Zrób sobie wystawę

23 lutego 2016

Nadchodzi nowa fala w oceanie mody. Ta fala przyniesie nam nową grupę modowych wyznawców, należących do szybko rosnącej grupy: kuratorów. Kuratorów mody naturalnie.

Skąd ta mroczna wizja? Z jednej strony rosnąca popularność wystaw poświęconych modzie i ubiorom, z drugiej – nowopowstałe kierunki studiów kształcące na specjalizacji kuratorskiej, z trzeciej – już wiemy, że przebicie się na rynku jako projektant graniczy z cudem (chyba, że od samego początku mamy takie atuty jak pieniądze i bycie osobą sławną z innego powodu), a faktyczne wcielenie tego planu w życie to krew, pot i łzy, a po co się męczyć. Ze strony czwartej, do bycia dziennikarzem/krytykiem lub dziennikarką/krytyczką mody potrzeba jednak wiedzy, z którą się nie rodzimy. Jeśli jako blogerka od mody dostrzegam konieczność znajomości historii i teorii mody, historii sztuki, socjologii, pop kultury i jeszcze paru innych dziedzin, to co musi wiedzieć dziennikarz/krytyk? Piąte oblicze stanowi mało pożądana kariera akademicka, bo nie dość, że krew, pot i łzy to jeszcze kurz czytelni. A taki kurator to fajna praca. Ogląda i wybiera obiekty na wystawę, buszuje po przepastnych archiwach i ogląda te wszystkie diory, żiwąszi czy kałakubo z minionych dekad, a w czasie pracy może legalnie czytać Vogue’a. No cud, miód i mleko sojowe. Kto nie chciałby mieć takiej pracy? Bo ja chciałabym.

W zeszłym roku o tej porze jakiś tydzień dzielił mnie od wyjazdu na staż do antwerpskiego Muzeum Mody. Napisałam podanie z prośbą o przyjęcie na staż (i z myślą, że mogę tam ksero robić, byleby doświadczyć codzienności przygotowywania wystawy w tej instytucji) i po wymianie kilku maili dotyczących czasu trwania stażu, moich oczekiwań i obowiązków – zostałam przyjęta. Radość to mało powiedziane. Ja nie mogłam uwierzyć, że ja w te diory, żiwąnszi i kałakubo, i to w dodatku w Antwerpii. Ja chętnie je nawet skseruję i zrobię im kawę! Pojechałam.

No dobra. Tak naprawdę to nie miałam wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądała moja codzienność. Idąc pierwszego dnia do Muzeum najwięcej czasu spędziłam zastanawiając się, co należy na siebie założyć (wiem, mizeria straszna, ale skoro doktorat w tym czasie powędrował do recenzentów, to z przyzwyczajenia do stresu czymś stresować się musiałam). Pierwszego dnia od razu wzięłam udział w rozmowie na temat przygotowywanej wystawy i towarzyszącej jej książce. Moja praca zaczęła się od ‚image research’, czyli dostałam od kuratora plik ze zdjęciami, do których miałam odnaleźć fotografów, ustalić prawa autorskie i wynegocjować dobrą stawkę. Jasne? Jasne. A to, że nie robiłam tego nigdy w życiu? „Poradzisz sobie” – usłyszałam. I tak rozpoczęła się moja pięciomiesięczna przygoda. Daruję sobie szczegóły negocjacji, ale w przypadku tego zadania na zawsze zapamiętam odkrycie fantastycznego projektanta butów, Japończyka Tokio Kumagaï, oraz przemiłą korespondencję z biurem Petera Lindbergha. Negocjacje prowadziłam dla około trzystu ilustracji. Do tego doszła jeszcze korespondencja z różnymi muzeami i domami mody w poszukiwaniu interesujących kuratora egzemplarzy butów oraz wizyta w londyńskim archiwum świetnego projektanta butów Patricka Coxa, który w latach 90-tych zaprojektował obuwniczy must-have: buty nazywane wanna-be. Pracy było mnóstwo, a pojęcie „pracy pod presją czasu” zyskało nowy wymiar. Czy żałuję? Wcale! Nauczyłam się, jak dużo pracy wymaga współpraca przy wystawie i publikacji, a przecież do pozycji kuratora było mi bardzo daleko.

Dlaczego o tym piszę? Bo czytając publikacje naukowców o wystawach mody, artykuły o zawodzie kuratora wystaw modowych i przeglądając programy studiów mające przygotować do tego zawodu mam czasem nieodparte wrażenie sporego rozdźwięku między wizerunkiem kuratora a codziennością tego zawodu. Nie twierdzę, że pięć miesięcy w MoMu zrobiło ze mnie specjalistkę i teraz mogę pouczać wszystkich ex cathedra podpierając się tytułem naukowym. Ale na podstawie tego, czego się nauczyłam i co mogłam przez te kilka miesięcy zaobserwować, chciałabym się podzielić z Wami kilkoma spostrzeżeniami.

