Niegrzeczny Yves

30 czerwca 2014

Po biografiach Prady i Versace, Wydawnictwo Dolnośląskie wydało książkę o Yves Saint Laurent napisaną przez Marie-Dominique Lelievre. Biografia tejże autorki poświecona projektantowi, który często opisywany jest jako największy geniusz XX wieku w zakresie projektowania ubiorów, ma jednak charakter daleki od dorzucania własnego kamyczka do tworzenia mitologii YSL. Jest to, co autorka zaznacza już na początku, jej własny „dziennik podróży”, w którą wybiera się, aby odkryć to, czego jeszcze na temat YSL nie powiedziano.
YSL

Podtytuł „Niegrzeczny chłopiec” jest więc jak najbardziej na miejscu, ponieważ skupia się nie tyle na nieokiełznanej kreatywności projektanta, ale w dużej mierze na tym, jakim był szefem, współpracownikiem, przyjacielem i partnerem. A ten obraz może już tak nie zachwycać, jak pierwsza kolekcja zaprojektowana po śmierci Diora czy spektakularna kolekcja rosyjska z 1976 roku.

Z jednej strony mamy zatem życie zawodowe, z drugiej YSL jako zwykły zjadacz chleba (no dobrze, może z przewagą luksusowej diety). Yves, który przeżywa depresję, jest wiecznie nieszczęśliwy, rani swoich bliskich, szuka mniej lub bardziej przypadkowych kochanków, jest uzależniony od narkotyków i alkoholu, ma problem z zaakceptowaniem swojego homoseksualizmu i jest absolutnie nieporadny życiowo. Ikona? Inspiracja? Bożyszcze?

Początkowo ta książka nie obudziła mojego szczególnego zachwytu, zachwycam się zresztą rzadko i chyba jednak nie w zachwycie rzecz. Pytanie, co daje nam tak opowiedziana historia? I czy w ogóle coś nam daje? Z jednej strony, nie każdemu musi odpowiadać konwencja pisania książki przez pryzmat własnych wspomnień, tego napomykania „byłam”, „widziałam”, „pamiętam”. Z drugiej, każdy ma prawo do opowiedzenia swojej historii i autorka z tego właśnie korzysta. Mimo wszystko udaje jej się nie zdominować snutej opowieści swoją osobą, choć jest w niej bardzo widoczna. Przedstawia jednak także, z kim udało jej się porozmawiać, a z kim nie. Szczególnie ten drugi przypadek jest ciekawy, gdy osoba pamiętająca YSL odmawia rozmowy na jego temat, bo … Pierre Berge zabronił. Podobnie jak w przypadku filmu (KLIK), który gości jeszcze na ekranach polskich kin, jasno widać, że historia YSL nie istnieje bez historii jego żyjącego nadal partnera. I to on sprawuje teraz władzę nad tym, kto, co i jak może opowiedzieć o minionej przeszłości. Pierre Berge wychodzi w końcu z cienia, w którym żył przez dekady i pokazuje, że nie tylko był sprawnym przedsiębiorcą od liczenia pieniędzy – to dzięki niemu i jego decyzjom, nie tylko finansowym, YSL miał szansę zaistnieć i istnieć.

A skoro o filmie mowa: książka Marie-Dominique Lelievre jest dobrym wyjaśnieniem tego, dlaczego ów film kończy się na pokazaniu kolekcji rosyjskiej. A przecież kolekcje powstawały nadal, dlaczego więc akurat ta kończy film? Bo potem rozpoczął się początek końca świetności YSL, był obecny na rynku, ale jego czas minął. Już w pierwszym akapicie książki autorka pisze, że epoka YSL trwała około dziesięciu lat. Jeśli spojrzymy na jego karierę, trudno odmówić trafności temu spostrzeżeniu: 1966 rok – sukienka mondrianowska, 1976 – kolekcja rosyjska. Autorka – nie chcąc zapewne zostać posądzona o nadmierną demitologizację obrazu YSL – przywołuje nawet słowa Jean’a Cocteau, który stwierdził, że YSL „ulepszał to, co kradł”. Bardzo ciężka artyleria, jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o YSL w kategoriach innowatora.

Jak to się zatem stało, że YSL tak mocno zdominował naszą wyobraźnię? Sami sobie to zawdzięczamy, naszym wyobrażeniom o jego nieskończonym geniuszu pobudzanym przez kolorowe artykuły, które przecież nie piszą o klęskach, niepowodzeniach i chwilach mniej wzniosłych. Tylko to, co inspirujące, kolorowe, nowe, świeże zasługuje na uwagę. I często to, co kontrowersyjne, a w tej przestrzeni akurat YSL też się wykazał – czego najlepszym chyba dowodem jest reklama jego perfum „Homme” w której został sfotografowany nago z flakonem perfum.

Podczas czytania nieco mnie irytowała maniera autorki wtrącania angielskich słów: „Dobrze jest mieć w pracy jakiś handicap” (s.13), „A happy few wchodzi kolejno (…)” (s.8), „(…) stała się ikoną bohemian chic” (s.88), „Była młoda i destroy, to go cieszyło” (s.120), „(…) co dzieje się na dance floor (…)” (s.122), „(…) męscy gogos-dancers tańczyli na stołach przed setkami podnieconych facetów” (s.123), czy „homoseksualne sextoy” (s.126). Być może autorce brakło francuskich słów czy wyrażeń, niemniej w wielu miejscach trochę drażni ta maniera. Zawsze pojawia się to samo pytanie, czy takie słowa należy, czy nie należy, tłumaczyć na język polski, czy jednak zostawić tak, jak w oryginale?

