Czar Chanel

18 czerwca 2016

Nigdy nie potrafiłam przekonać się do Chanel. Czytałam jej biografie, oglądałam filmy, patrzyłam na kreacje na czele z „małą czarną” i nic. Nic we mnie nie drgało. Obraz chimerycznej, twardej, koszmarnie wymagającej, sarkastycznej, a także marudnej kobiety to wizerunek Gabrielle Chanel od dawna goszczący w mojej głowie. Ok, zgadzamy się, że „moda to nie sztuka”, widać pewną płaszczyznę porozumienia, ale to coś na kształt współpracy z osobą, która wprawdzie jest specjalistą w swoim fachu, ale osobowościowo jest na diametralnie odmiennym biegunie. Po godzinach wspólnej pracy oddychamy z ulgą, że możemy się się od niej uwolnić.

Jest jednak i druga strona tego obrazu: niedopowiedziane historie, mgiełka tajemnicy, kpiący uśmiech (i wiesz, że to z Ciebie) i rosnący w głowie znak zapytania, kim jest naprawdę ta kobieta, której sprawiająca wrażenie betonowa osobowość tworzy tak ulotne kreacje. Jak to się stało, że osierocona dziewczynka wstrząsnęła garderobą kobiet dwudziestego wieku, a jej legenda do dziś oddziałuje na wyobraźnie kolejnych pokoleń? Kostyczna, nieprzystępna, ostra, ale równocześnie uwodząca mężczyzn, klientki i przyjaciół.

W pole „szukaj” na blogu wpisuję „Chanel”. Wyskakuje zupełnie sporo tekstów, w których projektantka się u mnie pojawiła, czy to w roli głównej, czy mniej głównej. Książki, filmy, wystawy. Sporo. Co jakiś czas przypomina o sobie, nie pozwala odejść w zapomnienie. I tak powstaje kolejny wpis o tej postaci. Dziś to książka „Czar Chanel” napisana przez Paula Moranda w 1976 roku, niedawno wydana w Polsce przez Wydawnictwo Literackie. Na obwolucie książki czytamy, iż tak zachwyciła ona krytyków, że nazwali ją „wielkim świętem literatury, prawdziwym klejnotem”. Dwadzieścia lat po premierze Karl Lagerfeld dopełnia historię Chanel własnymi ilustracjami i tak powstaje opowieść, którą czterdzieści lat od wydania trzymam w swoich rękach (fizycznie, choć książkę można nabyć także jako e-book).

IMG_0098

Przemaglowana w biografiach i filmach, czy kolejna praca o Chanel może nas czymś zaskoczyć? Okazuje się, że tak. Paul Morand poznał Chanel w latach dwudziestych XX wieku. Ale dopiero kilka dekad później projektantka opowiada mu o swoim życiu, Morand to spisuje i wydaje. I wychodzi z tego lektura niezwykle autentyczna. Wartki język Chanel, jej cięte uwagi, pracoholizm, perfekcjonizm, świadomość siebie i poczucie własnej wartości połączone z diagnozą obserwowanego przez nią świata mody dają nam niezwykle żywy obraz osoby, której daleko do spiżowego pomnika. Niewątpliwa w tym zasługa dobrego tłumaczenia, ale przede wszystkim literackiego słuchu Moranda. Czytając książkę miałam wrażenie, że wraz z Autorem słucham uwag Chanel. Zwykle czytając książki biograficzne mam poczucie, że stoję i przyglądam się akcji z dystansu, takie subiektywne poczucie „bycia w książce” to naprawdę rzadkość.

Czy można zatem nie polubić kobiety, która twierdziła: „Oddałam ciału kobiet należną wolność; to ciało pociło się w galowych strojach, pod koronkami, gorsetami, bielizną, watowaniem” (s.7)? Która zdradzając „tajemnicę sukcesu” otwarcie mówi: „Tajemnica tego sukcesu jest taka, że koszmarnie dużo pracowałam” (s. 47)? Na pewno warto byłoby porozmawiać o jej podejściu do kopiowania jej kreacji – punkt, w którym nigdy nie zgadzała się z innymi projektantami, którym kopiowanie ich sukni spędzało sen z powiek. Ale nie Chanel. Ona o drżących przed kopiowaniem mówiła następująco: „Cóż to za skostnienie, co za lenistwo, co za urzędniczy gust, jaki brak wiary we własną pomysłowość, żeby bać się plagiatów!” (s. 173). Jestem bardzo ciekawa, co na ten temat mają do powiedzenia współcześni projektujący.

Można nie lubić jej za to, że narzuciła kolor czarny, który wbrew twierdzeniu o konieczności posiadania „małej czarnej” nie jest twarzowy dla wszystkich (na przykład pisząca te słowa wygląda w czerni na chorą i zyskuje +10 lat w ocenie innych). Można powątpiewać, czy aby na pewno nie lubiła skandali. Czytając jej opinie o klientkach „aniołach” można też zastanowić się, czy aby na pewno chciałybyśmy być jej klientkami. Można uśmiechnąć się pod nosem – myśląc o kreacjach Moschino – że w obawie przed śmiesznością nie wierzyła, że tkanina nadrukowana  w obrazki z filmów Disneya będzie nadawała się na ubrania.

Na wielu stronach książki mam podkreślenia, gwiazdki i szlaczki, żeby nie umknął mi żaden z Chanelowskich bon-motów. Najbardziej ten: „Moda nie jest sztuką to rzemiosło” (s. 172), którym można byłoby zdobić wejścia do sal, w których uczy się projektowania ubiorów. Tę myśl Chanel rozwija w kilku miejscach, ale ich poszukiwanie zostawiam już Wam.

Jak to więc jest z tą Chanel? Czy polubiłam ją bardziej? Nie, ale dzięki tej książce jej postać z dwuwymiarowej stała się trzywymiarowa. Nadal wymagająca, twarda i marudna, ale pełnokrwista. Jednak tym, co ją najbardziej uczłowiecza to jej osobiste wyznanie: „Po prostu stwierdzam, że dorosłam, przeżyłam i starzeję się samotnie” (s. 14). Z tym zdaniem idziecie przez całą książkę, nie da się od niego uwolnić, zapomnieć o sile tego stwierdzenia. Sięgnijcie po tę książkę, bo francuscy krytycy dając jej wysoką ocenę mieli swoje racje. Ja polecam.

* * *

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przesłanie egzemplarza recenzenckiego.

Link do książki na stronie Wydawnictwa KLIK

Link do fanpejdża Wydawnictwa KLIK