Elegancja Francja po łódzku

28 lipca 2014

Po zeszłorocznej poznańskiej wystawie poświęconej francuskiemu haute couture zastanawiałam się, jaką historię tym razem opowie nam Piotr Szaradowski zebranymi kreacjami. W przypadku łódzkiej wystawy Piotr jest odpowiedzialny właśnie za sposób opowiedzenia historii (czyli scenariusz i dobór obiektów), natomiast kuratorką wystawy jest Aleksandra Trella z Centralnego Muzeum Włókiennictwa.

20140708_120334

Łódzka wystawa nie jest kopią poznańskiej, jest dużo rzeczy, których nie mieliśmy okazji obejrzeć w Poznaniu. Wśród nich zaraz przy wejściu możemy przykleić się do gablotki z podręcznikiem z 1947 roku tłumaczącym zawiłości technik szycia kreacji haute couture i niezmiernie żałuję, że nie można było zajrzeć do środka. Chociaż gdyby tak każda osoba zwiedzająca chciałaby zaspokoić swoją potrzebę bezpośredniego obcowania z papierem to ów podręcznik właśnie dożyłby swoich dni. Myślę jednak, że dla osób zajmujących się szyciem wyobraźnia rozpala się do białości na samą myśl, że takie książki nadal istnieją i można z nich skorzystać.

Moim zdaniem jednym z najciekawszych obiektów jest czarna sukienka z pracowni Rolande z 1920 roku, ozdobiona… małpim włosiem. Tak właśnie, z sukienki zwisa coś na kształt czarnowłosych kucyków. Jakkolwiek już to samo w sobie jest interesujące patrząc od strony pytania, co uważano za najwyraźniej wyszukaną elegancję w tym okresie, to jednak gdy spojrzycie na tę suknię i „małą czarną” powołaną do życia przez Chanel w 1926 roku, to zobaczycie, że ewolucja stylu między jedną a drugą nie jest jakaś ogromna. Oczywiście, te suknie nie są identyczne – ale nie są też tak diametralnie różnie, żeby dzieliła je przepaść. Zwracam na to uwagę, bo Chanelowska „mała czarna” jest jednym ze sztampowych przykładów ubiorów przedstawianych jako rewolucja w kobiecej garderobie. Tymczasem czarna suknia Rolande, którą możemy zobaczyć w Łodzi, jest zdecydowanym dowodem na to, że zamiast o rewolucji lepiej byłoby mówić o stopniowej ewolucji.

Na wystawie są też kreacje z kategorii „do zakochania jeden krok” (taka moja prywatna klasyfikacja…), czyli zwiewna, ręcznie malowana suknia Diora, przeurocza sukienka Huberta de Givenchy, której rękawy i spódniczka są z iście walentynkowego materiału w serduszka oraz skandalicznie wysoko wycięte złote body od Jean’a Paula’a Gaultier. Zresztą, spójrzcie na to body: albo się kocha, albo nienawidzi, tu nie ma miejsca na letnie uczucia.

20140708_120427Trudno porównywać między sobą wystawione na wystawie obiekty, bo jak niby pokazać „lepszość” zestawu stanik plus spodnie (czy raczej getry) od Azzedine Alaïa wobec sukni rodem niby ze Star Treka od Thierry’ego Muglera? To jak dowodzić o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą lub odwrotnie. A jednak przeglądając po raz kolejny zdjęcia z wystawy i towarzyszącej jej katalog doszłam do wniosku, że najbardziej kręcą mnie … żakiety.

Zarówno na poznańskiej jak na i łódzkiej wystawie możemy obejrzeć czarny żakiet zaprojektowany przez Balenciagę. Myśląc o tym, jak został skrojony od razu mam ochotę pokłonić się projektantowi. Żeby wpaść na taki rodzaj kroju trzeba mieć niesamowitą wyobraźnię połączoną z mistrzowska dyscypliną kroju. W Łodzi jednak w tej kategorii pojawiły się trzy inne żakiety, które – jakkolwiek nie przepadam za tym słowem – są po prostu obłędnie skrojone. Zachwyca mnie to tym bardziej, że mając jako takie pojęcie o kroju, gdy patrzę na żakiety Fatha, Schiaparelli oraz Muglera dosłownie czuję pod palcami ten poziom skupienia i rzemiosła, który osiąga się latami mrówczej pracy. I ponownie uchylam kapelusza wobec ich twórców i twórczyń – i w tym wypadku nie myślę o osobach, które zaprojektowały owe żakiety, ale o tych, które je fizycznie wykonały: wykroiły materiał, wszyły kieszenie i dziurki na guziki. To są dla mnie mistrzynie i mistrzowie haute couture.

20140708_121107

Jacques Fath, żakiet, połowa lat 40. XX wieku.

20140708_115829

Elsa Schiaparelli, żakiet, lata 40. XX wieku.

20140708_120900Thierry Mugler, żakiet, 1990r.

Czytając sobie opisy kreacji na manekinach rzuciła mi się w oczy taka smutna sprawa: poza jednym (!!!) obiektem będącym własnością łódzkiego CMW wszystkie pokazane na wystawie rzeczy były własnością prywatną. Rozumiem, że polskie muzea są biedne i nie stać je na zakup ubrań reprezentujących francuskie haute couture, ale nie zmienia to mojego odczucia sporego żalu, że tak właśnie jest. Z drugiej strony – i to mnie autentycznie złości – muzeum nie robi niczego, żeby przyciągnąć do siebie większą liczbę zwiedzających i choć postarać się zarobić na jedną fajną kieckę do swoich zbiorów.

