[Recenzja] Slow life. Zwolnij i zacznij żyć

20 marca 2017

Zacznijmy tak: nie przepadam za poradnikami, ale bardzo lubię i cenię Asię Glogazę, autorkę bloga Style Digger oraz autorkę książki Slow life. Zwolnij i zacznij żyć. Nie zawsze się zgadzam z jej poglądami, ale nie przeszkadza to mojej wieloletniej sympatii dla niej i szacunku dla pracy, którą włożyła w to, żeby być tu, gdzie dziś w swoim życiu jest. Poradniki ogólnożyciowe czytam z rzadka i bardziej z przypadku, ale książki Asi byłam ciekawa – oczywiście stawiając wyśrubowane wymaganie z gatunku „zaskocz mnie” i „proszę, tylko nie bądź jak hygge” (czyli spisek producentów świeczek, koców i agencji promocji Kopenhagi).

20170301_111738

Na wstępie chciałabym jeszcze zaznaczyć, że mam też nieco wątpliwości wobec części ruchów będących mieszaniną „wolnego życia”, „minimalizmu” oraz „uważności” i „życia chwilą”. Zasadniczo zgadzam się z podejściem, żeby pracować mniej i bardziej cieszyć się codziennością, chwilami z bliskimi i realizowaniem tego, co nas interesuje, ale wiem, że w polskiej rzeczywistości to nadal wizja dostępna nielicznym. Jednak podczas lektury Slow life… spróbowałam zawiesić mój standardowy optymistyczny sceptycyzm wobec lektury poradników. Optymistyczny sceptycyzm zakłada, że przeczytanie książki niczego w moim życiu nie zmieni i rzeczy same się nie zrobią, aczkolwiek jest spora szansa, że znajdę w niej coś dla siebie: coś, co może i czytałam wcześniej, ale dopiero teraz to do mnie dotrze, coś, na co spojrzę inaczej, coś, co mnie poruszy i zaskoczy. Nie wierzę, że rano wstanę i bojowo ruszę do zmieniania swojego życia, ale wierzę, że jedno zdanie może poruszyć proces myślenia, którego nie da się zatrzymać i który w efekcie za jakiś czas pozwoli nam znaleźć się w miejscu, o którym pomyślimy „wow!”.

Czytając różne wskazówki udzielane przez Asię mogłam na marginesie odhaczyć „robię to”, „hmm…”, „jestem na to za leniwa” (w wersji lepiej chroniącej własną samoocenę „to nie jest ten moment, żeby to zrobić”). Trudno było mi nie uśmiechnąć się przy jednym z moich ulubionych stwierdzeń z książki, a mianowicie: „kluczem do wewnętrznego spokoju i szczęścia jest polubienie swojego wewnętrznego dziwaka” (s.107). „Lista rzeczy, których (już) nie robię” to coś, co warto dla nas samych przygotować: zamiast „rzeczy do zrobienia” wypisać czynności, z których rezygnacja da nam poczucie oddechu (tak, dobrze myślicie, ograniczenie kontaktu z mediami społecznościowymi).

Jeśli zastanawiacie się nad kupnem tej książki, zajrzyjcie na końce strony, gdzie znajduje się Manifest Slow Life, czyli spisane w pigułce najważniejsze spostrzeżenia z całej książki. Przeczytajcie tę stronę i zastanówcie się, czy chcecie dowiedzieć się więcej. Może wystarczy Wam podstawowe wskazanie z Manifestu: „Pomyśl, co jest dla Ciebie ważne” i to będzie tą kroplą, która zacznie drążyć skałę?

