[Gość] Modna, czyli jaka? Rozważania wokół wystawy „Modna i już!”

7 kwietnia 2016

O wystawie Modna i już! Moda w PRL poświęconej modzie PRLu prezentowanej obecnie w Muzeum Narodowym w Krakowie (KLIK) słyszeli już chyba wszyscy zainteresowani historią mody. Część już nawet widziała wystawę. Ja również pofatygowałem się zobaczyć ją na własne oczy. Słowo „pofatygowałem się” jest jak najbardziej na miejscu, gdyż wspaniałe PKP dowiozły mnie do Krakowa w siedem i pół godziny (!) Ale nie jest to skarga. Chciałem tam być, zrobiłem to z własnej woli i tym bardziej się cieszę, że misja zakończyła się sukcesem. Nie raz zresztą powtarzałem, że oglądanie ubiorów na żywo jest ważnym doświadczeniem (KLIK). 

Ale nie tylko ubiory się liczą. Istotna jest też przestrzeń wystawy itp. Dlatego od razu z czystym sumieniem polecam wyprawę, wyjazd lub po prostu spacer (w zależności, kto gdzie mieszka) do gmachu głównego Muzeum Narodowego w Krakowie. Jest na to czas do 17. kwietnia.

20160218_143243

Na wystawie najistotniejsze są same obiekty. Nie mam w tej kwestii wątpliwości. W znacznej mierze są to rzeczy pokazywane rzadko lub wręcz po raz pierwszy. Doceniam to bardzo. Pozytywnie odbieram również samą aranżację, która jest estetyczna (no, może poza koszmarną czarną wykładziną w sekcji poświęconej Modzie Polskiej), co ma duże znaczenie, zwłaszcza, że wystawa dotyczy czegoś tak estetycznego jak moda.

To pierwsza taka wystawa prezentująca modę minionego ustroju. To oczywiste, że nie mówi ona o wszystkim, nie ujmuje wielu zjawisk. Naturalne jest też także, że osoby pamiętające czasy przed 1989 rokiem też mają swoje oczekiwania czy wyobrażenia dotyczące mody w PRL-u i niekoniecznie muszą się one pokrywać z tym, co prezentowane na wystawie. To również jest to dla mnie jasne i nie stanowi problemu. Nie chcę się też na tym koncentrować .

Ale jest według mnie ważne i potrzebne, by dyskutować na polu merytorycznym z Autorkami wystawy czyli Paniami Joanną Kowalską (MNKr) oraz Małgorzatą Możdżyńską – Nawotką (MNWr). Nie dla samej dyskusji czy spierania się, ale po to by wspólnie rozważać teoretyczne problemy związane z badaniem mody PRL-u i prezentowaniem mody w muzeum.

Jakież zatem wątpliwości wzbudzać może wystawa? Rzecz jasna odpowiadam za siebie.

