Słowa dwa o historii mody, Chanel i guście

7 lutego 2014

Trwa nieustanne poszukiwanie książki z kategorii „historia mody”, którą można polecić i tym, którzy zaczynają swoje poszukiwania, i tym, którzy już coś wiedzą, ale nie chcieliby znowu czytać tego samego. Poszukiwania proste nie są, a trafiam – no cóż, różnie. Tym razem trafiłam lepiej, żeby nie powiedzieć, że naprawdę dobrze.

IMG_0005

Jeśli macie na zbyciu 14,44 funta – jak właśnie podglądam na amazonie – to warto zakupić książkę Bonnie English A cultural history of fashion in the 20th century. Autorka nie funduje nam przeglądu poprzez kolejne dekady z gatunku „lata dwudzieste, lata trzydzieste … lata siedemdziesiąte”, ale patrzy na XX wiek przez pryzmat głównych problemów związanych z przemianami w modzie i przemyśle odzieżowym w minionym stuleciu.

Zaczynamy od Charlesa Fredericka Wortha, patrzymy jak na rozwój haute couture wpłynęło wprowadzenie maszyn do szycia oraz flirt między podejściem komercyjnym a zacięciem artystycznym niektórych twórców ubiorów. Mamy m.in. rozdział o wpływie modernizmu na projektowanie ubiorów, osobno został poruszony temat projektantek i projektantów amerykańskich, jest i o konceptualnej modzie japońskiej oraz o globalizacji przemysłu odzieżowego. W tle trochę historii, czasem autorka przywołuje teoretyków mody, podaje ważne dla poszczególnych epok filmy. Nie można się znudzić, nie można zarzucić powierzchowności, powiedziałabym, że w sam raz. Bardzo zgrabne mniej więcej 150 stron.

Minusem są czarno-białe zdjęcia, bo jak tu cieszyć oko przebogatą kreacją Chanel w odcieniach szaro-czarnych? Niemniej esencjonalne, ale nie encyklopedyczne podanie historii mody rekompensuje ten niedostatek, bo w końcu odkryliśmy już jakiś czas temu wynalazek wyszukiwarki internetowej.

Mam starszą wersję tej książki z 2007 roku, ale widzę, że w 2013 pojawiła się nowa, zaktualizowana wersja, więc warto w nią celować. Patrząc na to, o jakie tematy została poszerzona książka zastanawiam się, czy aby jej nie nabyć.

Dla tych, którzy wierzą (w) Chanel, chciałabym przytoczyć pewien cytat. Otóż projektantka twierdziła, że „moda to nie jest coś dla jednej osoby, czy nawet grupy; jeśli moda nie jest popularna wśród olbrzymiej liczby osób, to nie jest moda”. Innymi słowy, jeśli ktoś projektuje ubrania kierowane do garstki osób, albo realizuje indywidualne projekty, to taka osoba nie tworzy mody. Na pewno możemy wtedy mówić o krawiectwie miarowym, o tworzeniu autorskich pomysłów, ale o modzie – nie. Moda zakłada dużą popularność jakiegoś zjawiska, jeśli trzy osoby założą różowe gacie w żółte grochy to z modą nie ma to nic wspólnego. Owszem, zostaje pytanie o to, gdzie kończy się wspomniana przez Chanel „grupa” a zaczyna „”olbrzymia ilość osób”, gdzie jest ta krytyczna granica, od której możemy mówić o modzie właśnie. I to pytanie czasem spędza mi sen z powiek, ale póki co satysfakcjonującej odpowiedzi brak. Niemniej spostrzeżenie Chanel uważam za trafione i w pełni się z nim zgadzam.

I drugi ciekawy punkt zaczepienia wyciągnięty z książki, to pytanie „Czy zły gust to zła rzecz?”. Tak zatytułowany artykuł pojawił się w jednym z numerów Vogue’a z 1971 roku. Naturalną koleją rzeczy od razu pomyślałam o tych stronach czy fanpejdżach, które wyciągają różnego rodzaju „wpadki” ubraniowe ku uciesze gawiedzi i podkarmieniu Schadenfreude naszych bliźnich. Ale: i co z tego, że ktoś zakłada rzecz o dwa numery za małą albo przysłowiowe białe kozaki? Kto decyduje o tym, co jest w guście „dobrym”, a co w „złym”? Czy te kategorie wciąż obowiązują? Czy w ogóle potrzebujemy takich rozgraniczeń? Dyskusję uważam za otwartą.

Naturalnie punktów zaczepienia w książce znalazłoby się więcej, ale akurat te dwa mnie tknęły. Raz jeszcze: książkę zdecydowanie polecam. I otwieram kolejną.

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ kelly

    Wrzucam na listę do kupienia.
    A kwestie gustu, no cóż – uważam, że lepiej byłoby, gdyby nadal obowiązywała zasada „o gustach się nie dyskutuje”. W tej chorej satysfakcji dokopania drugiemu człowiekowi (bo kiedy przegląda się komentarze internautów, tylko tak można to określić) najbardziej śmieszy mnie to, że często najgłośniej krzyczą ci, którzy mówią o sobie, jako o kreatywnych, otwartych i „fashion” (no bo przecież nie związanych z modą… „moda” brzmi za mało fashion) osobach.

    • http://modologiablog.pl modologia

      Ejże, jakbyśmy przestały rozmawiać o gustach, to byłoby nudno ;) Ale widzę, w czym rzecz. Mnie jakoś nie potrafi nakręcić żaden news z gatunku „jak ona mogła coś takiego założyć”, ale rozumiem, że i na to jest potrzeba. Choć może gdyby nie pojawiały się tego typu opinie różnorodnych wyroczni, to może byłoby ciut mniej żółci w narodzie.

      Moją starą wersję mogę Ci kiedyś pożyczyć, ale gdybyś kiedyś nabyła jednak to najnowsze wydanie, to chętnie zajrzę w dodane rozdziały.