Najbardziej dygresyjna recenzja książki

14 kwietnia 2016

Pamiętam ten stres, jak maszerowałam do antwerpskiego Muzeum Mody na swój pierwszy dzień stażu. Zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, jeśli chodzi o zakres moich obowiązków. Nigdy wcześniej nie pracowałam w muzeum, ale chciałam sprawdzić, w jaki sposób mogę wykorzystać swoje dotychczas zdobyte umiejętności i wiedzę poza murami uniwersytetu. Zgłosiłam się więc na staż na Antwerpii i dostałam odpowiedź pozytywną. Pojechałam.

Pierwszego dnia już po godzinie uczestniczyłam w spotkaniu dotyczącym wystawy i towarzyszącej jej książki. Od razu dowiedziałam się, że czasu jest mało, pracy dużo, a moje zadanie będzie polegało na poszukiwaniu osób mających prawa autorskie do zdjęć, które mają pojawić się w książce i negocjowaniu cen tych zdjęć do poziomu możliwie jak najniższego. Jasne? Jasne. To, że nie robiłam tego nigdy wcześniej, nie stanowiło problemu. Stres wymieszał się z zachwytem, że oto ja, mało znana doktorantka z zimnej Polski (stereotypy na temat naszego kraju to temat na osobną historię) siedzę oto w jednym z najlepszych muzeów mody w Europie i pracuję z ludźmi, od których można się mnóstwo nauczyć.

FootPrint-04

Buty: Tokio Kumagaï, ok. 1989 roku, skórzane sandały z motywem oka, włosie na przodzie buta pochodzi ze szczotki do malowana. Photo: MoMu/Frédéric Uyttenhove

Na pierwszy ogień w mojej zdjęciowej przygodzie poszedł Tokio Kumagaï . Słyszeliście o nim? Raczej nie. A pamiętacie buty-zwierzątka Marca Jacobsa sprzed kilku lat? Raczej tak, szalały po mediach społecznościowych i blogach budząc zachwyt fashionistek. Gdybyśmy jednak lepiej znali historię projektantów obuwia to pomysł Jacobsa potraktowalibyśmy jako wtórny. Buty-myszki czy buty-gęsi zaprojektowane przez Kumagaï to kolekcja jesień-zima 1983, niemal trzy dekady przed Jacobsem. Kilka ze zdjęć do katalogów kolekcji Kumagaï zrobił Peter Lindbergh, z którego biurem negocjowałam stawki – i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że zupełnie nieźle mi to wychodzi.

I tak zaczęłam odkrywać nie zawsze znanych mi projektantki i projektantów butów, którzy zdaniem Geerta Bruloot (kuratora wystawy oraz głównego pomysłodawcy książki) w szczególny sposób zapisali się w historii projektowania obuwia. Jest to jednak historia szczególna, bo Geert Bruloot i jego partner Eddy Michiels są właścicielami kultowego butiku obuwniczego w Antwerpii istniejącego od 1984 roku. Ze względu na bliskość antwerpskiej szkoły projektowania mieli oni szansę obserwować i współpracować z takimi osobami jak Martin Margiela, Dries van Noten, Dirk Bikkembergs, Ann Demeulemeester czy duet A.F.Vandevorst. Obserwowali powstanie Antwerpskiej Szóstki i pierwsze kolekcje Margieli, a teraz uczestniczą w corocznych pokazach absolwentów antwerpskiej uczelni starając się wyłapać przyszłe gwiazdy i przyznając swoją własną nagrodę Coccodrillo Award (Coccodrillo to nazwa ich butiku). Jednym z ich najnowszych odkryć jest marka WeberHodelFeder, szwajcarsko-niemieckie trio, absolwenci antwerpskiej Katedry Mody. Zatem książka FootPrint. The Tracks of Shoes in Fashion nie jest klasycznym albumem z wystawy, ale zbiorem tekstów i wywiadów z twórcami wybranymi przez Geerta i Eddiego, z którymi mieli okazję współpracować często od samych początków i w szczególny sposób zapisali się oni w ich wspomnieniach.