Mamy też w książce jedną dżender-pomyłkę, że tak się frywolnie wyrażę. Otóż, na stronie 163 mamy „zdjęcie Jerry’ego Halla”, a na stronie 164 jest „Jerry Hall, dziewczyna”. Panie i panowie, bez dwóch zdań opcja numer dwa jest prawidłowa: Jerry Hall jest kobietą.

Jednym ze zdań, które najbardziej uderzyło mnie w tej książce, było stwierdzenie, które pojawiło się w kontekście szalonego sprzedawania licencji na całą masę produktów marki YSL: „Na biednych daje się zarobić więcej niż na bogatych, bo biednych jest więcej”. W kontekście sukcesu sieciówek produkujących ubrania w Azji, nie najlepszej jakości, ale za to w przystępnej cenie, cóż… nic dodać, nic ująć.

Mamy też prztyczek wobec piszących o modzie i prostą ich klasyfikację: „Sympatyczny kronikarz mody: ten, który szerzy kult ikon, niegdyś zwany pochlebcą. Kronikarz sceptyczny: szkodliwy świętokradca, zwany też zołzą albo sukinsynem” (s.183). Autorce na pewno bliżej do zołzy, bo doceniając talent YSL i dając czytającym naprawdę mnóstwo punktów odniesienia do własnych poszukiwań, tła historycznego i zebranej literatury, bez oporów – mówiąc kolokwialnie – wali w twarz prosto z mostu.

Po kilku pierwszych paragrafach tej książki towarzyszyło mi uczucie znieciepliwienia, irytacji rzewnym tonem opisu pogrzebu projektanta i zaburzeniami chronologii. Teraz myślę sobie, że właśnie dlatego warto po tę książkę sięgnąć, żeby się wytrącić z samouwielbienia dla mody, albo – niech Karl ma nas w swojej opiece – dla „Mody” pisanej z wielkiej litery. Jeśli ktoś chce tylko ładnych rzeczy i historii ze szczęśliwym zakończeniem, to proszę sobie kupić album ze zdjęciami, a nie biografię. Biografia jest o życiu, w której twórczość odgrywa olbrzymią rolę, ale nie istnieje w próżni: bez otaczających nas związków z ludźmi. Biografia czy album? Wybór należy do Ciebie (choć najlepiej to mieć jedno i drugie).

Dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu za przesłany egzemplarz.

Strona Wydawnictwa (KLIK)

* * *

P.S. Zupełnie nie na temat, ale szkoda, żeby się zmarnowało. W książce pojawiło się takie sformułowanie: „nawalony jak pigwa”. Czym zasłużył sobie ten owoc na miejsce w porównaniu? Mocno mnie rozbawiło, wpisuję do słownika.

  • http://modaklaudii.blogspot.com/ Klaudia

    Świetny artykuł, być może skuszę się na tę biografię ;) Mam do Ciebie pytanie, czy mogłabyś mi polecić książkę, która pomoże poznać mi historię mody? Zastanawiam się nad „100 lat mody”, myślisz, że to dobry wybór?

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Hej Klaudia, na blogu jest wpis o tej książce. Historii jest tam kilka stron, ale jeśli przeczytasz wszystkie podpisy pod zdjęciami (których jest dużo….), to zawsze jest dobry punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. To fajna książka, więc kupuj śmiało.

      • http://modaklaudii.blogspot.com/ Klaudia

        A co myślisz o „Historii mody” Francois Boucher? Która książka będzie lepsza?

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Trudno porównywać te książki, „100 lat mody” to tylko XX wiek, Boucher jest dużo bardziej obszerny. Na zachętę i na początek myślę, że „100 lat mody” jest przyjemniejsze, ale historii jest malutko. Boucher z kolei może przytłoczyć ilością informacji, jeśli to jedna z pierwszych książek, które czytasz.

  • Kamil

    Po przeczytaniu książki doszedłem do wniosku, że autorka mogła oszczędzić sobie pewnych szczegółów jak np. cockring Pierre’a czy ustne uciechy pod paryskimi mostami. Dla mnie to było lekkie czytadło, które nie wniosło niczego nowego oprócz narkomanii Chanel i „straciło moc” po rozdziale o kolekcji rosyjskiej.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No cóż, zasadniczo największym wyróżnikiem tej książki jest właśnie opis życia osobistego – co bowiem innego nowego mogła autorka wymyślić? Mnożyć się mogą tylko czyjeś wspomnienia, nie kiecki czy kolekcje. Książka traci moc po kolekcji rosyjskiej, bo YSL od tego momentu też traci moc. Aczkolwiek pytanie, czy babranie się w czymś życiu osobistym daje jakąś wartość pozostaje otwarte. Mnie ta książka przydała się z powodu podanych w niej filmów i piosenek, które też składają się na obraz epoki, a które nie wszystkie są mi znane.