Jesteśmy bowiem, drodzy moi, w Łodzi – mieście mającym najlepsze w Polsce tradycje przemysłu włókienniczego oraz kształcącym dosyć sporo projektantek i projektantów ubiorów w łonie łódzkiej ASP. I co? I naprawdę przez ponad trzy miesiące trwania wystawy nie dało się zorganizować żadnego spotkania z jakimiś osobami będącymi aktywnie zaangażowanymi w projektowanie odzieży, żadnej osoby wykładającej za przysłowiowym rogiem na łódzkiej uczelni i nie było możliwości nawiązania współpracy z żadnym kinem, żeby zrobić pokaz jakiegokolwiek filmu, który byłby czy to dokumentem, czy to po prostu filmem z fajnymi kreacjami? Naprawdę nic? Przecież ja tu nie wymyślam nie wiadomo czego, nie proszę żeby ktoś z Warszawy przyjechał, skoro na miejscu jest w czym wybierać.

I druga sprawa: mamy XXI wiek (czego CMW chyba nie zauważyło). Biorąc pod uwagę naprawdę niewielką ilość opisów na wystawie, dlaczego nie ma tych opisów po angielsku? Wraz ze mną wystawę zwiedzało dwóch młodych chłopców i ten niepolskojęzyczny prosił o przetłumaczenie w skrócie, o co chodzi z tymi kieckami. Nie wierzę, że nie było możliwości przygotowania opisów po angielsku, niechby nawet tą skandalicznie małą, standardową muzealną czcionką. I to mnie denerwuje – choć mniej niż brak jakichkolwiek spotkań towarzyszących wystawie – bo jeśli samo muzeum pokazuje, że nie jest zainteresowane promowaniem tak dobrej wystawy ubiorów, to jak zamierza przekonać do tego potencjalnie zainteresowanych? Nie mówiąc o tym, ze fanpejdż wystawy jest martwy.

Obiekty wybrane na wystawę przez Piotra Szaradowskiego i towarzyszący jej katolog obronią się same. Widać jego przemyślaną koncepcję i wystawy, i opowiedzianej historii – a na tym właśnie polegała jego rola. Katalog co prawda chudawy, ale znowu myślę, że to kwestia braku środków na większe opracowanie. Z drugiej strony za sześć złotych to jest po prostu perełka: krótka historia haute couture, lista obiektów pokazanych na wystawie, propozycje dalszej lektury (i błąd na stronie 15., na której jest zdjęcie sukienki Huberta de Givenchy, a nie – jak podpisano – Johna Galliano. Pod korektą katalogu są jednak podpisane dwie osoby – Joanna Rogiewicz i Aleksandra Trella,czyli sama kuratorka wystawy…).

Nie ma też najprostszej do zorganizowania rzeczy: oprowadzania po wystawie z kuratorką? Dlaczego?

Oczywiście, że mimo tych moich żalów uważam, że wystawę warto obejrzeć, najlepiej właśnie z katalogiem w dłoni, bo tych kreacji nie zobaczycie nigdzie indziej i nie wiadomo, kiedy pojawią się znowu – czy to w takiej samej, czy w zmienionej konstelacji. Pochodzą wszak od prywatnych osób mających dużo dobrej woli, żeby takie rzeczy wypuścić ze swoich szaf.

Po obejrzeniu zarówno wystawy poznańskiej, jak i łódzkiej, napiszę tak: jeden do zera dla Poznania. Mam nadzieję, że poznański Zamek zdecyduje się na ponowną współpracę z Piotrem Szaradowskim, bo ta instytucja potrafiła wycisnąć różne możliwości zachęcenia osób do zajrzenia na wystawę. Obydwie historie francuskiego haute couture są świetne, ale jednak homar smakuje lepiej na poznańskiej porcelanie niż na tekturowym łódzkim talerzyku.

  • Malwina Wójcik

    Wystawy jeszcze nie widziałam, ale na sto procent wybieram się do Łodzi w sierpniu. Kiedy planowałam zwiedzanie, również uderzył mnie brak jakiegokolwiek programu towarzyszącego. Ogromna szkoda, że nikomu się nie chciało, potencjał jest przecież wielki!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Pewnie to nie ostatni raz, jak wydarzenie nie jest zupełnie ograne, szkoda. Jak wrócisz z Łodzi to daj znać, jak Ci się podobała wystawa. Serdeczności!

  • Sonia Fogg

    wystawe widziialam 1.08. wlasciwie pojechalam do lodzi wlasnie po to. mialam szczesccie, bo okazalo sie, ze jest to „noc jednego muzeum” – jakkolwiek komicznie by to nie brzmialo. byly wyklady roznego rodzaju. jeden dotyczyl historii mody xx wieku – myslalam, ze raczej wszystko bede wiedziala, a jakichs tam dwoch smaczkow sie dowiedzialam. natomiast kiedy zwiedzalam wystawe, te nt. haute couture, kuratorka caly czas chodzila miedzy manekinami. udalo mi sie z nia porozmawiac. bardzo mi nawet pomogla. kilka dni wczesniej kupilam uzywany plaszcz burberry i nie bylam na 100% pewna, czy jest oryginalny – duzo osob mowilo mi, ze jest, ale ta pani jako pierwsza pokaxala mi szew po szwie, dlaczego tak uwaza. bylam zachwycona! mowila mi tez, ze w ostatnim dni trwania wystaey, bedzie jakies spotkanie z panem szaradowskin

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      O, no proszę, to dobra wiadomość, że był wykład w ramach owej „nocy..”, o której wspominasz. Szkoda tylko, że nie było informacji na jego temat na stronie wydarzenia dotyczącego samej wystawy, podobnie zresztą jak o spotkaniu z Piotrem Szaradowskim i że o takich dodatkowych spotkaniach można się dowiedzieć niejako przypadkiem. Dlatego myślę, że promowanie wystawy zawiodło.