Świat zza szafy #1

1 sierpnia 2014

Dawno, dawno temu raz czy dwa zdarzyło mi się zrobić zestawienie tekstów do przeczytania, które uznałam za interesujące (KLIK). Potem pomysł jednak ten zarzuciłam, bo pojawił się fanpejdż, gdzie czasem umieszczam teksty, które są związane z modą i uważam, że warto do nich zajrzeć. Pomyślałam sobie jednak, że choć temat „moda” i to, co się do niego przykleja, jest tym bardziej ciekawe im dłużej się w tym grzebie, to może warto czasem pogadać o czymś innym. Jednak nie samą modą blogerka żyje.

Kiedyś myślałam też, że taki blog o filmach i książkach poświęconych modzie, w dodatku często anglojęzycznych i niedostępnych w Polsce, zyska w porywach może jakieś pięćset osób. Tymczasem okazuje się, że jest Was ciut więcej. Istnieje więc szansa, że poza tym, że lubicie czytać o tematach okołociuchowych lubicie również i inne rzeczy. To może od czasu do czasu pokażę Wam, co poza tematami modowymi jest dla mnie również interesujące, warte obejrzenia, przeczytania i posłuchania (choć z tym ostatnim to raczej pozostaniemy w sferze obietnic, bo z muzycznymi informacjami jestem najmniej na bieżąco). I w zdecydowanej większości nie będą to rzeczy z internetów, bo odkrycie tychże chyba wciąż przede mną…

W dzisiejszym pozamodowym menu mamy zatem następujące propozycje:

(1) książkę Sylwii Chutnik ”W krainie czarów”. O ludziach, których życie toczy się daleko od modnych knajp i problemów pierwszego świata z gatunku „jak zestawić ze sobą ciuchy żeby wyglądać modnie i szczupło”. Sylwia Chutnik opisuje ludzkie historie z olbrzymią wrażliwością, ale bez taniej ckliwości. Prostymi słowami opowiada nieraz straszne historie, które wytrącają z samozadowolenia i bezwzględnie zmuszają do refleksji. Tytułowa „kraina czarów” niewiele ma wspólnego z Alicją goniącą królika, w czary trudno uwierzyć, ale trudno nie wierzyć Chutnik. Czytamy, żeby nam się w głowach od szmat nie poprzewracało.

(2) książkę „Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego. Miejsce wydarzeń: wyspa Pitcairn na Oceanie Spokojnym, zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii, daleko od wszystkiego. Na wyspie żyje obecnie sześćdziesiąt osób. Mała społeczność, wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Już to samo w sobie jest nieco niepokojące. Strona po stronie autor opisuje świat, w którym tzw. zwykli ludzie popełniają zbrodnię, na którą istnieje nieme przyzwolenie. Książka bezlitośnie wciska w fotel i każe skonfrontować się z bezmyślnym złem, bezsilnością kobiet i sytuacją społeczności zależnej od oprawców. Trzewia na lewą stronę – tym bardziej, że opisana historia jest prawdziwa. Odpowiedzi na pytanie „jak to się mogło stać?” każdy musi udzielić sobie sam (albo sięgnąć po Hannę Arendt piszącą o banalności zła).

(3) wystawę Avantgarde! w Kulturforum (KLIK). Wystawa dotyczy tego, co działo się w latach 1890-1918 w sztuce, a działo się wiele: symbolizm, neo-impresjonizm, Art Nouveau, ekspresjonizm, futuryzm i dadaizm. Patrzymy na te nurty przez pryzmat plakatów, książek, ilustracji, jest też kilka mebli. Uczta dla oczu. Wystawie towarzyszy fenomenalny katalog, niestety tylko po niemiecku. Jeśli kogoś interesuje tematyka nowoczesności to punkt obowiązkowy.

(4) wystawę „Stars” autorstwa Petera Brüchmanna w niewielkiej berlińskiej Galerie Hiltawsky (KLIK). Wstęp na wystawę jest za darmo, zdjęć na oko …dzieści, wśród nich różne gwiazdy tego świata, jak np. Sharon Tate. Warto tam zaglądać, bo w lutym można było obejrzeć zdjęcia Franka Horvata, który fotografował m.in. dla Elle, Vogue czy Harper’s Bazaar. Kolejne też zapowiadają się ciekawie, więc dopisałam sobie tę galerię do stałych miejsc odwiedzanych w Berlinie.

(5) wystawę w berlińskim Muzeum Bauhausu (KLIK). Tu warto zajrzeć prosto z wystawy Avantgarde!, ponieważ dzieje Bauhausu rozpoczynają się w 1919 roku w Weimarze, mamy utrzymaną pewną ciągłość wydarzeń w czasie. Szkoła ta została założona przez Waltera Gropiusa i jest imponującym osiągnięciem niemieckiej kultury. Sposób, w jaki jej przedstawiciele myśleli o projektowaniu jest fascynujący. Muzeum w Berlinie składa się z wystawy stałej poświęconej właśnie historii Bauhausu oraz wystawy czasowej – teraz akurat można obejrzeć, w jaki sposób Wassily Kandinsky pracował ze swoimi uczniami. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że dopiero w tym roku dotarłam do tego muzeum, bo weimarskie muzeum i fenomenalnie zaprojektowany Haus am Horn w Weimarze to miejsca, które nadal pamiętam, choć parę lat upłynęło od czasu mojego uroczego lata w Weimarze.

