Co Ci robi ubranie?

29 listopada 2014

Ubrania. Dużo ostatnio o nich myślę.

#1 Na przykład taki Mark Zuckerberg tłumaczy, dlaczego codziennie nosi ten sam szary t-shirt: żeby coś tak trywialnego, jak poranny dobór garderoby, nie odrywało go od pracy (nie, nie pracy: służby) ku zadowoleniu użytkowników stworzonego przez niego portalu społecznościowego. Mark chce bowiem podejmować jak najmniej „głupich, frywolnych” decyzji, które mogłyby go odrywać od jego służebnego powołania. Zwieńczeniem jego krótkiego wystąpienia jest stwierdzenie, że w tej krótkiej pogadance nie chodzi o indywidualną motywację Marka, czy – nie daj buk! – o psychologiczne uzasadnienia. Chodzi o to, że teraz Mark powiedział nam… prawdę. Wiecie zatem, co powinniście uczynić, by świat stał się lepszym miejscem. A to wszystko dzięki tej prostej decyzji o chodzeniu codziennie w tej samej koszulce. (Wystąpienie Marka możecie obejrzeć TUTAJ).

Rozumiem, że małe, konsekwentne decyzje mogą doprowadzić do dużych zmian. Ale zastanawiam się też, czy Markowi przestało wystarczać bycie twórcą portalu społecznościowego, w związku z czym teraz właśnie uczynił pierwszy krok ku wykorzystaniu swojego autorytetu dla objawienia nam swojej odzieżowej prawdy. Prawdziwej prawdy. A jeśli lubi fejsa i ma coś do powiedzenia na temat ciuchów, to zapewne skończy jako szafiarek. Nie, tfu, bloger modowy.

#2 Przeczytałam ostatni krótki artykulik o prezenterach telewizyjnych: kobieta notorycznie jest oceniana przez prymat tego, co ma na sobie, jak jest uczesana i pomalowana. Mężczyzna… mężczyzna postanowił zrobić eksperyment: codziennie przez rok (z małymi wyjątkami) pojawiał się na antenie w tej samej koszuli. Czy ktoś go w internetach za to skrytykował? Czy ktoś grzmiał „kto jego stylistą jest?”. Nie. Czy kogokolwiek to obeszło? Nie. Ocenianie mężczyzny to ocenianie jego kompetencji, ocenianie kobiety to ocenianie tego, jak wygląda, a dopiero potem, co mówi i jak pracuje. Pytanie o to, kiedy możemy liczyć na osłabienie (bo przecież nie wyeliminowanie) podwójnych standardów w ocenianiu mężczyzn i kobiet wedle osiągnięć i wyglądu jest pytaniem retorycznym.

#3 Żyjemy w najlepszym z możliwych czasów, jeśli chodzi o różnorodność możliwych strojów, krojów, kolorów, stylów. Możemy wybierać w nieograniczonej ilości szmat, nie ma niemalże żadnych zakazów, co do tego, co, jak i kiedy możemy na siebie założyć. A jednak ulice pełne są niemalże identycznie ubranych ludzi. (Ok, pora roku akurat mniej sprzyjająca, gdy liczy się ciepło i opatulenie, a nie tam jakieś fikuśne eksperymenty). Niemniej jednak, najwyraźniej nadmiar możliwości zniechęca do eksperymentowania (a może po prostu rozleniwia?), choć właściwie ryzyko popełnienia „błędu” jest bliskie zeru: skoro niemal wszystko wolno, to nie ma pola do porażek.

Pytanie zatem: jeśli to, jak się ubieramy, może symbolizować zmianę w naszym życiu, to może jako większa grupa przeżywamy właśnie zastój? (To akurat pytanie to również efekt moich obserwacji wiedeńskiej ulicy: spośród europejskich stolic, które udało mi się odwiedzić, Wiedeń jest najnudniejszy).

A co z tymi, którzy przywiązują wagę do wyglądu? Wstają półtorej godziny wcześniej, by zrobić włos, twarz i zgrać dodatki. Patrzysz na taką osobę i myślisz: jak on/a to robi? (i kiedy??? kiedy???) Ile sił i środków wkłada w to, żeby „wyrazić się poprzez strój”? Ale też: kto kryje się za tym strojem? Czy wszystko, co ustrojona osoba ma do przekazania, to „wiem, jak dobrze wyglądać? I stawiam sobie pytanie: czy ta kreacja podkreśla czyjąś osobowość, czy może raczej jej brak?

