Démodé

14 kwietnia 2014

Są takie modowe tematy, które powodują u mnie mentalną wysypkę. Symptomy dokładnie te same jak po wchłonięciu skandalicznej ilości pierwszych w sezonie truskawek. Ale na truskawki się uodparniam, a na moje podium najbardziej nieświeżych tematów (bo ile razy można odgrzewać to samo???) trafiły takie oto trzy zawsze-wywołujące-dyskusję problemy.

Po pierwsze, ulewa mi się na wieść o kolejnej „wojnie między dziennikarzami a blogerami”, w której to ci pierwsi piszą o tym, jak beznadziejni są ci drudzy, jak niedouczeni, nastawieni na szybki zysk, komercję i promowanie siebie, a nie krytyczne, analityczne i głębokie refleksje na temat każdego spotkanego w swoim życiu ciucha. Może pewną świeżość w tym zakresie przyniósłby tekst jakiegoś modowego blogera lub blogerki piszących o skandalicznie niskim poziomie dziennikarstwa (a co, jak wrzucać wszystkich do jednego wora, to razem i hurtem, kto by tam patrzył, że i wśród reprezentantów dziennikarstwa zdarzają się i perły, i plastiki), ale po pierwsze, trudno mi uwierzyć, żeby faktycznie wniosło to coś nowego poza pozorną zmianą perspektywy, a po drugie, blogosfera ma ciekawsze rzeczy do roboty niż odpieranie takich zarzutów. Jak nie stać Cię przedstawicielu czy przedstawicielko dziennikarstwa (za definicję którego byłabym niezmiernie wdzięczna) na poruszenie faktycznie kontrowersyjnego tematu, uderz w blogi modowe, tępotę blogerów i upadek słowa pisanego. Masz gwarantowaną klikalność oraz w gratisie tytuł krytycznego oka na modę, bezcenne.

Miejsce drugie, też z gatunku crème de la crème, zajmują te niezwykle nurtujące wielkie umysły pytania: jak ubierają się Polacy/Polki? Czy mamy polski styl i polską modę?

Czy mamy się wstydzić, czy może są powody do dumy? Mamy piętnować pana w skarpetach i w sandałach i panią w białych kozaczkach? Czy może jesteśmy już ubrani „jak w Europie”? Skąd to marzenie o znalezieniu świętego Graala naszego narodowego stylu? Dlaczego poszukiwanie owej „polskości” w stroju naszych rodaczek i rodaków (ale też w twórczości osób projektujących ubrania) wraca jak bumerang w różnych wywiadach?

Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdybyśmy faktycznie znaleźli taki wspólny mianownik? I co wtedy? Załóżmy, że mamy – my, nosicielki i nosiciele ubrań zaprojektowanych oczywiście przez „polskich” projektantów i projektantki – ów wspólny dla wszystkich rys. No i co? Szczęśliwi jesteśmy, że mamy wspólny nam wszystkim gen odzieżowy? I co dalej? Rozpoznajemy się po nim zagranicą, odczuwamy większe poczucie wspólnoty, naszości i przynależności, w końcu mamy „nasz polski styl”? Ale… po co nam to? A jeśli – aż strach zapytać – ów polski gen odzieżowy nie istnieje? Wiem! Wtedy już tylko można się położyć do trumny i kazać sobie przybić wieko, o!

No i skromne trzecie miejsce, temat najbardziej odgrzewany, ale nie ma łatwiejszego celu niż szafiarka. Ładna szafiarka. Ładna szafiarka popełniająca gafę. Ładna szafiarka popełniająca gafę, ale i tak zarabiająca na tym, że potrafi się ładnie ubrać. Albo i nie potrafi, bo cóż prostszego niż skrytykować stylizację – a na to czyhają tabuny chętnych. Dlaczego to wciąż budzi aż takie emocje? Poza oczywistym faktem jakże wyszukanej Schadenfreude, bo mam nieodparte wrażenie, że wytykanie błędów w cudzym ubiorze w naszym jakże skłonnym do szybkiej oceny modowym grajdole może co najwyżej wzmocnić postawę „po co się wychylać, bo a nuż mnie wyśmieją?”, a nie zachęcić do większej kreatywności w ubiorze (co – jak pewnie wiecie – jest jakąś niesamowitą wartością w życiu, bo jak tu dobrze myśleć o człowieku, co chodzi źle ubrany?).

Chcielibyście na któryś z tych tematów przeczytać kolejny artykuł? Ja kończę na tytule*.

20140218_174424

Na zdjęciu: metka z jednego sklepów w Berlinie przyczepiona do torebki. Lepiej bym tego nie ujęła.

* Ale nie jestem konsekwentna, bo o szafiarkach na pewno można napisać coś, czego jeszcze nie było. Poczekamy, przeczytamy. Jestem pełna nadziei.

A już najgorsze są takie wpisy, które narzekają, ale nie mówią jak zmienić to, co kogoś drażni. Zawsze mnie to wzdryga. Ale wiecie co, takie wpisy łatwo się pisze. Bosz, jakie to łatwe.

P.S. To gdzie w takim razie ratunek i światełko w tunelu? Tam, gdzie zwykle: w książkach.