Przede wszystkim: kurator nie działa sam. Kurator jest częścią zespołu, a do jego podstawowych umiejętności powinna należeć umiejętność pracy w zespole i kierowania jego pracami tak, aby kolejne etapy organizowania wystawy były na czas. O ile kurator jest „mózgiem” planowanej wystawy, to i tak konsultuje pomysł z innymi specjalistami – nie można znać się na wszystkim. Kurator planując wystawę może polegać na obiektach jedynie z własnej kolekcji, ale często na wystawie pokazywane są obiekty pochodzące z kolekcji z całego świata, pochodzące z różnych instytucji i od osób prywatnych. W przypadku antwerpskiej wystawy o butach, która gromadziła około 500 obiektów, dla każdego z nich trzeba podpisać umowę, ustalić warunki przesyłki, a następnie odesłania obiektu po zakończeniu wystawy. Umowami zajmowała się inna osoba, która pilnowała, żeby w tym wszystkim się nie pogubić. Na wystawie pokazywane są nie tylko buty, ale także zdjęcia czy fragmenty filmów – to też nie bierze się znikąd. Całą instalację wystawy też trzeba zaplanować – czy buty mają być w na metalowych podstawkach, czy można uzyskać efekt ich zawieszenia w powietrzu, na jakiej wysokości, w jakiej odległości od witryny, na jakim tle. I gdzie rzutnik, a gdzie wbudować wideo. Na jaki kolor pomalować wnętrze. Jak ma wyglądać oświetlenie sal i obiektów. A zanim ta cała aranżacja się zacznie, to w przypadku instytucji państwowych należy najpierw rozpisać przetarg dla firm, które zgłoszą się jako wykonawcy. Tym zajmowała się kolejna osoba pracująca w muzeum i zewnętrzni wykonawcy scenografii. Na przykład pan, który przygotuje dla tych pięciuset butów pięćset podstawek o różnych wysokościach. I jak słusznie już podejrzewacie buty same nie wejdą na te podstawki. Trzeba je na nich umocować (mocowanie jednego buta to ok. 10 minut, ale już taki sandałek fiu bździu od Louboutin’a, co ma jakieś tasiemki, paseczki i kwiatki trzeba umocnić również od wewnątrz specjalnie dostosowanymi plastikowymi paskami). Kiedyś obliczyliśmy, że dla samego mocowanie butów jedna osoba musiałaby pracować bez przerwy przez miesiąc (w ramach dnia pracy). Do tego dochodzi współpraca z działem konserwatorów, którzy muszą buty przygotować na wystawę – to kolejne trzy do pięciu osób. No i przygotować opis każdego (KAŻDEGO) obiektu na wystawie – buta, fotografii, filmu, rysunku… – z uwzględnieniem praw autorskich, właścicieli i standardowo w trzech językach (holenderskim, francuskim i angielskim). Przypominam, że jeszcze nie zaczęliśmy pracy nad książką, która towarzyszyła wystawie, ale ten wątek zostawię na osobny wpis.

W tym opisie pominęłam wiele pomniejszych czynności oraz fakt, że w tym samym czasie pracuje się już nad kolejną wystawą (w marcu rusza w Antwerpii fantastyczna wystawy Game Changers. Reinventing the 20th Century Silhouette KLIK – pokazane tam obiekty są niesamowite), oraz zbiera materiały do jeszcze następnej i planuje kolejne. Nad tym panuje kurator. Czyli tyra. Bardzo jestem ciekawa jak przekazują tę codzienność na studiach.

Być może widzę jednak sprawy zbyt ciemno, a wymaganie oglądu i ogarnięcia całego przedsięwzięcia jakim jest przygotowanie wystawy to zbyt wiele jak na początkujących adeptów kuratorskich studiów. Oczywiście, że własnej kariery nie zaczyna się od projektu, w którym łączy się ze sobą setki obiektów prezentowanych w wielu salach. Zwykle są to mniejsze przestrzenie, czasem z kilkunastoma czy kilkudziesięcioma obiektami, których złożenie jest efektem współpracy kilku osób. Bo to chcę bardzo podkreślić: współpraca, współpraca i jeszcze raz współpraca jest czynnikiem, który wpływa na sukces wystawy. Wymyślenie idei przewodniej i złożenie jej w wyobraźni z wymarzonych obiektów to może 10% pracy. Pozostałe 90% to zderzenie idei z rzeczywistością, czyli budżetem, dostępnością obiektów i załatwienie spraw związanych z montażem i logistyką przedsięwzięcia. Możecie sobie chcieć pokazać na wystawie buty Alexandra McQueen’a z kolekcji Plato’s Atlantis, ale jeśli ich właściciele lub marka ich nie udostępnią to ich po prostu na wystawie nie będzie (przy okazji staniecie o krok zarzutu o nękanie pracownika muzeum, które ów but posiada, dobijecie się do agenta Lady Gagi, a w biurze AMQ …. no tam teraz dacie im od siebie odpocząć).