Dla mnie ta książka jest ciekawa nie tylko z racji całej gamy podpowiedzi, które są i sensowne, i do zrealizowania w wielu przypadkach (choć może nie wszystkie naraz). Czasy mojego ogólniaka przypadały na drugą połowę lat dziewięćdziesiątych. Wiecie, co wtedy czytaliśmy za porady? Wtedy trzeba było „wykorzystać każdą chwilę” na – magiczne słowo – „samorozwój”. Pamiętam porady typu: nie marnuj czasu w tramwaju, przygotuj sobie fiszki ze słowami w obcym języku i powtarzaj je w trakcie podróży do szkoły. Wakacje? Praktyki, staże, wolontariaty. Wypełnij każdą chwilę ku chwale Kariery. Teraz mamy dokładną odwrotność tych zaleceń. Patrząc w przeszłość widzę, że całkiem wielu z nas udało się napompować tym superaktywnym podejściem do życia. Dzisiejsze propozycje z gatunku ‘slow’ to natomiast pokłosie kryzysu ekonomicznego sprzed lat kilku, którego konsekwencje odbiły się na życiu wielu ludzi tracących domy i pracę i zmuszonych do ponownej oceny tego, co jest dla nich naprawdę ważne. I tu mnie masz, Autorko książki, bo zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak poradniki reagują na zmiany w świecie społecznym. Idę jednak o zakład, że ktoś już o tym napisał.

Myślę, że dla wielu osób, które z własnej woli sięgnęły po tę książkę, może okazać się ona zachętą do podjęcia pierwszego kroku ku temu, żeby coś zmienić w swojej codzienności, która bardziej kłuje niż głaszcze. Dla osób, które są obecne wokół bloga Asi od lat, znają jej kolejne wybory życiowe, etapy przekształcania bloga, przeprowadzki i – oczywiście – uroczego Chrupka (to pies Asi), ta książka będzie jak rozmowa z dobrą koleżanką.

Publikując jakiś czas temu na fanpejdżu informację o tym, że właśnie dotarła do mnie książka od Wydawnictwa Znak, w krótkiej dyskusji padła taka uwaga krytyczna wobec tej książki: ona jest nieżyciowa. Po części rozumiem ten argument, ale dostrzegam też pewien element humoru w tym zarzucie. Bo „co taka blogerka, której się wszystko w życiu udaje, może wiedzieć o życiu?” – tak sobie myślę, że można ową „nieżyciowość” nazwać. Rzeczywiście, w książce Asi nie ma informacji o tym, jak sobie poradzić po śmierci bliskiej osoby, w trakcie rozwodu czy gdzie odnaleźć radość życia opiekując się obłożnie chorą osobą. Ale gdyby Asia odniosła się do takich problemów, to czy uznalibyście to za wiarygodną lekturę? To nie jest życie, które Asia od lat przedstawia na blogu i w jaki sposób buduje swoją wiarygodność. Dla mnie ta książka jest wiarygodna właśnie dlatego, że Asia nie kreuje się na osobę znajdującą poradę na wszystko, ale przedstawia te rozwiązania, które pomogły jej i z nami się nimi dzieli. Ta książka jest jak najbardziej „życiowa” – bo bazuje na życiu Asi. Ktoś inny mógłby książkę o slow life napisać inaczej. To natomiast jest wersja Asi i jako taka jest spójna.

Jeśli życie Asi wydaje się komuś zbyt ładne, łatwe i proste to po pierwsze – naprawdę byłabym ostrożna z takimi ocenami w stosunku do osób, których nie znamy. A po drugie, droga do zmiany w życiu niekoniecznie musi prowadzić przez poradnik. Jeśli szukacie przeżyć trudnych, sięgnijcie po Ganbare! Warsztaty umierania Katarzyny Boni – o tym, jak zmieniło się życie Japończyków po tragedii z 2011 roku, kiedy Japonia najpierw przeżyła trzęsienie ziemi, potem nadeszło tsunami, a następnie doszło do wybuchu reaktora jądrowego. Możecie też sięgnąć po autobiografię Andy Rotteberg Proszę bardzo, wybitnej kuratorki i krytyczki sztuki, która prywatnie musiała zmagać się z narkomanią syna, potem jego zaginięciem i śmiercią. Warto też obejrzeć Powidoki, ostatni film Andrzeja Wajdy, i zastanowić się nad sensem wierności swoim przekonaniom, którą to postawę reprezentuje Władysław Strzemiński, główny bohater filmu. Czytam teraz książkę wokalistki Amandy Palmer The Art of Asking i po prostu mnie zachwyca jej podejście bazujące na proszeniu ludzi o to, co jest nam potrzebne, i jej olbrzymim zaufaniu do ludzi. Czasem zaglądam też do krótkiego tekstu o tym, czego najbardziej żałują ludzie na łożu śmierci (klik) oraz do wywiadu z Leszkiem Kołakowskim sprzed kilku lat (klik). Przeczytanie jego wskazań życiowych od razu ustawia mi busolę na właściwy kurs. Rzecz w tym, że te wszystkie książki, filmy czy artykuły się nie wykluczają. W jednym momencie może nam być bliżej do Asi, w innym do Amandy. Jak skorzystamy z tych opowieści jest już wyłącznie w naszej gestii.

