Modni jak pan Włodzimierz

13 listopada 2015

Niemal 500 stron, matko ile to pisania – to była moja pierwsza myśl po przekartkowaniu książki Karoliny Sulej „Modni. Od Arkadiusa do Zienia”. A potem otwarłam książkę i poznałam pana Włodzimierza.

image002

Pan Włodzimierz, który przez wiele lat zajmował się handlem odzieżą, twierdzi, iż „polska moda dzisiaj nie istnieje”. Polemice z tym stwierdzeniem ma służyć książka „Modni…”, której Autorka nie zgadza z opinią pana Włodzimierza i poprzez swój subiektywny wybór projektantek i projektantów chce pokazać „czym jest w Polsce moda”, chce nam opowiedzieć „o polskim podejściu do mody”. Z wyborem takich, a nie innych osób, dyskutować nie zamierzam i dziękuję Autorce za zaznaczenie subiektywności wyboru już na wstępie, bo pozwoli nam to na uniknięcie zaklasyfikowania książki jako „obrazu polskiej mody po transformacji” pretendującego do odmalowania całości zjawiska. Takie całościowe podejście nadal czeka na opracowanie, choć na pewno książka Sulej będzie punktem odniesienia dla osób zajmujących się tym tematem.

Dla mnie ta lektura miała w dużej mierze charakter swoistej podróży w czasie, przywołującej wspomnienia. Cykl bohaterek i bohaterów otwiera Viola Śpiechowicz, współtwórczyni marki Odzieżowe Pole, obecnie pracująca jednak nad własną marką. Na hasło „Odzieżowe Pole” przypomniał mi się wywiad, jaki z twórczyniami tej marki przeczytałam lata temu w „Filipince” – byłam wtedy na etapie zauroczenia lnianymi kreacjami i koncepcja marki idealnie wpisywała się w moje upodobania. To był dla mnie bardzo sentymentalny początek lektury i to uczucie towarzyszyło mi w wielu miejscach książki. Wróciło wspomnienie z pokazu Bernarda Hanaoki w Poznaniu czy kolekcji Arkadiusa dla Ravela – teraz odczytanej w nowym świetle przez pryzmat towarzyszących projektantowi zawirowań finansowych i bolesnego uczenia się na własnych błędach. No i jeszcze to moje małe marzenie, żeby „być jak Ewa Minge”, czyli wyhodować na głowie burzę rudych loków. Jednak sentymenty sentymentami, ale nie o to przecież chodzi w książce, żeby filtrować ją przez własne biografie. O co zatem chodzi?

We wstępie czytamy, że Autorkę interesowały „marki z wyrazistymi biografiami osób, które za nimi stoją”. Zatem, żeby znaleźć się w książce obok ciekawej twórczości trzeba dysponować również wyrazistą biografią. Niewątpliwie siłą tej książki, która znajdzie swoje odbicie w wysokiej sprzedaży, jest ściągnięcie zaprezentowanych osób może nawet nie tyle z piedestału, ale z owej legendarnej „ścianki”. Okazuje się bowiem, że owi znani-piękni-kreatywni ludzie nierzadko zderzali się z bardzo trudnymi okresami w życiu, mieli momenty zwątpienia, rozpaczy i bezsensu. A potem wstawali i szli dalej, rozpoczynali od nowa bogatsi o wiedzę i doświadczenia. Dziś możemy o nich przeczytać w książce, a po lekturze wynieść wrażenie, że w każdej chwili możemy skoczyć na kawę do Violi Śpiechowicz, podjechać na rowerze do Dream Nation, a jeśli męski garnitur to tylko u Tomka Ossolińskiego.