Mając taką perspektywę z wielką ciekawością czekałam na styczniowe spotkanie „Curation. Fashion in Context” w Berlinie, które miało miejsce w Ambasadzie Finlandii. Zaproszeni goście, wśród których znalazła się i Hazel Clark z nowojorskiego Parsonsa, i Marie Riegels Melchior z Kopenhagi (autorka świetnej książki Fashion and Museums. Theory and Practice, KLIK ) czy Marco Pecorari, również z Parsons The New School for Design (w Paryżu), który niedawno został Dyrektorem Programowym ścieżki Fashion Studies – to była gwarancja, że będę mogła wysłuchać osób, które o przygotowywaniu wystaw sporo wiedzą. Sympozjum towarzyszyła wystawa Boutique - Where Art Meets Fashion (którą można oglądać do 28. marca w Berlinie, KLIK, wstęp wolny), także wyjątkowo teoria spotykała się w jednym miejscu z praktyką. Chciałam też skonfrontować to, czego sama się nauczyłam, z doświadczeniem i wiedzą zaproszonych gości, żeby móc zarysować dla samej siebie kierunek – wybaczcie pretensjonalne słowo – kariery.

IMG_0042

Głowa lali – jednego z obiektów z berlińskiej wystawy. Nigdy nie wpadłabym na to, do czego się odnosi.

To spotkanie pokazało mi kilka ciekawych aspektów przygotowania do pracy kuratora, szczególnie jeśli przygotowywana wystawa ma dotyczyć mody i ubioru (i przy okazji stawiam pytanie: kurator modowy czy kurator mody?). Najlepsza sytuacja to możliwość łączenia studiów z dostępem do bogatego archiwum ubrań, czy to państwowych, czy prywatnych. Taka luksusowa sytuacja jest na jednym z włoskich uniwersytetów, które współpracuje z prywatnym kolekcjonerem posiadającym ponad 20 000 obiektów. Przyszli kuratorzy mogą zapoznać się z oryginalnymi ubiorami i sposobami ich przechowywania i konserwacji. Przy dużym szczęściu mogą także wykorzystać te obiekty w przygotowaniu projektu własnej wystawy pod opieką osoby prowadzącej zajęcia, która ma doświadczenie nie tylko w prowadzeniu badań naukowych, edukacji i pisaniu recenzji z wystaw, ale przede wszystkim doświadczenie w ich przygotowywaniu w przestrzeni muzeum.

Dlaczego ten ostatni punkt jest ważny? Bo przestrzeń jest elementem narzucającym kształt ekspozycji. Jeśli mamy do dyspozycji dużą halę, to od razu należy myśleć i o tym, czy będziemy chcieli tę przestrzeń podzielić i w jaki sposób to zrobić. Jeśli jest bardzo wysoki sufit – to również daje określone możliwości lub ograniczenia. Interesującym projektem kuratorskim przygotowanym przez studentów tym razem szkoły berlińskiej było przygotowanie wystawy w opuszczonym budynku, który jest wynajmowany na różne wydarzenia. Znali tę przestrzeń, ale mogli ją zagospodarować dopiero kilka godzin przed otwarciem wystawy, co z góry określało, co można i czego nie można zainstalować. Zatem strojenie ścian w kwiaty przez dwa dni odpada.

Pytanie, które zawisło w powietrzu bez odpowiedzi, postawiła wspomniana powyżej Marie Riegels Melchior: czy muzea promują fetyszyzowanie obiektów? W kontekście spotkania chodziło głównie o fetyszyzowanie ubiorów, o tworzenie wokół nich atmosfery uwielbienia, szacunku i stawiania na równi z uznanymi dziełami sztuki. Oczywiście ponownie pokłoniło się tu także pytanie, czy moda jest, czy nie jest sztuką, ale ten wątek nadal pozostaje na poziomie kawiarnianych dyskusji, bo dopóki badacz nie poda definicji pojęć „moda” i „sztuka”, to uważam, że nie mamy o czym dyskutować. Osobiście proponuję delikatnie uściślić to pytanie do postaci „czy ubiór może być dziełem sztuki?”, co pozwala wyeliminować jedno pojęcie, a dyskusji na pewno nie zuboży. Z drugiej strony to właśnie o owo „fashion” chodzi, żeby tę „modę” poddać – jak nazywam to na użytek własny – „usztucznieniu” (ang. artification of fashion). W tym miejscu chciałabym zatrzymać jednak przemyślenia, bo nadal nie znalazłam takiej definicji sztuki, którą mogłabym sensownie wykorzystać w swoich rozważaniach. Niemniej jeśli ktoś chciałby kontynuować ten temat, to jestem do dyspozycji.