Książka została podzielona na sześć części. W pierwszej, The Foundations, poznajemy tych, którzy wywarli największy wpływ na kolejne pokolenia projektantów butów: Roger Vivier, Salvatore Ferragamo i Manolo Blahnik. Część druga to Freedom&Fantasy, czyli osobowości takie jak Patrick Cox, Jean Paul Gaultier, Terry de Havilland, Tokio Kumagaï oraz Robert Clergerie. Trzecia część – Testing the Limits – to Belgia: A.F.Vandevorst, Ann Demeulemeester, Martin Margiela, Jurgi Persoons i Dirk Bikkembergs. Lines of Beauty w części czwartej reprezentują Dries Van Noten, Stephen Jones, Tabitha Simmons oraz Romeo Gigli. Część przedostatnia – The Body and Power – to Azzedine Alaia, Helmut Lang, Nicholas Kirkwood i Pierre Hardy, a ostatnia – On the Streets – Raf Simons, Giuseppe Zanotti, Prada, Gianvito Rossi oraz WeberHodelFeder.

FootPrint-02

Buty: Jurgi Persoons, SS 1997, but-obcas z drewna i skóry lakierowanej, jest to reprodukcja sandałów z lat pięćdziesiątych. Foto: MoMu / Frédéric Uyttenhove.

Obok Tokio Kumagaï moim odkryciem był Patrick Cox. Wspominałam o nim niemal rok temu na fanpejdżu. Po pierwsze dlatego, że w końcu zrozumiałam część koszmaru obuwniczego widocznego na polskich stopach, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych. Jeśli klikniecie na stronę kolekcji VAM (KLIK), zobaczycie, o czym mówię. Zaprojektowane w 1993 roku  buty ,,Wannabe” były hitem sprzedażowym. Napisać, że sprzedawały się jak świeże, gorące bułeczki to mało. Pięć lat po premierze sprzedaż osiągała 30 000 sztuk. Nazwisko Cox było synonimem sukcesu. Co z tego, że – według mojej skromnej opinii – szkaradne? Podobno nieziemsko wygodne uwiodły samą Rei Kawakubo, która kupowała je w ilościach niemalże hurtowych. Patrick Cox w swoim bujnym projektanckim życiu projektował buty do pokazów Vivienne Westwood (w 1984) i Johna Galliano (w 1985 roku). Z tym drugim wiąże się komiczna historia o tym, jak Galliano zobaczył zaprojektowane przez niego buty i uznał, że są zbyt idealne. Ktoś zagadał Patricka, a Galliano wysłał modelki na dwór, żeby ubłociły buty. Delikatnie rzecz ujmując, pan Cox się zdenerwował, bo buty były nadal jego własnością, Galliano nie płacił za nie. Galliano ze stoickim spokojem odpowiedział, że to przecież „dizajnerskie błoto” (ang. designers mud). Sami zatem wiemy, że nie ma o co się wściekać.