Obserwując różne blogi szafiarskie zawsze zastanawia mnie, kim JEST osoba, którą widzę? Bo jedynie widzę jak WYGLĄDA, a opis tego, co ma na sobie niczego nie wnosi poza informacją o markach wykorzystanych w stylizacji ciuchach. A może niedokładnie patrzę?

#4 Bez względu na wszystko, nago jednak nie biegamy. Sorry-taki-mamy-klimat to jedna sprawa, druga to owe magiczne normy obyczajowe, które jednak wyznaczają pewne ramy zachowań. Jednak od czasu do czasu musimy kupić jakąś część garderoby. Zaryzykuję nawet, że w tym gronie, w jakim tu sobie piszę (ja) i czytacie (Wy) to nawet nie tylko kupujemy z musu, ale ze szczerych, nieprzymuszonych chęci. I na co się decydujemy? Abstrahuję w tym momencie od zawartości portfela, bo choć to oczywisty wyznacznik wielu decyzji, to akurat teraz interesuje mnie coś innego.

Podczas zakupów zastanawia mnie, co tak właściwie kupuję inwestując w daną rzecz. Jakie magiczne moce ma mi dać nowy zakup? „Bycie jak…” ta pani, którą lubię i akurat reklamuje moje dżinsy, wiarę, że wraz z nową sukienką to już na pewno będę seksi, magiczne przekonanie, że ta właśnie ostatnia rzecz to wisienka na torcie mojej garderoby, która da mi słodkie szczęście (przynajmniej przez najbliższe półtora dnia, ale nie wybrzydzajmy, krótkoterminowe szczęście to też szczęście), które jest mi naprawdę, naprawdę potrzebne.

Podobno kupując rzeczy określonej marki, kupujemy określony styl życia, ładnie z angielska zwany lajfstajlem. Jak kupisz ten szary dres z ekobawełny, to pewnie zaraz nawrócisz się na weganizm, ciężkie buciory to nic innego jak kontestacja systemu, a wysadzana sztucznymi diamencikami osłona na komórkę gwarantuje perlisty śmiech właścicielce i radość ze wspólnych zakupów z przyjaciółką. Produkt, który kupujesz, pozycjonuje Cię w określonym kręgu podobnie do Ciebie myślących ludzi. W sumie to przyjemne uczucie, co nie? Wspólny lajfstajl nas jednoczy. Jednak patrząc na reklamy różnych lajfstali, to natrętna myśl w tyle głowy każe mi napisać: jedyne, co „jednoczy” to konsumowanie produktu. Czysta konsumpcja określonych dóbr, które dają poczucie zrealizowania określonej wartości – wolności, kreatywności, przyjaźni, atrakcyjności. Nie kupujemy „stylu życia”, po prostu kupujemy, ale potrzebujemy do tego historii, w którą chcemy uwierzyć. A to, że to bujda… Cóż, nie odkrywam tym stwierdzeniem żadnej Ameryki.

Jaką mniej lub bardziej uświadomioną potrzebę zaspokaja mój ostatni zakup? Lub innymi słowy: o co chodzi piątej parze szpilek, którą założę w porywach trzy razy w roku? Ostrzegam, że jak zadacie sobie to pytanie to jeszcze pół biedy. Jak znajdziecie odpowiedź, to może się zdarzyć, że zakupy nieco Wam obrzydną, bo odpowiedź… cóż, może niekoniecznie być przyjemna.

#5 Kupujemy ubrania, żeby ochronić nasze ciała przed warunkami atmosferycznymi, uczynić zadość funkcjonującym wymogom skromności nakazującym ukrywać różne części ciała przed wzrokiem bliźnich, ale przede wszystkim: by uatrakcyjnić wizerunek naszego ciała. Stąd i wielka popularność wszelkiej maści programów i poradników „jak się ubierać?”. Ubranie powinno być zatem czymś, co służy naszym ciałom.

Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że to nie ubrania są dla ciała, ale ciało dla ubrania: jako wieszak, jako manekin służący ekspozycji. Te wszystkie porady, jak tu się ścisnąć, tam podciągnąć, zawinąć i rozpiąć… mają pokazać nasze ciało, czy raczej wykorzystać nasze ciało do możliwie najatrakcyjniejszego pokazania ubioru?

W tym temacie przychodzą mi do głowy wszelkie utyskiwania skierowane pod adresem własnego ciała, które „nie pasuje” do ubrań dostępnych w sklepach. Martwe przedmioty decydują o naszym samopoczuciu, wpływają na naszą samoocenę, stawiają ubranie jako matrycę, do którego ciało ma się dopasować. Fascynujące i straszne.