Gdyby miała wybrać moje ulubione trzy historie to byłyby to Ewa Minge, Gosia Baczyńska i Local Heroes. Minge – bo choć od lat odnosi sukcesy, utrzymuje siebie i pracowników, to mam nieodparte wrażenie, że polska prasa zrobiła z niej „dziewczynkę do bicia”: że kicz, że angielski do bani, że operacje plastyczne. Rozmowa z Sulej pokazuje zupełnie inną osobę – osobę, z której doświadczenia na pewno mogłyby skorzystać kolejne pokolenia projektantek i projektantów, a dziennikarze… cóż, oni przede wszystkim powinni przeczytać ten rozdział zanim napiszą kolejną bzdurę. Baczyńska – dzieli z Minge wytrwałość, wiarę w siebie i swoje pomysły, lata doświadczeń. Baczyńska jest niezłomna i myślę, że największe sukcesy jeszcze przed nią. A Local Heroes? Na tle pozostałych osób ich wizja marki wnosi niesamowity przytup. Wydaje się, że niczym nieskrępowana intuicja, wyobraźnia i znajomość mediów społecznościowych to gwarancja na sukces nie do podrobienia, którego nie można ująć w sztywne ramy podręcznika. Czytając ten rozdział miałam jednak nieodparte wrażenie, że historia zatacza jednak pewne koło: przebojowość i nieustępliwość dziewczyn z Local Heroes nieodparcie skojarzyła mi się z zachowaniami Jerzego Antkowiaka, który starał się dostać na paryskie pokazy niekoniecznie za okazaniem zaproszenia.

Historie zebrane przez Karolinę czyta się niezwykle szybko. Są takie książki, gdzie po prostu strony lektury przeskakują jedna za drugą i ani się obejrzymy a tu koniec. Zostajemy z pytaniem: to już? Po kilku dniach patrzę na spis treści i pytam sama siebie: jeśli ma to być historia dotycząca fragmentu historii mody w Polsce, to czy mamy tu jakieś przełomy, które niekoniecznie będą związane z życiem osobistym, ale myślę tu raczej o kreacjach czy kolekcjach, które w jakiś sposób potrząsnęły odbiorcami. Jestem ciekawa Waszych odczuć w tej kwestii, bo jak zaczęłam się zastanawiać, która kolekcja Joanny Klimas przywróciła ją do życia, czy może która gwiazda jako pierwsza założyła sukienkę od Paprockiego i Brzozowskiego, to mam z tym problem. Dla mnie pamiętna twórczość to projekty Arkadiusa, Maldorora i Local Heroes. Bardzo chciałabym w tym punkcie poznać opinię takich osób jak Harel, Kasi z bloga Efekty Uboczne czy Tobiasza z Freestyle Voguing, bo ich znajomość polskich marek i kolekcji jest na pewno większa niż moja i tę książkę czytamy z różnych punktów widzenia. Ja pozostaję jednak z wrażeniem, że biografie twórczyń i twórców – choć ciekawe, dające do myślenia, mogące zainspirować i zmotywować do działania – jednak przyćmiły ich twórczość.

Podstawową bolączką polskich publikacji o modzie są zdjęcia, choć zdaję sobie sprawę z kosztów ich zamieszczenia. Zawsze w tym punkcie uważam, że byłoby super dodać ich więcej, ale wiem, że autorzy mogą mieć dobre chęci i archiwa, ale budżet pozostaje bezlitosny. Jednak podobnie jak w przypadku biografii Antkowiaka i w „Modnych…” jedna rzecz mogła lepiej wyglądać: oczywiście daty pod zdjęciami, które niestety nie zawsze się pojawiają.

Druga drażliwa dla mnie sprawa – choć zaczynam podejrzewać u siebie datofilię – to bardzo ogólne określenia czasu przy wielu wydarzeniach z życia i pracy projektantów i projektantek. Przykłady? Proszę: „W Elle pojawiła się w artykule Piękne 40-letnie (…)”  czy „Pierwszy raz zaprezentowała swoje projekty na skwerze Tekli (…)” – to o Joannie Klimas, ale nie dowiadujemy się, w którym roku miały miejsce wspomniana publikacja czy pokaz. Albo „Powstała Krajowa Izba Mody (…)”, a chwilę później „Izba Mody pikowała w dół, musiała się zamknąć” – w tekście o MMC. Jeśli cytowana jest rozmowa Ewy Wieczorek z Arkadiusem z „Wysokich Obcasów” czy tekstu z „Polityki” to dodanie numeru tego wydania też dodałoby książce nieco ścisłości. Warto byłoby dopisać sezon przy kolekcjach Look At Me, Hurricane czy Icons Macieja Zienia, choć w tym przypadku przy odrobinie wysiłku można to wywnioskować z tekstu. Podobnie w przypadku kolekcji Ani Kuczyńskiej – O Mia, At The Top of The Mountain, We Are All Snow Leopards czy L’Avventura czy kolekcji marki Dream Nation. Może i cierpię na datofilię, ale szkoda, że w wielu miejscach Autorka nie podała dat wydarzeń czy cytowanych artykułów.