Wracając jednak do poradnika Asi: wśród różnych ćwiczeń do samodzielnego wykonania nad jednym zastanawiałam się szczególnie. Wydaje się, że jest to pytanie, na które odpowiedź powinna być lekka, łatwa i przyjemna. Pytanie owo brzmi: „Co robiłabyś, gdyby nie istniały ograniczenia finansowe, gdybyś mogła być kimkolwiek zechcesz, nie zważając na oceny innych?” Brzmi banalnie? Jasne, w końcu jest to pytanie z kategorii „pierwszy krok”. Mam taki jeden pomysł na przyszłość, którego realizacja jest z gatunku „jesteś stuknięta”. Nie jest niemożliwy, ale wymaga gigantycznego wręcz nakładu czasu, wysiłku i kosztów. To postawienie wszystkiego na jedną kartę bez stuprocentowej pewności, że się uda. Inwestycja wysokiego ryzyka. Ale nie to niemożliwe. Jeśli też macie taki pomysł na życie to warto zderzyć to marzenie z uczciwą odpowiedzią na pytanie „to dlaczego tego nie robisz”? Założenie jednak jest takie, że jest cień szansy na realizację, żeby uniknąć gdybania o rzeczach niemożliwych. Czasem cenna jest też informacja o tym, dlaczego mimo szansy na powodzenia (cienia szansy), nie decydujemy się na skok na głęboką wodę.

Myślę sobie, że bez względu na to, czy ktoś sięga po tę książkę, bo Asię zna i jej ufa, czy też nie może oprzeć się publikacji ze słowem ‘slow’ w tytule, to w wyciągnięciu ręki po tę książkę jest już pewna gotowość do wprowadzenia zmiany w swoim życiu. Rzecz w tym, żeby nie skupiać się na tym „ale u mnie jest inaczej niż u Asi” (bo choć uwaga ze wszech miar słuszna, to jak niby ma być pomocna?), tylko wybrać te fragmenty, które do nas pasują. Mnie dręczy pytanie z paragrafu powyżej, ale o co dokładnie chodzi, to przyznam się chyba tylko na rozpalonych węglach. Jestem jednak wdzięczna, że dałam się tym pytaniem sprowokować i nie odhaczyłam go pobieżnym „acha”.

Oczywiście, są sytuacje w życiu, że postulowane pięć minut dla siebie dziennie jest wyzwaniem, i to sporym. Są takie okresy, że nic tylko trzeba wbić zęby w ścianę, oczy podeprzeć zapałkami i zrealizować do końca zlecenie. Na myśl o „slow” nie ma miejsca. Najgorzej to jednak krytykować wszystko i nie robić nic. Dla takich przypadków moje współczucie oscyluje w okolicy wartości ujemnych.

Rozumiem też, że może niektórym trudno jest zaufać tak młodej osobie. Na pewno ktoś napisał już książkę o „wolnym życiu” i jest w wieku okołomatuzalemowym. Na pewno da się znaleźć.

Książkę Asi zatem polecam, ale tylko tym, którzy są gotowi na to, żeby coś zmienić w swoim życiu. Na pewno znajdziecie w niej coś, co Wam pomoże.

***

Dziękuję Wydawnictwu Znak za przesłanie egzemplarza recenzenckiego.

Strona Wydawnictwa (klik)

  • http://motyw-kobiety.miejsce-akcji.pl Motyw Kobiety

    Myślę, że odkryłam własny slow- a właściwie do tego powróciłam, bo przecież kiedyś były takie czasy, że tak żyłam :)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      No to pięknie, własny slow to podstawa :) Mnie niestety organizm zmusił do życia w wolniejszym tempie, ale po czasie (hmm… półtora roku….) zaczynam to sobie cenić. Chyba powinnam przeczytać książkę Asi jeszcze raz od początku, bo jestem odporną uczennicą ;)