Czy to ubranie jest dla ciała, czy ciało dla ubrania?

#6 Oglądałam kilka dni temu w austriackiej telewizji reality show „Adam i Ewa”, którego bohaterowie poznają się na bezludnej wyspie i podczas tego spotkania są całkowicie nadzy. Pomijam resztę idei programu, który wołał o pomstę do niebios, ale sama idea poznania kogoś w stroju Adama/Ewy, gdy jesteśmy pozbawieni tego podstawowego źródła pierwszego wrażenia, jakim jest ubranie, jest dla mnie zastanawiająca. Oczywiście nadal pozostaje nam ciało, ale to jak usiłować zrozumieć tekst czytając co piąte słowo. Nudyści mają zapewne najwięcej do powiedzenia w tym temacie. Może w ramach badań terenowych należy po prostu udać się na plażę nudystów?

W końcówce programu para po raz pierwszy widzi się w ubraniu. I nagle … zmienia się perspektywa spostrzegania człowieka: osoba, która wydawała się atrakcyjna nago (po wstępnej fazie zażenowania bohaterowie przyzwyczajają się do wzajemnej nagości, co ma ułatwić im skupienie się na… tej, no… osobowości) – okazuje się, że w ubraniu… w TAKIM ubraniu…. jest jednak nie do zaakceptowania. Oglądają jakieś setki tysięcy telewidzów – nadzy ludzie w telewizji przed 22, to musi cieszyć się oglądalnością. Ale co to robi głowom? Osobowość sobie, ale jak masz „nietakie” ciuchy to spadaj. Następny proszę.

Zafiksowanie na punkcie ubrań przybiera różne formy, jak widać na powyższym przykładzie. Czytałam ostatnio kilka artykułów dotyczących konieczności badań nad ubiorem nie poprzez czytanie książek, ale namacalny kontakt z materialnym obiektem. Wszystko to w kontekście konieczności współpracy pomiędzy pracownikami muzeów a akademickimi badaczami. Jedno nie wyklucza drugiego, ale nadal za mało jest współpracy pomiędzy tymi środowiskami. Stąd była już prosta droga do kilku powyższych myśli, które może nie spędzają snu z powiek akademikom, ale dotyczą naszej codziennej relacji z ubraniami.

Może koncepcja Marka, do której podeszłam lekko szyderczo, jest przerysowana, ale ubrania mają kolosalne znaczenie w naszym życiu. Nie zgadzacie się? Spróbujcie przeżyć bez nich dobę.

  • Lena

    W kontekście frazy „Obserwując różne blogi szafiarskie zawsze zastanawia mnie, kim JEST
    osoba, którą widzę? Bo jedynie widzę jak WYGLĄDA, a opis tego, co ma na
    sobie niczego nie wnosi poza informacją o markach wykorzystanych w
    stylizacji ciuchach. A może niedokładnie patrzę?” – ja baardzo rzadko dodaję treść do postów stylizacyjnych. nie wynika to z lenistwa czy „bylejakiego” podejścia do tematu. ja po prostu wolę opisywać to co tworzą inni, co noszą inni, niż siebie samą;-) a dodawania ideologii do tego co noszę, byłoby wysoce z mej strony …nieszczere?? bo …tak szczerze mówiąc, jako że modą obcuję na co dzień z modą, także zawodowo, w jej stricte personalnym odniesieniu -wczuwać się nie lubię. może wynika to z faktu, że ja w ogóle o sobie mówić za wiele nie lubię…dobra, kończę, bo zaraz nakreślę to autorskie studium psychologiczne;P

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Jasne, że blogi szafiarskie są różne, niemniej większość to stylizacja, która mnie czasem zastanawia: na ile jest kreacją na potrzeby bloga, a na ile „jest” w niej osoba, jej preferencje, przekonania czy poglądy? Ale tu z kolei pewnie ja doszukuję się treści, których czasem nie ma. Jest fajny ciuch na fajnej dziewczynie, nie ma co grzebać dalej. I nie ma obowiązku dodawania tekstu do zdjęcia stylizacji, żeby zaspokoić ciekawość blogerki, co to głównie posługuje się słowem ;)

  • Monika Górska

    Bardzo ciekawy wpis, przeczytałam z zainteresowaniem. Chyba musze tu częściej zaglądać :)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Bardzo dziękuję. Jak tylko ogarnę obronę pracy doktorskiej to postaram się wrócić do bloga.