(6) wystawę „Us and Them” w muzeum Fundacji Helmuta Newtona (KLIK). To też jest mój stały punkt odwiedzin. Kiedyś pisałam o wystawie „Polaroids” (KLIK), a obecnie prezentowana to zdjęcia zrobione przez Helmuta i jego żonę June (alias Alice Springs), które robili sobie wzajemnie. Ale nie tylko, bo także różnym ważnym postaciom, które dane im było spotkać. Jak na Helmuta, to jest najbardziej „ubrana” kolekcja zdjęć, bo zdjęcia jego autorstwa, które miałam okazję oglądać, należały zdecydowanie do roznegliżowanych. Ta natomiast jest zapisem bardziej osobistym. Jednym ze zdjęć, które najbardziej zapadło mi w pamięć, była fotografia przedstawiająca Yves Saint Laurent’a oraz jego partnera Pierre’a Berge: Yves patrzy prosto w obiektyw, a Pierre przez szklane drzwi balkonowe patrzy na Yves’a. Opis tego nie odda, ale mając wciąż w pamięci ostatnio czytaną biografię projektanta trudno było oprzeć się wrażeniu, że Newton uchwycił to „coś charakterystycznego” dla relacji tych panów.

(7) wywiad z Andą Rottenberg przeprowadzony przez Dorotę Jarecką. Książka nosi tytuł „Już trudno”. Warto połączyć lekturę książki z wizytą w muzeum sztuki ms2 w Łodzi, bo wówczas część zaprezentowanych w Łodzi prac zyskuje ludzkie oblicze. Interesujących rozmów nigdy dość, a biografia Andy Rottenberg obfituje w opowieści zawodowe i osobiste, przeciekawe przemyślenia na temat sztuki i artystów, o planowaniu i przygotowywaniu wystaw. Myślę, że książka mogłaby być swobodnie ze trzy razy grubsza, więc czekam na „Rottenberg 2″.

(8) wystawa fotografii Rogera Ballena w Łodzi (KLIK). W jednej z łódzkich bram jest takie miejsce: Atlas Sztuki. Wstęp za darmo, wystawa wychodzi z Wami i zostaje w głowie na dłużej. Fotografie Ballena z lat 1982-2013 określiłabym jednym słowem: niepokojące. Wytrącają z leniwego, letniego odrętwienia i konfrontują z własnymi strachami. Jeśli ktoś się boi ptaków, wchodzi na własną odpowiedzialność. Oglądałam te zdjęcia zaraz po „Elegancji Francji”, więc trudno o większe estetyczne zderzenie. Najpierw francuskie haute couture, a zaraz potem zdjęcia ludzi mieszkających w slumsach, o ile dobrze pamiętam gdzieś pod Johannesburgiem. Co ciekawe, szukając różnych zdjeć Ballena natknęłam się na jego projekt zrealizowany wspólnie z grupą Die Antwoord (KLIK) – jeśli znacie ich teledysk „I Fink U Freaky” to on właśnie maczał w nim palce (nawiasem pisząc, teledysk jest rewelacyjny). Polecam Google plus „Roger Ballen”, niezapomniane fotografie.

(9) wystawę „Atlas nowoczesności. Kolekcja sztuki z XX i XXI wieku” w Muzeum Sztuki w Łodzi (KLIK). Ze sztuką współczesną łączą mnie raczej oziębłe stosunki, bo trudno mi wyjść poza stwierdzenia „(nie)podobamisię” lub klasyczne „WTF”. Wybaczcie język, ale tak się często czuję w zderzeniu ze współczesnym dziełem tzw. sztuki. Oczywiście, że wynika to z nieznajomości tematu. Ale od czasu do czasu idę się rozdrażnić lub zaskoczyć na jakiejś wystawie dzieł współczesnych. Łódzkie zbiory cieszą się bardzo dobrą opinią, więc na pewno ta wystawa dla znających temat, pokazane prace i ich historie to gratka. A dla tych mniej obeznanych ta akurat wystawa jest chyba również przystępna, bo to nie chronologiczna perspektywa, ale prezentacja wybranych zjawisk z historii najnowszej przez pryzmat wybranych obiektów. Możemy zatem przyjrzeć się podejściu twórczyń i twórców do takich problemów jak industrializacja, urbanizacja, eksperyment, mechanizacja czy emancypacja. W ramach wystawy udało mi się znaleźć też dwie prace interesujące dla osób brodzących w modowych tematach: film o fabrycznej produkcji dżinsów oraz film o producentach butów „identycznych z oryginalnymi”. Jeśli absolutnie nie jest Wam po drodze ze sztuką współczesną to chociaż dla tych dwóch filmów warto kupić bilet na wystawę. Przemieszczając się między piętrami natknęłam się także na poniższą pracę, niestety zagubiłam gdzieś zapisane imię i nazwisko autorki. (Ale dzięki Anne Marie Malecka i i jej komentarzowi na fanpejdżu już mam informację, że autorką tej pracy jest Jadwiga Sawicka, a zdanie pochodzi z artykułu/manifestu Głos plastyków Katarzyny Kobro z 1937 roku.)

