Prowokacje McQueen’a

24 września 2014

Mam taki zatrważający stosik książek, które przeczytałam, a które jakoś nie mogą doczekać się na wpis. Zaczęłam wczoraj przeglądać jedną z nich i tak się trochę zadumałam. Jakiś czas temu kupiłam książkę z projektami Alexandra McQuuena. Tekstu niewiele, ale zdjęcia w sensownym formacie, dzięki czemu mam poczucie, że warto było książkę zakupić.

AMQ

Historia Alexandra McQueena to taki przykład angielskiego self-made man: pochodzący z niezamożnej rodziny chłopak dzięki własnym zdolnościom, wizji, marzeniom i fantazji zostaje jednym z najbardziej interesujących projektantów w całej historii mody. Śmiałym sprzyja los, a Alexander miał jeszcze coś: łut szczęścia. Bo jak inaczej nazwać decyzję dyrektorki Central Saint Martin’s College of Art and Design, która przyjęła do szkoły McQueena, choć nie spełniał formalnych warunków, żeby rozpocząć tam studia? I późniejsze spotkanie z Isabellą Blow, która wspierała jego talent od samego początku? Więcej o jego historii dowiecie się jednak z filmu dokumentalnego „McQueen and I”, który był jakiś czas temu dostępny na YT, niż z książki.

Jednak to nie jego prywatna historia jest najbardziej porywającą stroną lektury, ale jego fantazje, skojarzenia i inspiracje, które możemy wyczytać ze stworzonych przez niego kreacji. O wielu z nich trudno powiedzieć, że są „ładne”, natomiast na pewno są interesujące, przykuwają wzrok i najzwyczajniej w świecie bawią ilością odniesień (jeśli ktoś lubi babrać się w historii i rozgryzać sieć odniesień, którymi bawią się osoby projektujące ubrania). Nazwijmy to banalnie „szerokimi horyzontami” czy „nieokiełznaną fantazję”, ale jakoś nie każdy potrafi połączyć zbroję Samuraja i sukienkę o klasycznej linii A, czy sukienkę o kroju kimono z pasem nawiązującym do estetyki sado-maso. A AMQ potrafił.

Krótkie opisy Kristin Knox umieszczone przy zdjęciach kreacji pozostawiają pewne uczucie niedosytu, a z drugiej strony często taki telegraficzny opis w zupełności wystarczy, żeby pomyśleć sobie „wow!”.

Zastanawiającą informacją jest to, że przez większość czasu twórczość McQueena nie była szczególnie dochodowa – oględnie rzecz ujmując. Bo to znaczy, że jakkolwiek jego pomysły i historie stojące za kolekcjami cieszyły się niewątpliwą uwagą branży, to nie przekładało się na sprzedaż. Oglądając projekty McQueena trudno byłoby mi jednak napisać, że kierowała nim myśl o tym, jak zarobić kokosy na  swojej twórczości. Za to nie mam wątpliwości, że wolność tworzenia stawiał najwyżej. Pracując dla Givenchy McQueen stwierdził: „Dajcie mi czas, a ja dam Wam rewolucję”. Ale w tempie produkowania sześciu kolekcji rocznie rewolucja nie jest możliwa, bo nie ma tu czasu na twórcze myślenie, ewolucję marki, czy eksperymenty. Trzeba projektować, projektować, projektować. Zasuwać jak jakiś chomik, biegający w kółko w tej samej zabawce. Ciężka praca rzecz chwalebna, ale przepracowanie nie jest raczej źródłem kreatywności.

Wybrane przez autorkę książki prace McQueena trudno obejrzeć wszystkie naraz. Dla mnie tkwi w nich ładunek emocjonalny, który ponadprzeciętnie porusza moje neurony. Oglądanie hologramu Kate Moss, który pojawił się na wybiegu podczas kolekcji jesień/zima 2006, jest jednym z najbardziej wzruszających pomysłów projektanta, jale przede wszystkim jest pięknym przykładem przyjaźni i lojalności. Nie wiem, czy pamiętacie, ale kilka miesięcy przed tym pokazem modelka została przyłapana na braniu kokainy, zdjęcia obiegły media, a Kate straciła mnóstwo kontraktów. A McQueen stanął po jej stronie, bez względu na ostracyzm części branży wobec Kate.