Tę anegdotę opowiadał nam sam projektant, kiedy wspólnie z koleżanką z MoMu oraz dwoma studentkami przekopywałyśmy jego archiwum w poszukiwaniu tej właśnie pary butów zaprojektowanych dla Galliano. Muzeum wysłało nas na niemal cztery dni do Londynu na „prace w archiwum projektanta”. Brzmi dumnie, glamurowo i w ogóle, prawda? Praca ta polegała na grzebaniu w dziesiątkach kartonów i poszukiwaniu wybranych przez kuratora butów. Przekopałyśmy się przez jakieś setki, jak nie tysiące sztuk obuwia. Po całym dniu, pokryte kurzem, byłyśmy tak zmęczone, że ambitne plany odkrywania Londynu wieczorową porą spełzły na wybraniu knajpy z jedzeniem w drodze do hotelu i padnięciu na twarz. Także przy okazji pracowania nad zdjęciami do książki miałam i takie doświadczenie, które pokazało mi dwie rzeczy: po pierwsze, nie wszyscy projektanci mają uporządkowane archiwa. „Archiwum” jako określenie magazynu z kartonami to jednak nazwa zbyt dumna. I sprawa druga, grzebiąc w tych butach (a przy okazji znajdując stare zaproszenia na pokazy, wycinki z gazet czy kasety wideo, na których nie wiadomo, co jest) myślałam o tym, jaki promil pracy danego projektanta jest pokazywany w muzeach. I zazwyczaj są to jego lub jej najbardziej efektowne pomysły, „kroki milowe”, projekty słynące ze swojej fantazji i inwencji, a te zwyklejsze, nadające się do noszenia rzadko goszczą na kartach książek z „historii mody” czy na wystawach. I gdzie tu mamy „modę”? Aby jakieś zjawisko nazwać „modą” musi zaistnieć naśladownictwo – bez tego nie ma mowy o modzie. Pojedynczy projekt to unikat, a nie „moda” czy „modna rzecz”. Zatem o ile buty „Wannabe” Cox’a są ważnym elementem historii projektowania obuwia, to buty zaprojektowane dla Galliano wykorzystane jedynie na pokazie to unikaty (choć jako obiekt wytworzone są w ramach systemu mody, czyli systemu łączącego projektantów, modelki, magazyny modowe, dziennikarzy, fotografów, producentów, dystrybutorów i reklamujących dane produkty, którzy w całości przyczyniają się do tego, że dana rzecz staje się pożądana przez grono klientów i wznosi w górę słupki sprzedaży). Pomyślcie też o Husseinie Chalayanie. Od lat projektuje kolekcje, ale to, co pokazywane jest w muzeach to jego najbardziej konceptualne kolekcje, niekoniecznie takie, które są potem w sprzedaży. Oto zagwozdka dla kuratorów wystaw modowych: co pokazać w muzeum, żeby pokazać „modę”?

Wracając jednak do książki. W negocjowaniu cen zdjęć przydało się moje doświadczenie z życia na uczelni oraz porzuconej kariery w korporacji. W tych organizacjach często się zdarza, że skierowana do kogoś po raz pierwszy prośba z automatu dostaje odpowiedź „nie”. Nie należy się jednak zniechęcać, bo tak do trzeciego „nie” znaczy to tylko, że komuś nie chce się zająć naszą sprawą. Tak przygotowana nie dałam się zniechęcić brakiem odpowiedzi na mojego maila, czy zaporową ceną zdjęcia. Nie zawsze szło gładko, ale w ramach ćwiczeń z cierpliwości skrzyżowanych z wiedzą o budżecie i terminie deadlinu, czasem jednak ktoś zgadzał się na zejście z ceny 500 funtów do 250, 150 czy nawet do zera. Właśnie, bo takie mniej więcej są ceny za zdjęcie od Wielkiego Nazwiska. Co wyjaśnia jasno wybór zdjęć w polskich publikacjach: po prostu zapora finansowa jest nie do przeskoczenia.

Negocjowanie ceny to nie wszystko. Na publikację zdjęcia musi zgodzić się nie tylko fotograf/ka, ale i osoba pokazana na zdjęciu. Jeśli na zdjęciu są dwie modelki, a jedna z nich nie zgodzi się na publikację, to zdjęcie nie zostaje umieszczone w książce. Jeśli na zdjęciu jest Madonna, a jej agent mówi „nie” to znaczy „nie” (i tu wyjątek potwierdzający regułę: „nie” agenta gwiazdy zawsze było ostateczne). Szkoła negocjacji, reklamy projektu i dyplomacji równocześnie. Zdjęcie nagiej Madonny ubranej w buty zaprojektowane przez Roberta Clergerie niestety nie weszło do książki.

Wśród zebranych w książce nazwisk również Romeo Gigli jest osobą, którą warto przywrócić pamięci. W książce tak mówi o sobie: „Nigdy nie podążam za trendami, nie lubię magazynów mody. Próbowałem projektować to, co podpowiadała mi wyobraźnia, dla dziewczyn, które chciałbym spotkać”. Projektował płaskie buty damskie, bo nie lubił stukotu wydawanego przez szpilki, wolał widzieć, jak dziewczyna wchodzi do pokoju w ciszy. Gigli to kolejna osoba, o której mało kto pamięta, bo jego sukces dział się w czasach przed rewolucją internetową, a dominując narracja w historii mody dotyczy przede wszystkim ubrań (choć w ostatnich latach wystawy o butach rozkwitały jak grzyby po deszczu, więc jest szansa na poszerzenie naszej wiedzy w tym zakresie).