20140708_151044

(10) książkę „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy. Z lekkim poślizgiem, ale w końcu przeczytałam. Książka mogłaby równie dobrze nosić tytuł „Projekt: życie”. Zamiast czytać jakieś bezpłciowe poradniki z serii „jak życ?” lepiej sięgnąć po książkę pani Wałęsowej, a po lekturze przestać narzekać i zabrać się do roboty – i przestać wierzyć, że w życiu to ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Wystarczającym wyzwaniem jest uczciwe przeżycie życia. Tylko tyle i aż tyle. Kapelusze z głów wobec pani Danuty.

(11) wystawę „Lale, misie, koniki… Towarzysze dziecięcych zabaw” w Muzeum Śląskim w Katowicach (KLIK). Zabawki od końca XIX wieku do końcówki PRL-u, który to okres rozbudził wiele wspomnień z gatunku „a miałaś to?”. Bo nagle wróciło wspomnienie czegoś takiego jak „mózg elektronowy”, w którym zapalała się lampka po podaniu prawidłowej odpowiedzi, książeczki z serii „Poczytaj mi mamo” czy układanki z klocków. Oszałamiający domek dla lalek, który pewien ojciec budował przez trzy lata dla swojej pięcioletniej córeczki. Odwzorowanie szczegółów wnętrz powalające. Dla Was na zachętę wklejam natomiast zdjęcie mebelków dla lalek z lat 60-tych. Miały też być metalowe robociki, ale zdjęcie wyszło nieostre. Ale mebelki – pierwsza klasa, pobawiłabym się od razu.

20140724_124851

(12) W tym samym Muzeum Śląskim jest też Fotoplastykon, jeden z nielicznych w Polsce. Do końca sierpnia można w nim obejrzeć stare zdjęcia z Katowic. Co najbardziej uderzające – jak to miasto świetnie wyglądało, kiedy nie było przywalone wielkoformatowymi reklamami i paskudnymi szyldami wątpliwej jakości. A w gablocie obok fotoplastykonu taki krawiecki akcent z przeszłości:

20140724_130835

(13) czekoladę milka z oreo … Nie samą strawą duchową człowiek wszak żyje. Prawdopodobnie jestem ostatnią osobą, która odkryła to cudo, którego autor/ka ma dostać Czekoladowego Nobla.

(14) A… miało być coś muzycznego… No dobrze. Mam tak, że się wielokrotnie dręczę jakąś piosenką. Moje muzyczne preferencje najłagodniej określa słowo „rozstrzelone”. Ostatnio najczęściej wracam do Amandy Palmer („In my mind” – KLIK), Gabrieli i Rodrigo („Diablo Rojo” – KLIK) oraz Jimiego Hendrixa („Little Wing” – KLIK). Amanda absolutnie mnie uwiodła, a do tego jej mężem jest Neil Gaiman, którego fantastyczne książki lubię od zawsze, więc po prostu para marzeń. Przyznaję bez bicia, że żadnego z tych utworów nie odkryłam samodzielnie, ale co tam, ważne że do mnie trafiło i zostało. Może i Wam się spodoba. Wszelkie muzyczne polecenia powitam z otwartym uchem.

Wpis dedykuję mojej Siostrze, która jakiś czas temu rzuciła mi prosto w twarz: „gadasz tylko o szmatach”. Powiedzmy, że była to konstruktywna krytyka.

  • cammelie.com

    Jak ja tu lubię zaglądać ! Od razu tak jakoś raźniej, że duch kultury w narodzie nie gaśnie (jeszcze), że nie samą sieciówką człowiek żyje, że ludzie książki o sztuce piszą i czytają (sic !), że chodzą do muzeum, co instytucją mimo wszystko rachityczną jest nad Wisłą. I szerzą, jak to freestylowo okeślono, „żyrandol modowej oświaty”. I jeszcze doktorat chce im się z tego pisać… :-) PS No, musiałam się radośnie wywnętrzyć. I już !

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję dziękuję :) To chyba dlatego, że lubię żyrandole ;) No i szerokie uczestnictwo w życiu kulturalnym, tego nie da się wyplenić… za to nagle zobaczyłam dziś pomysł na habilitację, jak już w końcu i nareszcie wypiszę ten doktorat ;)