytuje całą książkę? Bo na przykład nie wiem zbyt wiele o amerykańskich projektantach, a po takim byku z Antwerpią w tle, mam ufać w resztę?

Dla mnie jedyną przydatną rzeczą w tej książce jest kilka ostatnich stron, na których znalazłam parę adresów stron poświęconych modzie we Włoszech oraz słowniczek pojęć. Słowniczek jest może w wielu punktach mocno łopatologiczny, bo wyjaśnia czytającym także takie słowa jak „kolekcja”, „kupcy” czy „dystrybucja”, ale znalazło się i kilka pojęć związanych zwłaszcza z przemysłem odzieżowym („przemysł modowy” nie chce mi przejść przez klawiaturę), które autor w sposób zwięzły objaśnia, więc to mój zdecydowany zysk z lektury.

Nie potrafię sobie odpowiedzieć, do kogo właściwie ta książka jest skierowana: do osób zupełnie początkujących w temacie, które chcą liznąć wszystkiego po trochu? Do tych, którzy chcą mieć główne problemy zebrane w jednym miejscu? Do szukających odpowiedzi na tytułowe pytanie, na które książka ma być odpowiedzią? Zwykle uważam, że warto czytać wszystko, ale mnie ta akurat lektura porządnie znużyła. Ale bóg (**) mody czuwa nade mną i nie kupiłam tej książki posiłkując się zasobami własnego portfela, ale skorzystałam z hojności biblioteki, bo jak na dzisiejszą cenę tej książki na amazonie – koło 30 funtów – to naprawdę tę kwotę można zainwestować dużo lepiej.

Czyli: niekoniecznie trzeba przeczytać, chyba, że ktoś chce skonfrontować się z moją opinią.

(*) Antwerpska szóstka to: Walter Van Beirendonck, Dirk Bikkembergs, Marina Yee, Dirk Van Saene, Ann Demeulemeester oraz Dries Van Noten. Informacje ze strony (KLIK).

(**) A w sumie to dlaczego z góry założyłam, że „bóg mody”? A może to jednak bogini jest?

P.S. Czy nie mam obaw, że jak tak po raz kolejny wyciągam jakieś błędy z cudzego tekstu, to potem znajdzie się grono chętnych, co to mi moje w pocie czoła wypracowane, wiekopomne dzieło pod skromną nazwą pracy doktorskiej skrupulatnie przejrzy i dokładnie wypunktuje wszystkie nieścisłości? Ejże, mieć takich dociekliwych recenzentów za darmo toż to przecież czysty zysk dla mojej pracy – od razu się dowiem, gdzie za bardzo uznałam, że „wszystko jasne”, gdzie może data nie ta i literówka w nazwisku, no i najważniejsze: że przecinki szaleją. Dla mnie to potencjalny czysty zysk :) Także ten, nie, nie mam obaw.