Pierwsze rozterki pojawiły się u mnie już przy sekcji „Awantura o New Look”. Przede wszystkim chciałbym jako widz zobaczyć choć odrobinę tej awantury. Tzn. jest o niej mowa, ale de facto jej nie widać. Moim zdaniem dobrze by było pokazać jakąś wizualną/graficzną reprezentację tego, co było po przeciwnej stronie New Look’u, czyli np. plakat socrealistyczny z robotnicą na traktorze. Oczywiście można zignorować tę uwagę jako „czepialstwo”, ale ja widzę to w szerszym kontekście. Przede wszystkim nie dotyczy to tylko tej sekcji. Podobne zestawienia mogłoby się znaleźć i w innych, późniejszych działach. Po co? A po to, by wyraźniej poprowadzić wystawę zgodnie z zapowiedzią we wstępie. Cytuję: Wystawa organizowana wspólnie przez Muzeum Narodowe w Krakowie i Muzeum Narodowe we Wrocławiu pokazuje, jak trudne i ważne było bycie modną w PRL-u. Świat mody był dla kobiet miejscem ucieczki przed nieprzychylną rzeczywistością komunistycznego państwa. Polki z determinacją podążały za modą, a inspiracje starały się czerpać przede wszystkim z Zachodu. Kobieta chciała być „modna i już!”, chociaż w szarej rzeczywistości pustych półek sklepowych nie było to łatwe. Dziesiątki ubiorów zgromadzonych na wystawie dowodzą kreatywności i przedsiębiorczości mieszkanek Polski Ludowej. Właśnie moim zdanieniem tego, wobec czego moda mogłą być ucieczką lub rodzajem buntu po prostu na wystawie nie widać. W zasadzie polityka, przecież tak kluczowa, bo związana ze swobodami osobistymi, poza wspomnieniem jej w kilku opisach nie istnieje na wystawie. Można powiedzieć, że wystawa jest o modzie, a nie polityce. Oczywiście.  Ale jeśli we wstępie o tym się wspomina, to dobrze jednak, by kontunuować wątek na ekspozycji. Nawet widzę takie miejsce. To miejsce zajmują suknie ślubne ;) A zupełnie serio… gdyby rzeczywiście tam właśnie umieścić te elementy związane z władzą, z ograniczaniem swobód, z gospodarką planowaną itp., to byłby to idealny punkt odniesienia do wszystkich pozostałych sekcji. Jest to bowiem samo centrum wystawy. Dzięki temu z każdego punktu widz oglądałby kątem oka trudną, PRL-owską sytuację i odnosił ją automatycznie do oglądanych ubiorów.

Druga kwestia budząca moje zastanowienie,  także pojawiła się wyraźnie w sekcji poświęconej New Look’owi.  Otóż zrodziło się w mojej głowie pytanie: jaki zakres ma pojęcie „ moda w PRL”? Czy to wszystko, co noszono wówczas w Polsce? Czy może tylko to, co wyszło z polskich zakładów, pracowni, wreszcie domów? Może i są to dla wielu Czytelników rozważania akademickie, ale właśnie o to chodzi. Wystawa jest też przecież konstruktem intelektualnym, a nie tylko estetycznym. Wracając do pytanie, jakie zrodziło się w mojej głowie… otóż wywołały je pantofelki od Diora. No i cóż teraz z tym począć w kwestii peerelowskiej mody? To, że ktoś mógł je nosić w powojennej Polsce nie budzi we mnie sprzeciwu. Żeby nie było. Ale czy w takim razie jest to moda w PRL czy po prostu moda PRLowska?

Odpowiedź, choć nie wyrażona wprost, znajduje się jednak na wystawie. Choć precyzyjniej byłoby powiedzieć, że to, czego Autorki nie uznały za modę w PRL po prostu nie znalazło swojego miejsca na wystawie. Czego nie ma? A chociażby tych produkowanych masowo w tysiącach sztuk spódnic, bluzek czy innych elementów garderoby.  Nie ma szaroburej bylejakości i dziesiątek ubranych podobnie osób (takie sytuacje pamiętam z mego dzieciństwa). Jednak odpowiedź co jest modą, a co nie, udzielona w formie przemilczeń jest mało satysfakcjonująca, przynajmniej dla mnie. Może przecież to być  nie świadoma odpowiedź, ale brak wynikający z innych względów. Trudno to jednoznacznie ocenić.  W takim wypadku odpowiedzi powinien udzielić katalog. Ale i tam się ona wyraźnie nie pojawia. Znów można powiedzieć: ale czy to takie ważne, jak rozumiemy tę peerelowską modę? Moim zdaniem bardzo. Bo tylko określając zakres pojęcia jesteśmy w stanie  rozmawiać konstruktywnie i ostatecznie się porozumieć. Nie chodzi o to, by zgadzać się co do definicji, by wybrać „jedyną słuszną” itd… NIE. Ale gdy ustalamy zakres pojęcia, łatwiej podejmować kolejne decyzje (np. co pokazać) i tym samym łatwiej stworzyć spójną całość, odrzucić niepasujące elementy.

To nie są oczywiście łatwe kwestie do przedyskutowania w jeden wieczór, ale jeśli chcemy (a ja chcę), by moda, jako dziedzina akademicka rozwijała się w Polsce, to tę drogę trzeba będzie przejść. Wierzę, że warto.

 Piotr Szaradowski / Muzealne Mody (KLIK)