Zmargielizowana

13 lutego 2014

Dawno, dawno temu wahałam się między zakupem albumu z pracami Margieli i Avedona. Wiedziona mądrością głosów z fejsbuka zdecydowałam się na Margielę. Nie wiem, jak potoczyłyby się losy wpisu, bloga i moje, gdyby padło na Avedona, ale moi drodzy doradcy i doradczynie od Margieli: mieliście świętą rację, to był świetny zakup.

Przede wszystkim, to jest rewelacyjna książka dla wszystkich, którzy lubią trochę poćwiczyć wyobraźnię. Dlaczego niby Martin Margiela nie pokazuje nigdy twarzy, a w materiałach prasowych Maison Martin Margiela zawsze informacje pojawiały się w formie „my” w odniesieniu do osób tworzących kolekcję. Gdzie się podziewało ego projektanta? Najwyraźniej można odnieść sukces nie wklejając swojej twarzy we wszelkiej maści gazetkach czy portalach i najwyraźniej klientela potrafi docenić takie zachowanie. Nie trzeba być wszędzie, gdzie wypadać bywa, nie trzeba zajmować się wszystkim i mieć zdanie na każdy z możliwych tematów. Wystarczy być konsekwentnym i mieć wizję swojej roboty. I ją wykonać. Tylko tyle i aż tyle. W książce znajduje się świetne zdjęcie z mikrofonami w rękach dziennikarzy wyciągniętymi w stronę sukienki – niezła alegoria zachowania Margieli, który unikał stania w świetle reflektorów pozwalając, by treść jego przekazu należała do jego kreacji.

IMG_0001

Ten album uruchamia wyobraźnię nawet jeśli niekoniecznie widzicie siebie w roli osoby projektującej ubrania. Efektowne pomysły niekoniecznie są związane z olbrzymim nakładem finansowym, jak chociażby przemalowanie starych kowbojek, martensów czy trampek białą farbą. Wychodzi wtedy na pierwszy plan interesująca faktura buta, szwy, niedbałe maźnięcia farbą, a końcowy efekt trudno będzie przeoczyć. Na pewno jest to siła bieli, która choć często kojarzona z niewinnością i czystością ma też – według mnie – olbrzymi potencjał ekstrawagancji i rzucania się w oczy. Takie przemalowane obuwie pojawiło się w pierwszej kolekcji Margieli zaprojektowanej dla mężczyzn w sezonie wiosna-lato 1999. Choć może tylko w aurze skojarzeń z MMM ma taki biały obuw nieodpartą aurę czegoś wyjątkowego, a w wersji zrób-to-sam to po prostu kiczowaty produkt mało udanej twórczości własnej (czy raczej własnego kopiowania)?

Ze współpracy Maison Martin Margiela z H&M pamiętacie pewnie kurtkę-kołderkę, która zyskała chyba tyle samo zwolenników, co przeciwników? Oryginalny projekt pochodził z kolekcji jesień-zima 1999. W albumie  znajduje się fantastyczny przedruk z 2000 roku z The New York Times, na stronach którego znany Wam Bill Cunningham umieścił zdjęcia osób ustrzelonych aparatem na ulicach Nowego Jorku w takich właśnie kurtkach. Pan Cunningham zwrócił jednak uwagę i na to, że nie jest to taki zupełnie nowy pomysł, bo idea kurtki-kołdry pojawiła się już trzy dekady wcześniej, gdy pewien Antonio (określony mianem fashion artist, czego nie chcę tłumaczyć jako „artysta mody” czy „modowy artysta”, bo mi się coś w środku przewraca) naszkicował projekt właśnie takich płaszczy-śpiworów jako alternatywy dla futrzanych płaszczy. A grzebiąc jeszcze głębiej, idei tego okrycia można szukać w pomysłach amerykańskiego projektanta Charlesa Jamesa. Przedruki różnych artykułów na temat kolekcji Margieli to jedna z największych zalet tej książki, bo zebranie samodzielnie takiego materiału wymagałaby mnóstwa sił i środków, a tutaj proszę, wszystko mamy podane na tacy.