  • http://aleoczym.blogspot.com/ Nana

    Mnie ogólnie dziwi ten cały bum na szafiarki. Co ciekawego jest w tym, że dziewczyna się ubrała? Ja też się codziennie ubieram (choć nie stylizuję) i nikt nie nazywa mnie specem od mody, nie jestem zapraszana na eventy, ludzie nie podbiegają do mnie po autografy.
    Ale co do tego całego narzekania – nie wiem, czy kiedyś się tego wyzbędziemy. Tak bardzo patrzymy na zachód, tak bardzo chcemy mu dorównać. Chcemy jeździć tymi samymi samochodami, zarabiać dużo pieniędzy, mieć wysoki standard życia, ale nie potrafimy zacząć od najprostszych zachowań jakimi są życzliwość, uprzejmość, kultura osobista i uśmiech.
    Czasami gdy mówię ludziom, że interesuję się modą słyszę pytanie: „a co sądzisz o sposobie w jaki ubierają się Polacy”? I z grzeczności nie odpowiadam „zazwyczaj ubierają to co mają w szafach”. To nasz kompleks. Chcemy w każdej dziedzinie być najlepsi, wyróżniać się w jakiś sposób, więc czemu nie przez ubrania? Mieć jakiś konkretny, sprecyzowany styl, który wyróżni nas na tle innych i pokaże, że wcale nie jesteśmy zależni od innych krajów, że jesteśmy wyjątkowi.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Pozwolę sobie zauważyć, że być może różnica polega na tym, że nie pokazujesz się na blogu? ;)

      Co do kompleksów wobec zachodu, to uważam, że jest dużo lepiej niż 10 lat temu. Czasem myślę, że owa uprzejmość, luz, życzliwość też – po części – związane są ze standardem życia. Jak nie trzeba zasuwać od rana do wieczora żeby związać koniec z końcem, to chyba łatwiej o życzliwość wobec świata.

      A Twoją ripostę na pytanie o styl Polaków powinna sobie gdzieś zapisać – jest świetna :)

      • cammelie.com

        Wczoraj trafiłam w tv na brytyjski reportaż „Cudowne fashionistki” o niesamowitych Paniach w okolicach 80-tki i więcej, które w najzupełniej fantastyczny sposób żyją, myślą, tworzą i kreują. Gdzieś tam wcześniej niektóre z nich kojarzyłam, ale usłyszeć je i zobaczyć … bezcenne. To tak a propos naszego grajdołka i uwagi „za granico lepiej”. Chyba jednak lepiej. I zgadzam się w pełnej rozciągłości, że standard życia wpływa na standard zachowań. Od tego nie uciekniesz – najpierw potrzeby niższego rzędu, dopiero potem te wyższe. Czysta ekonomia.

        PS A tak poza tym to dobry temat dla socjologa. Na doktorat ;-)

        • http://modologiablog.pl modologia

          A można to gdzieś obejrzeć online? Bo uwielbiam takie panie, jak dorosnę, to taka właśnie będę ;) A temat zostawię… na habilitację (o ile mnie szlag nie trafi przy doktoracie).

  • Harel

    Jak widać, odgrzewać to samo można tak długo, jak długo czytelnicy będą klikać w temat. Gdy lat temu sto (albo pięć ;)) Michał Zaczyński napisał pierwszy bodajże krytyczny tekst na temat szafiarek, rumor podniósł się chyba tylko w naszym towarzystwie (piszę „naszym”, bo chyba wtedy jeszcze miałam szafiarskiego bloga). Tekst był – o zgrozo – w dziewięćdziesięciu procentach słuszny i zmuszał do refleksji. Oczywiście też wkurzał, wiadomo. Zwłaszcza bohaterki artykułu. Po nim nastąpił wysyp tekstów podobnych, coraz bardziej zgryźliwych, złośliwych, personalnych. Publika podchwyciła, bo przecież zgodnie z naszą polską maksymą „Nic tak nie cieszy jak cudze nieszczęście”. No więc jeśli ktoś na kimś psy wiesza, trzeba koniecznie napawać się widokiem. To odnośnie durnych tekstów „Szafiarka X zrobiła głupotę Y”.

    Walka dziennikarzy z blogerami to chory wymysł – zastanawiam się tylko, czy blogerów, czy dziennikarzy ;). A wrzucajmy się do jednego worka, proszę bardzo. Tak jak ja muszę świecić oczami za wszystkie „blogerki modowe”, tak poważany dziennikarz ma odpowiadać za pudelkowe bzdury swoich kolegów po fachu?
    Wg mnie ta walka odbywa się na przestrzeni personalnej. Ktoś kiedyś najwyraźniej podpadł pani Sozzani (bo chyba ona pierwsza wycelowała armatą w blogerów), więc postanowiła na wszelki wypadek użyć liczby mnogiej. Co do krytyki dziennikarzy, zarówno Tobiasz Kujawa, jak i wspomniany Michał Zaczyński pozwalają sobie od czasu do czasu na słuszne skądinąd uwagi. Ale tak jak piszesz, nam, blogerom, szkoda czasu na teksty z cyklu „Dziennikarze są durni, a blogerzy fantastyczni”, bo w kolejce czeka mnóstwo atrakcyjniejszych (choć może mniej „klikalnych”) tematów.

    Niestety gdzie ferment, tam czytelnik. Co najwyżej można powściągnąć swoją ciekawość i nie klikać, tylko wrócić do pisania (gotowania, czytania, spaceru z psem itp.). Bo ferment nie jest przecież po to, by go zdusić. Wręcz przeciwnie, niech rozsadza naczynie, póki ma siłę.

    Mój mały wkład w zmiany: staram się wcielać własną poradę z akapitu powyżej we własne spokojne życie :).

  • http://www.efektyuboczne.blogspot.com/ kelly

    Blogerzy i dziennikarze – moj ulubiony temat! Chociaż odwracając kota ogonem, chciałabym zobaczyć minę blogerów, którzy nazywają się dziennikarzami…kiedy czytają prawo prasowe ;) Do super tematów dorzucam: dlaczego to takie drogie, dlaczego nic się nie dzieje i „za granico jest lepiej”.