Jak inwestować w kreacje?

28 listopada 2013

Na słowo „wintydż” reaguję dosyć żywiołowo, szczególnie o odniesieniu do biżuterii, bo chyba nie ma co ukrywać, że mam na tym punkcie lekkiego hopla. W kwestiach odzieżowych już trochę mniej, ale często gęsto starocie budzą moje emocje, ba, czasem nawet pożądliwość, i to w stopniu większym niż kreacje współczesne. Może to już syndrom „kiedyś wszystko było lepsze”? Mam nadzieję, że nie (i że nigdy do tego nie dojdzie).

Niemniej, książka z „vintage” i „couture” w tytule plus żakiet Muglera na okładce plus obniżka ceny o prawie połowę wyłączyły tę część mózgu, która każe pytać „czy na pewno jest mi potrzebna ta książka?” i tak oto książka Kerry Taylor Vintage Fashion and Couture. From Poiret to McQueen przybyła do mnie pewnego listopadowego dnia.

Autorka książki okazała się być jedną z najbardziej znanych kolekcjonerek ubrań vintage w Stanach Zjednoczonych, specjalistką w zakresie handlu kreacjami couture. Jeśli we wstępie do książki znajduje się kilka słów uznania od samego Huberta de Givenchy, to najwyraźniej ta pani wie, co robi. A wie? Zdecydowanie tak. Z jednej strony przedstawia dekadę po dekadzie najważniejsze zjawiska w modzie XX wieku, do każdej dobierając jedną kobietę-ikonę charakterystyczną dla danego okresu. Wiem, można się trochę zżymać na takie siekanie XX wieku na dekady, bo jako żywo zmiany w modzie nie zachodzą w noc sylwestrową dokładnie co dziesięć lat. Jednak autorka wykorzystuje te krótkie opisy do pokazania najważniejszych twórców i dominujących stylów, a na ich tle pokazuje stroje ze swojej kolekcji. I to jest największa wartość tej książki: zdjęcia strojów, które niekoniecznie są tymi, które od razu kojarzymy z danym projektantem i rocznikiem.

IMG_0003

Przede wszystkim jednak jest to książka dla osób, które interesują się zbieraniem takich rzeczy, czy to dla celów tworzenia własnej kolekcji, czy to w przypadku zajmowania się sprzedażą rzeczy vintage. Autorka wskazuje na przykład, że sukienka mondrianowska od Yves Saint Laurent’a istniała w wersji z wełny i z jedwabiu. Ta druga jest dużo bardziej cenna, bo jedwabnych modeli było wyprodukowanych mniej, i jest to jedna z najbardziej pożądanych kreacji na świecie. Na aukcjach może osiągnąć kwotę 20 000 – 30 000 funtów. Także wiecie już, w co zainwestować oszczędności.

Dużą rolę odgrywają też opisy i zdjęcia metek, które różnie wyglądały w różnych okresach funkcjonowania poszczególnych domów mody. Ostatnia część książki natomiast to krótki, a treściwy poradnik, dotyczący tego, jak przechowywać owe bezcenne części odzienia i na co zwracać uwagę przy kupnie: na szwy, plamy, dziury po molach, miejsce i sposób wszycia metki, a także na … podróbki. Okazuje się bowiem, że można spotkać na rynku rzeczy z oryginalną metką, ale uszyte współcześnie, aczkolwiek w stuprocentowej zgodzie z oryginalnym projektem. Jednak oryginał często jest tak zużyty, że nie nadaje się do sprzedaży. Istnieją też wciąż osoby, które świetnie znają techniki szycia haute couture. Dodajmy jeden do jednego i mamy „kreację identyczną z oryginalną”. Człowiek nie może być już pewien nawet tego, czy jego Dior to Dior w całości, czy tak naprawdę zapłacił tylko za metką. I dramat gotowy.

Na marginesie chcę jeszcze podzielić się z Wami informacją, na którą natknęłam się po raz pierwszy: kolekcja jesień/zima 2007/2008 Alexandra McQueena była zatytułowana In memory of Elizabeth Howe, Salem 1692. Wiedzieliście, że owa Elizabeth to przodkini projektanta, która została spalona w Salem, bo była podejrzana o bycie czarownicą? Bo ja nie wiedziałam, a tu taka historia. A suknia zainspirowana tą historią cudnej urody z dodatkowym dreszczykiem na plecach.