Kilka stron dalej możemy zobaczyć zdjęcie modelki z wybiegu, której bluzka to nic innego jak stara reklamówka. Jeśli rozetniecie reklamówkę wzdłuż dna (taką reklamówkę z uszami po bokach, jak np. z Tesco) to w mniej niż minutę zbliżycie się do pomysłu Margieli. Stawiam dobre wino faszioniście czy faszionistce, którzy pokażą się w takim tworze publicznie i przekonają swoich odbiorców, że tak się właśnie nawiązuje do pomysłu Margieli. Choć i tu znowu nie jest to jakaś nowość. Raz, że pomysł jest z kolekcji z 1990 roku, a dwa, Bonnie English (autorka książki z poprzedniego wpisu) przywołuje postać Johna Lydona z Sex Pistols, który to w połowie lat siedemdziesiątych minionego stulecia stworzył dla siebie bluzkę z worka na śmieci. Zainteresowanym podaję, że bluzce owej towarzyszyły podarte spodnie. Estetyka zaproponowana przez Lydona też nie wzięła się znikąd, bo najwyraźniej Johna zainspirowały worki ze śmieciami zalegające na ulicach Londynu na skutek strajków panujących w połowie lat siedemdziesiątych. Trudno w stu procentach pociągnąć prostą linię od Lydona do Margieli, niemniej urodzony w 1957 roku projektant zetknął się najprawdopodobniej z punkiem w czasach jego największej świetności, więc pozwoliłam sobie na takie połączenie tych dwóch pomysłów.

Zatrzymałam się też przez dłuższą chwilę przy kurtce stworzonej z blond peruk. Pisałam kiedyś o biżuterii z włosów (wpis jest podlinkowany pod tekstem) i każdorazowo na widok wykorzystania tego materiału w postaci innej niż peruka wciąż miesza się we mnie ocena „to jest obrzydliwe” oraz „to jest perwersyjne”. I przy tym wszystkim zawsze przypomina mi się wizyta w Oświęcimiu, gdzie w jednej z gablot leżały ścięte włosy ludzi zamordowanych w obozie. Uwolnienie się od tego obrazu jest dla mnie niemożliwe i bardzo ciekawiłoby mnie, czy twórcy i twórczynie odzieży lub ozdób z włosów kiedyś mieli okazję tam zawitać. Każdy oglądany obraz, a w tym przypadku kreację konkretnego projektantka, filtruję przez własne doświadczenie i wspomnienia, co daje efekt w postaci subiektywnej opinii. A od tych włochatych pomysłów na ozdobienie (?) naszego ciała zawsze lekko przechodzą mnie ciarki.

Margiela to jednak nie tylko gejzer pomysłów na nowe wykorzystywanie starych rzeczy, kreatywnych zaproszeń, miejsc pokazów i sposobów prezentowania kolekcji, ale także wnikliwy obserwator przemysłu odzieżowego. Bo czym jest pokazanie zgrabniutkiej Chloe Sevigny wręcz topiącej się w sukience czy trenczu w rozmiarze 74? Przecież po świecie nie chodzą tylko modelki w rozmiarze „0″, co z tymi, którzy dalece od niego obiegają? Jaką ofertę mają dla nich osoby projektujące ubrania? Jakąkolwiek? Pomysł wydawałoby się banalny, ale widok Chloe w za dużych kreacjach jasno wskazuje na wszystkich nieobecnych w produkcji „mody”, bo zbyt dużych żeby zasłużyć na miejsce w wyobraźni bogów, boginek i chmary elfów rozdających swoje wdzięczne odzieżowe pomysły tylko niektórym, tylko tym … szczupłym.

I tak strona po stronie mnożą się pytania, odkrycia i zaskoczenia. Że można w taki właśnie sposób podejść do zawodu projektanta. Cóż, ja po lekturze zostałam zdecydowanie zmargielizowana. Moje serce rzadko drga na widok jakiegoś ciucha tylko dlatego, że ma on jakąś tam metkę. Ale Margiela uwodzi umiejętnie, inteligentnie i z gracją. Trudno nie ulec.

  • kara

    Ja pamiętam kolekcje MMM dla Topshopu, zwłaszcza ta ostatnia, gdzie każdy projekt balansował na pograniczu kiczu, poczuciu humoru i dystansu zarazem zapadła mi w pamięć. Margiela to wizjoner kochający stawiać klientom wyzwania, on swoją modą niemal zaczepia. Jednak cenię sobie też Avedona i chyba przy takim dylemacie, jak Ty miałaś samej też ciężko byłoby mi się zdecydować
    pozdrawiam