W przypadku AMQ trudno opędzić się także od pytania, czy jego kreacje (wybrane oczywiście) to „dzieła sztuki”, czy może jednak „tylko” ubrania, zabawa formą, skojarzeniami, które znajdują swoje ucieleśnienie właśnie w ubraniach? Natknęłam się ostatnio na taką definicję, iż „sztuką jest tworzenie znaczenia i nadawanie mu kształtu”, czyli konkretnego, materialnego przedstawienia. Czyli możemy zapytać: czy AMQ miał coś do powiedzenia i  czy potrafił ubrać to (dosłownie…) w ubrania? Na pewno każda z kolekcji była opowiadaniem pewnej historii, była to pewna określona wizja estetyczna, a niektóre ich elementy skłaniały do refleksji ciut głębszej niż „jakie to interesujące”. Czy jednak wystarczy założyć modelce zamiast etoli z lisów złoty szkielet liska, żeby sprowokować dyskusję o wykorzystywaniu zwierząt w przemyśle odzieżowym? Czy to tylko taka autorska makabreska, mrugnięcie okiem w stronę potencjalnych odbiorców „chcecie etoli? no to ją macie!”? Myślę, że różne przeżycia estetyczne, w tym subiektywne zachwyty nad tym, co postrzegamy jako „piękne” są nam potrzebne choćby do tego, żeby na chwilę wyrwać się z tzw. codzienności. Nie potrafię jednak udzielić sobie odpowiedzi na pytanie, co oddziela dzieło sztuki od nie-dzieła, a definicja instytucjonalna głoszaca, że dziełem sztuki jest to, co pokazują instytucje tradycyjnie ze sztuką związane (jak muzea czy galerie) po prostu nie jest dla mnie przekonywująca (albo inaczej: niewystarczająca).

Problem z odpowiedzią na to pytanie toczy mnie ku kolejnemu problemowi, który w pewnej mierze (w dużej mierze…) jest związany z niską częstością wpisów na blogu. Czyli: jak pisać „o modzie” i wszelakich sprawach z nią związanych, żeby nie sprowadzać recenzji wszelkiej maści do tego, co możemy naocznie stwierdzić (jak w przypadku recenzji z pokazów czy opisów kolekcji) lub do streszczeń (co jest moją osobistą bolączką, bo ta formuła jak dla mnie ostatnio się nieco wyczerpała). Innymi słowy: co to właściwie jest „krytyka mody”? Wydawanie subiektywnych opinii, podkręconych mniej lub bardziej różnymi emocjonalnymi sądami? Na to wygląda, prawda?

I tak McQueen zmusił mnie do myślenia i wyprucia z siebie półtora wpisu. A teraz pomyślę nad tym, co i jak zrobić z blogiem w najbliższej przyszłości, licząc głęboko na jesienne, wiedeńskie ożywienie.

A książkę warto mieć.

* * *

Kristin Knox „Alexander McQueen. Genius of a Generation”

  • DiorNotWar

    Moim zdaniem ta książka jest, delikatnie mówiąc, niezbyt warta swojej ceny, m. in. przez swoje błędy merytoryczne (np. źle określone sezony) i pominięcie wielu kolekcji. Wszystkie informacje można znaleźć bez problemu w internecie (zdjęcia też, z tego co pamiętam, pochodzą z jakiegoś banku zdjęć), a i zdjęcia samego McQueena nie były zbyt urodziwe. Może to przez to, że to „dzieło” było wydawane „na szybko” zaraz po śmierci Lee?

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Kurczę, jestem teraz w kropce z tymi sezonami, bo wyjechałam z Polski i książka daleko, ale dziękuję za zwrócenie na to uwagi. Co do ceny – faktycznie, powinnam była uwzględnić, że zapłaciłam za nią jakieś 4-5 funtów, a nie cenę zaproponowaną przez wydawcę – bo ta rzeczywiście jest ciut wysoka. Być może faktycznie wskazane przez Ciebie błędy wyniknęły z pośpiechu. Książka nie pretenduje do miana pełnego kompendium wiedzy o kolekcjach McQueena, to mógł być subiektywny wybór autorki (albo też wybór podyktowany dostępnością akurat takich zdjęć). Dziękuję za komentarz.

  • Agata Kozłowska

    natrafiłam na ten wpis przypadkiem teraz, dlatego tak późny komentarz w stosunku do daty wpisu :) w temacie McQueena zdecydowanie najlepszą książką jak do tej pory jest biografia autorstwa Judith Watt. to nie tylko tradycyjna bio, ale też opis wszystkich kolekcji, z wyszczególnieniem wszelkich inspiracji artystycznych i historycznych. świetnie napisana i warta zakupu!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dzięki za informację o książce, zawsze mile widziane! A oprogramowanie strony jest takie sprytne, że informuje mnie o każdym nowym komentarzu, więc jestem na bieżąco ;)