Podczas przygotowania książki niektórzy projektanci chcieli mieć kontrolę nad każdym słowem, stroną i zdjęciem, inni – pozostawiali autorom dowolność. Czasem każde zdjęcie trzeba było ostro negocjować, czasem cały zestaw był za darmo. Czasem dochodziło do takich odkryć, że przypisane Helmutowi Newtonowi w książce z lat dziewięćdziesiątych zdjęcie, okazywało się nie być jego zdjęciem, a Fundacja zajmująca się spadkiem po Newtonie była lekko zdumiona, że ktoś owo zdjęcie przypisał właśnie Newtonowi (i wierz tu potem w przypisy…).

Szczególnym rozdziałem w książce jest ten poświęcony Margieli. Martin Margiela bardzo rzadko udziela wywiadów, żeby nie napisać – wcale. Niewiele osób wie, jak wygląda, podobno prowadzi teraz spokojne życie. Naprawdę trudno zrobić z tego newsa. Znajomość wspomnianych wcześniej Geerta i Eddiego z Martinem datuje się wstecz aż do roku 1984, kiedy to Margiela zaprezentował im swoją kolekcję butów, którą zaprojektował pod własnym nazwiskiem. Jego kariera rozpoczęła się bowiem od projektowania butów. Tak rozpoczęła się ich wieloletnia współpraca i przyjaźń. Kilka lat później, w kolekcji SS1989 pojawiły się modelki, które na stopach miały japońskie buty tabi. Podeszwy tabi przed wyjściem na wybieg były zanurzane w czerwonej farbie, a modelki spacerowały w nich po wybiegu pokrytym białą tkaniną. Ten motyw został wykorzystany na okładce książki, żeby upamiętnić ową kolekcję i przełom, jakim była kolekcja Margieli. Tabi stały się rozpoznawczym znakiem jego kolekcji i – jak stwierdził Geert Bruloot – były to jedyne buty sprzedawane w jego butiku, których duże, komercyjne firmy nie kopiowały. Próby skopiowania tabi szybko się kończyły, bo jest to but trudny do wykonania, a dla Margieli tabi produkowane były we Włoszech, ponieważ tylko włoskie rzemiosło i wiedza sprostało temu pomysłowi.

FootPrint-03

Buty: Maison Martin Margiela, SS 1996, skórzane buty tabi z okrągłym obcasem. But składa się z samej podeszwy, był mocowany do stopy za pomocą dołączonej do opakowanie taśmy klejącej. Foto: MoMu/ Frédéric Uyttenhove

Buty o książkach są różne. Często katalogi z wystaw i albumy sprowadzają się do pokazywania pięknych obiektów, ale pozbawione są indywidualnego rysu ich twórców. Opis buta streszczony w nazwisku jego twórcy i sezonie kolekcji pozbawia nas wszystkich smaczków, wspomnień i wiedzy na temat niezwykle kreatywnego procesu powstawania obuwia. FootPrint… to subiektywna i selektywna opowieść pasjonatów obuwia, łączących znajomość branży, wyrobiony smak i nutę szaleństwa. Polecam Wam tę książkę, jeśli kochacie buty, ale nie tylko „miłością zakupową” i pragnieniem wypełnienia kolejnej półki nową parą, ale jeśli kierujecie się chęcią poznania tych jakże uwodzących nasze stopy obiektów.

* * *

„FootPrint. The Tracks of Shoes in Fashion”, Geert Bruloot, Hettie Judah, Dodi Espinosa; Lannoo 2015 (KLIK)

P.S. Tak, po pracy nad tą książką nadal mogę patrzeć na buty, a zanurzenie w świecie butów przez pięć miesięcy rzeczywiście zmienia podejście przy zakupie kolejnej pary na bardziej wybredne.