Obok powyższego „usztucznienia” pojawiała się też kwestia „umodowienia” (ang. fashionalisation) wystaw. Oczywistym jest, że jeśli wystawa ma w tytule słowo „moda” to lepiej sprzedaje wydarzenia. Także o ile sex sells na pierwszym miejscu, to fashion sells na pewno stoi tuż obok. A ponieważ z modą to jak z psychologią – każdy się na niej zna i WIE, to cóż trudnego zrobić taką wystawę o modzie. Noszę codziennie ubrania? Noszę. Czytam magazyny kolorowe w papierze i na ekranie? Czytam. Śledzę blogosferę? No to droga do kuratorowania prosta.

Niestety obok dobrych przykładów podanych wcześniej, okazuje się, ze osoby z zapleczem akadmickim też mają zakusy na kuratorowanie i pod tym względem w dwóch przypadkach obudził się we mnie spory znak zapytania.

Po raz pierwszy znak zapytania drgnął, kiedy Annamari Vänskä, kuratorka pokazanej w ambasadzie Finlandii wystawy Boutique – Where Art And Fashion Meet, stwierdziła, że w swoim projekcie nie zajmowała się kuratorowaniem obiektów, ale ludzi. Co to znaczy? Jak wyjaśniła, jej rola jako kuratora polegała na tym, żeby zgromadzić pary lub zespoły projektant + artysta, którzy w temacie „moda i sztuka” mieli tworzyć wspólne dzieła. Myślę, że jeśli chodzi o pomysł wystawy z gatunku: „zaproszę X osób, rzucę im temat i niech działają” nie wymaga specjalnie wiele wysiłku w przypadku, gdy mamy do czynienia z twórcami dopiero zaczynającymi swą pracę i którzy chętnie zaangażują się w taki projekt. Jeśli kuratorka nie ingeruje w żaden sposób w ich pracę, a jej rola sprowadza się jedynie do wyszukania twórców, a następnie do zdecydowania jak rozstawić obiekty w określonej przestrzeni, to czy określenie „kurator” nie jest ciut na wyrost?

Drugi znak zapytania dotyczył edukowania przyszłych kuratorów przez Marco Pecorari. Zapytałam go o to, w jaki sposób kształci przyszłych adeptów i adeptki tego zawodu. Wcześniej w swoim wystąpieniu mówił o przedmiotach takich jak historia mody, historia sztuki, techniki przygotowywania wystaw oraz uczenie o przełomowych wystawach sztuki i mody. To są jednak przedmioty teoretyczne, więc interesowało mnie, w jaki sposób uczy konkretnego budowania wystawy. Odpowiedź mnie rozczarowała: okazało się, że poza wizytami w archiwum paryskiego Les Arts Decoratifs (co jest super, bo kontakt z archiwami jest bardzo ważny), pan Pecorari zrobił ze studentami jeden mały projekt w ramach uczelni. Przyznał również (to chyba z rozpędu), że sam nie posiada żadnego doświadczenia w przygotowywaniu wystaw. Strzał w oba kolana, że tak pozwolę to sobie podsumować.

Z berlińskiego spotkania wyszłam więc z mieszanymi odczuciami. Dominującym odczuciem było przekonanie, że budowanie w studentach przekonania, że mogą być kolejną Dianą Vreeland czy Haroldem Koda – choć wyrabia myślenie w kategorii think big – to w rezultacie może okazać się czasem bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Ze swojej strony dodam, że jak przyszły kurator bądź kuratorka opanują plik z 300-400 obiektami, w którym co chwilę muszą wprowadzać zmiany dotyczące dostępności obiektów, kosztów jego sprowadzenia i sposobu wyeksponowania, i po tym ćwiczeniu cierpliwości i pokory ich nie odrzuci to…. wówczas mogą dostąpić przyjemności przygotowywania opisów obiektów pokazywanych na wystawie (standardowo w języku ojczystym i angielskim), to wtedy…. jeszcze przy okazji pomalują podłogę w muzeum – no to wtedy przynajmniej sprawdzą, czy są w stanie opanować podstawowe czynności i zdecydować się na wieloletnie asystowanie przy różnych wystawach, żeby sprawdzić własne predyspozycje, zdobyć doświadczenie i konsekwentnie dreptać swoją kuratorską ścieżką.  Najważniejsze jednak, by taka osoba miała dużą wiedzę oraz by potrafiła współpracować w zespole, organizować pracę swoją i innych oraz elastycznie reagować na zmieniające się możliwości zrealizowania wystawy według własnego marzenia.

Szczerze? To mnóstwo frajdy jest dla lubiących ciągle uczyć się nowych rzeczy i dużo pracować. Polecam – Blogerka.