Jak bardzo lubisz zakupy?

9 lutego 2016

O czym myślisz, kiedy kupujesz nowy ciuch? Po przeczytaniu „Życia na miarę” na widok metki „Made in Bangladesh” już zawsze będzie wracał do mnie obraz dziewczyny umierającej w gruzach fabryki Rana Plaza w 2013 roku. Przez pięć dni. Z ciałem w połowie przygniecionym zawalonym budynkiem. I z fotografami, którzy polują na jak najlepsze ujęcie umierającej szwaczki.

Zycienamiare.

Taki obraz otwiera książkę. Nie ma zdjęcia, tylko krótki opis sytuacji. Jego plastyczność mieli wyobraźnię, tego już nie da się „od-czytać”, cofnąć do chwili, kiedy można jeszcze było beznamiętnym wzrokiem przesunąć po okładce ku czemuś bardziej błyszczącemu, bardziej radosnemu, bardziej kolorowemu.

Marek Rabij, autor książki, prowadzi nas do fabryk, pokazuje slumsy, rozmawia z osobami, które są malutkimi trybikami w wielkiej maszynie przemysłu odzieżowego, dzięki któremu my możemy w „dobrej cenie” kupować ubrania. Co składa się na ową „dobrą cenę”? Praca po godzinach, głód, niskie stawki, brak ubezpieczenia, stare maszyny do szycia, budynki grożące zawaleniem, stawianie człowieka na szarym końcu procesu produkcyjnego. Człowieka, który spędza naście godzin przy maszynie do szycia, żeby inny człowiek mógł potem cieszyć się podczas święta zwanego wyprzedażami.

Trudno napisać, że ta książka mi się podoba, albo, że ją lubię. Za to na pewno ją cenię, mimo gigantycznego dyskomfortu po lekturze. Cieszę się, że Marek Rabij podjął temat tragedii w fabryce w Rana Plaza, ale nie skupił się jedynie na momencie, w którym fabryka się zawaliła i zginęło wówczas ponad tysiąc osób, ale wrócił do Bangladeszu po roku, żeby zobaczyć, czy i jakie zmiany zaszły w sposobie produkowania odzieży i ochrony praw pracowniczych.

W książce pojawiają się takie zdania: „Klienci kupują oczami. A ich wzrok – nawet po Rana Plaza – w pierwszej kolejności pada na cenę” (s. 29). Można dodać, że jeśli klient ma w ogóle zastanowić się nad tym, gdzie i w jakich warunkach produkowana jest odzież, to musi dojść do olbrzymiej tragedii pociągającej za sobą tysiące ofiar, bo jeśli w pożarze ginie kilkadziesiąt osób, to jest to za mało by przebić się do ogólnoświatowych mediów. Autor podaje statystyki dotyczące wypadków i pożarów w bangladeskich fabrykach, o których jednak nasze media nie informowały (lub informowały w znikomym zakresie). Smutna to diagnoza dla nas.

Przeprowadzone przez Autora wywiady, zebrane źródła, raporty organizacji pozarządowych odmalowują tragiczny obraz pracy szwaczek i krawców, pokazują, jak działa system zbierania zamówień od zachodnich marek i zlecania wykonania odzieży pokazowym fabrykom, które następie zlecają pracę innym, mniejszym, które nie funkcjonują w oficjalnych danych. O tych mniejszych zachodni zleceniodawcy czasem nie wiedzą, czasem nie chcą wiedzieć. Ważne, żeby produkcja została wykonana na czas i w niskiej cenie. Jednak ten obraz nie jest tak czarno-biało, jak mogłoby się wydawać. Podział na „złych” zleceniodawców i „wykorzystywanych” zleceniobiorców ma raczej wiele odcieni szarości. Choć stawki oferowane szwaczkom są dramatycznie małe, to każde ich podwyższenie rezonuje podwyżką czynszów i żywności, czyli ich sytuacja niewiele się zmienia. W wielu sytuacjach to od bangladeskich właścicieli fabryk zależy realna poprawa ich losu – wymagałaby ona jednak podzielenia się zyskami, które właściciel fabryki osiąga. Autor wskazuje też, że to właśnie praca w szwalni wpływa na emancypację kobiet, które przestają być zależne od mężczyzn. Nie jest to jednak przedstawione jako pociecha dla poruszonych losem szwaczek czytelników i czytelniczek, ani też jako usprawiedliwienie kupna kolejnego elementu garderoby. To jest przedstawienie bangladeskiego świata, jego realiów, jego całego elementarza problemów i wyzwań.

Bardzo ważne w tej książce są rozmowy z mieszkańcami miejscowości Dhaka, w której mieściła się Rana Plaza. Na tle wielkiej maszyny produkującej odzież możemy poznać indywidualne losy ludzkie, ich codzienność, historię, trudności, z jakimi się zmagają. Dlaczego to takie ważne? Podczas jednej z konferencji słuchałam prezentacji, podczas której prelegentka opowiadała o produkcji w ramach sprawiedliwego handlu prowadzonej przez zachodnią firmę we współpracy z hinduskimi kobietami. Podkreślała, że pracują one odpowiednią do ich możliwości liczbę godzin, a ich wynagrodzenie jest godziwe. Na slajdach migały piękne tkaniny przeplatane twarzami kobiet z Indii. I tak od slajdu do slajdu dotarliśmy do sesji pytań. Miałam pytanie. Pytanie brzmiało: „A co o tym wszystkim myślą te kobiety? Czy one są zadowolone? Czy ktoś z nimi rozmawiał?”. Odpowiedź brzmiała… „Nie”. Prelegentka tłumaczyła to problemami językowymi, nieznajomością hinduskiego dialektu, którymi posługiwały się kobiety (sama będąc hinduską z pochodzenia studiującą i pracującą w Londynie). I wtedy pomyślałam sobie, że te hinduskie kobiety są po prostu kolejnym rekwizytem w hodowaniu dobrego samopoczucia zachodnich konsumentów produkowanych przez nie tkanin. Owszem, doceniam, że dostały pracę, o którą trudno w regionie, a ich stawki są ustalone na poziomie zapewniającym im spokojny byt. I oby więcej takich akcji. Tylko zabrakło mi tu czynnika ludzkiego. Tylko tyle. Dlatego tak bardzo doceniam wkład Autora w dotarcie do ludzi, którzy opowiedzieli mu o swoim życiu.