Jeśli chcecie zajrzeć do środka tej książki, można to zrobić na stronie Amazona (KLIK). Przyznaję, że to ilustracje skusiły mnie do kupna. I choć historia mody jest tu potraktowana mocno skrótowo, to informacje o rynku handlu kreacjami vintage są ciekawe i nie natknęłam się na nie w żadnej innej książce. A teraz mam nadzieję, że kiedyś uda mi się z nich skorzystać.

  • Nana

    To jest absolutnie nie fair! Kiedy kupię już jakąś książkę i w zanadrzu mam do kupienia jeszcze jedną, (a wiadomo, ceny czasami przewyższają wartość), to mówię sobie dość! Jeszcze tylko ta jedna i koniec. Teraz tak naprawdę mam dylemat czy prosić na mikołajki o „100 Lat mody” czy o album „Savage Beauty” no i w takim momencie wyskakuje mi taka perełka! No wściec się idzie.
    Czy dobrze zrozumiałam, że ta książka to tak naprawdę przekrój historii mody? Piszę to w kontekście zdania, że przedstawiono w niej kobietę – ikonę dla każdego okresu.
    Co do Salem to słyszałam o tym. Mam też inną ciekawostkę, może akurat znaną. McQueen w swojej dyplomowej kolekcji inspirowanej Kubą Rozpruwaczem w jednym z projektów użył swoich własnych włosów. Ale jeśli chodzi o Alexandra wcale mnie to nie dziwi. On miał całą masę szalonych pomysłów.

    Ach to vitage. Kiedyś w Londynie natknęłam się na sklep z prawdziwymi kreacjami vintage od projektantów. Do dziś pluję sobie w brodę, że nic nie kupiłam. Przepiękna spódnica od Diora do dziś nie daje mi spokoju…

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Tak, ubocznym celem bloga jest pokazanie, że życie nie jest sprawiedliwe ;)

      Książka ma niezbyt wiele informacji z historii mody, chyba więcej ma „100 lat mody”. Te historyczne strony to naprawdę pobieżny obraz epoki, przynajmniej dla mnie, ale to też nie jest książka o historii mody samej w sobie. Gdybym miała do wyboru te trzy pozycje, to chyba zdecydowałabym się na „Savage Beauty”. O tych włosach też obiło mi się o uszy, chyba z dokumentu o McQueenie. Przyznaję, pomysły miał co najmniej niebanalne.

      Też mam taki niedokonany zakup: sukienka od YSL w maksymalnie krzykliwych kolorach z lat 80-tych bodajże. Do tej pory pluję sobie w brodę, że się nie szarpnęłam, bo nieskromnie stwierdzę, że wyglądałam w niej powalająco ;)

  • Irena

    Piszesz wspaniale teksty, ale pozwol, ze zwroce uwage na jedna kwestie, ktora bardzo mnie razi. Otoz nie rozumiem zupelnie, skad w Polsce pomysl niektorych piszacych, aby „spolszczac” angielskie slowa. Uwazam, ze jest jak najbardziej w porzadku uzywanie w polskim tekscie slow angielskich, jesli nie ma dla nich dobrego polskiego odpowiednika (typu vintage, must-have, It-bag itd). Wiec kiedy widze w tekscie slowo „wintydz” zamiast „vintage” to az sie wzdrygam z lekkim obrzydzeniem (przeciez to wyglada okropnie w tekscie pisanym) i kompletnie odechciewa mi sie dalej czytac. Wiekszosc (jesli nie wszyscy) Twoich czytelnikow rozumie jezyk angielski, wiec doskonale wiedza nie tylko, co oznacza slowo vintage, ale rowniez, jak to slowo prawidlowo wymowic (ewentualnie mozna napisac „vintage (wym. wintydz”).

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      I dlatego też „wintydż” jest tylko na raz w tekście, na samym początku, a potem już posługuję się „vintage”. Najwyraźniej nie wyszła mi do końca mała zabawa słowem. Dzięki za uwagi, wezmę sobie do serca. Przyznaję też, że pozwalam sobie czasem na dowolność – część wyrazów spolszczam, inne nie – bo też sprawdzam, jak to działa, i dla mnie w pisaniu, i dla Czytających. Trochę podchodzę do słów jak do ciasta: ugniatam i patrzę, co daje się ulepić i co potem z tych prób wyrośnie. Miło mi, że pomimo zatrważającego słowa w pierwszym paragrafie dotarłaś jednak do końca tekstu :)