Zastanawiałam się też nad możliwością większego udziału Autorki w opisywanych sylwetkach. Na przykład w opowieści Joanny Klimas pojawia się kryzys ekonomiczny w tle jej historii i jego wpływ na jej markę. W związku z tym ciekawi mnie, czy i w jaki sposób kryzys ten dotknął (lub nie) inne osoby tworzące w tym samym czasie. Gdy projektantka mówi o inspiracji projektami Ann Demeulemeester to chętnie zobaczyłam zestawienie projektów Klimas i belgijskiej projektantki. Czytając o marce Simple dowiadujemy się, że „to właśnie Simple wprowadziło do Polski modowy minimalizm i nauczyło go Polek” – zdaniem Lidii Kality, a przy Klimas Autorka pisze, iż to ona „wymyśliła dla Polski minimalizm”. Wnioskuję z teksu, że w przypadku Klimas, choć to jej należałoby dać palmę pierwszeństwa we wprowadzaniu minimalizmu w Polsce, to jednak zrobiła to za wcześnie (czyli jednak nie udało jej się go wprowadzić) i dopiero Simple udało się wstrzelić z minimalizmem w swój czas w Polsce. Chętnie przeczytałabym o takich nakładających się na siebie biografiach. Niewykluczone, że taka książka się pojawi, bo „Modni…” – właśnie dzięki subiektywnemu wyborowi Autorki otwierają pole do kolejnej części książki.

We Wstępie Karolina napisała, że „chciałaby mówić o polskim podejściu do mody”. Trudno orzec, czy przedstawione sylwetki są na tyle reprezentatywne, by móc wyodrębnić w nich „gen polskości”. Mnie bliżej do ortodoksyjnego poglądu pana Włodzimierza, iż „polska moda nie istnieje”. Dlaczego? Według mnie możemy mówić o modzie w Polsce, ale ową poszukiwaną polskość wyznacza teren działania, obywatelstwo twórczyń i twórców, a niekoniecznie jakieś podzielane przez nich cechy charakteru – w tę stronę bowiem zmierza opinia Autorki. Z drugiej jednak strony, jeśli poznacie wspomnianego pana Włodzimierza, to diagnoza „polska moda jest jak pan Włodzimierz” wydaje się trafna. Ale czy jego charakterystyka nie byłaby trafna i dla całej rzeszy niepolskich projektantów, którzy poradzili sobie z różnymi przeciwnościami?

Dla mnie ta książka była też fascynująca ze względu na to, jak projektantki i projektanci definiują, czym jest moda (a czasem także, czym jest dla nich sztuka) i jak to się ma do definicji pochodzących z książek naukowych. Czasem mam wrażenie, że to dwa różne światy, ale to jest temat na osobną rozprawkę. Ze swojej strony nie pozostaje mi nic innego jak podziękować Autorce za zgromadzenia tak prowokującego do myślenia materiału badawczego ( i piszę to zupełnie serio).

Te niewielkie uwagi krytyczno-polemizujące, wynikające z mojego subiektywnego chcenia, żeby książki o modzie w Polsce były coraz lepsze, na pewno nie zepsują Wam lektury tej książki. Spisane przez Karolinę Sulej historie są różnorodne, dobrze się je czyta i zajmą Wam więcej niż jedno popołudnie, więc warto sięgnąć po tę książkę. Ja weekend z książką wspominam bardzo przyjemnie.

A na koniec jedna podpowiedź, która chodzi za mną od przeczytania „Modnych…”: zacznijcie trenować noszenie telefonu w skarpetce. Dlaczego? Ha! Odkryjcie sami!

* * *

Karolina Sulej, Modni. Od Arkadiusa do Zienia, Świat Książki, 2015.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za przesłanie egzemplarza recenzenckiego.

Strona Wydawnictwa (KLIK) i fanpejdż (KLIK).