Jeden z nich, Ziaul, powiedział: „Nie chcemy litości. Współczucie pomaga głównie współczującym. (…) Naprawdę potrzebujemy jedynie waszej uwagi” (s. 9). Współczucie przyjemnie mizia, bo nam samym pokazuje, jaką to mamy wrażliwą wrażliwość. Często jednak kończy się ona po przekroczeniu drzwi z napisem „SALE”. Możemy natomiast starać się pamiętać przy każdych kolejnych zakupach, żeby choć chwilę zastanowić się nad metką „Made in … „, czy zaspokoi ona naszą przyjemność konsumowania kolejnej rzeczy.

Autor w swojej książce nie przyjmuje jednak tonu dydaktycznego, nie poucza. Zebrane przez niego informacje mówią same za siebie. Sytuacji w Bangladeszu nie zmienimy z dnia na dzień, ale powoli, krok po kroku, możemy wpływać na jej ewolucję. Jedna z moich znajomych ogłosiła rok 2016 rokiem bez kupowania ciuchów, stawiając na większą dbałość o te, które już ma, i naprawianie tych, które da się naprawić. Jeśli komuś rok wydaje się zbyt wielkim wyrzeczeniem, to może na początek miesiąc, tak w ramach eksperymentu? Przez miesiąc żadnego ciucha, nawet skarpetki. A jeśli już, to tylko te produkowane lokalnie, gdy wiemy, gdzie i jak powstały.

Próbujemy?

* * *

Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015.

Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przesłanie egzemplarza recenzenckiego.

Link do strony Wydawnictwa (KLIK).

Fanpejdż Wydawnictwa W.A.W. (KLIK).

  • kran lamparton

    W sumie… Od ponad pół roku nie kupowałam żadnych ubrań.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      I jak się z tym czujesz? Czy może to zupełnie neutralne?

      • kran lamparton

        Zorientowałam się dopiero podczas czytania tego tekstu. Raczej rzadko chodzę na zakupy, bo nie mam potrzeby, a jeśli kupuję coś nowego to dlatego że potrzebuję/podoba mi się już jakiegoś czasu.

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Zazdroszczę tak racjonalnego podejścia. Mnie się udaje jakiś czas powstrzymać, odkładać zakupy na wyprzedaże, a czasem i tak szaleństwo bierze górę (ale coraz rzadziej, w tym cała moja nadzieja ;)).

  • http://motyw-kobiety.miejsce-akcji.pl Motyw Kobiety

    Raczej nie chcę sobie narzucać zakazu kupowania ciuchów- bo wiem, że będę ich potrzebować. Niestety są często tak kiepskiej jakości, że roku nie wytrzymają, nierozciągnięte na przykład.
    Zastanawiam się, czy rezygnując z kupowania rzeczy z np.Bangladeszu, nie pozbawimy tych kobiet pracy w ogóle? Nie chcę tu dyskutować o warunkach pracy, jednakże 2 $ w Indiach czy Bangladeszu to nie to samo, co 2$ w Europie – tam to mnóstwo pieniędzy!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Autor też nie wskazuje tej drogi – bo gdybyśmy nagle wszyscy przestali kupować ciuchy z metką ‚Made in Bangladesh’ to jaki miałoby to wpływ na osoby zatrudnione tam w przemyśle odzieżowym? Jaką miałyby alternatywę, żeby zarobić jakiekolwiek pieniądze? Inna sprawa, że choć – jak piszesz – inną siłę nabywczą mają dwa dolary w Europie i dwa dolary w Bangladeszu, to mimo wszystko te zarobki są tam także niskie i wzrost płac szwaczek jest konieczny.

  • http://www.narwany.com.pl/ Narwany

    Kupując produkt widizmy tylko to co już jest, czyli gotowy efekt. A jeśli choć jedna nikt wystaje, t od razu idziemy z reklamacją do sprzedawcy. Dla nas to norma, ale gdyby przenieść się w inną rzeczywistość, albo spróbowąć samemu uszyć takie ubranie. Ciekawe, czy wtedy byli byśmy też tak krytyczni.

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Mogę tylko odpowiedzieć za siebie: zrobiłam kiedyś podstawowy kurs krawiectwa i jestem jeszcze bardziej krytyczna wobec odzieży w sklepach, a już zupełnie krytyczna wobec wielu ciuchów ‚od młodych projektantów’, bo mam świadomość, jak wiele rzeczy należy uszyć. Ale rzeczywiście, gdybyśmy nagle wszyscy musieli samodzielnie szyć sobie ubrania, to pewnie wiele osób nagle spojrzałoby przychylniejszym okiem na sieciówkową jakość.

      • http://www.narwany.com.pl/ Narwany

        Na jakość, to może nikoniecznie, ale na to ile wysiłku zostalo włożone w t-shirt, który idzie do prania po jednym dniu a czasami do kosza po tygodniu.

        • http://www.modologiablog.pl/ modologia

          Tak, z tym się zgodzę, być może wówczas szacunek do rzeczy byłby większy i dbalibyśmy o nie bardziej.