[Gość] Pakowanie krynoliny

29 maja 2017

Autor: Piotr Szaradowski, Muzealne Mody (fanpage) (www) (instagram)

Tę książkę łatwo było przeoczyć (klik). Nie ma kuszącej, kolorowej okładki, nie była mocno reklamowana i nawet jeśli znajdziecie jej recenzje, niewiele Wam one powiedzą. A wydawałoby się, że do zachęty wystarcza sam tytuł, będący imieniem i nazwiskiem kojarzonym dziś z luksusem – Louis Vuitton. Tak się jednak nie stało. Pewnie w dużej części dlatego, że tego luksusu w książce nie ma wiele i dosłownie (nie jest to zachwycający album) i w przenośni (historia kończy się w latach 70., jeszcze zanim literki LV uzyskały towarzystwo w postaci dwóch kolejnych HM i powstał światowy koncern). Mało tego, sam założyciel firmy, Louis Vuitton, pracował dużo i ciężko nie poświęcając wielu chwil na gale, bale i wakacje. Po co więc sięgać do tej książki i po co wystukiwać literki na jej temat? Bo mimo wszystko warto.

Dolnośląskie

Foto: https://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie/oferta/literatura-faktu/louis-vuitton

Wydaje się, że moda XIX wieku jest już oswojona: krynoliny, tiurniury, narodziny haute couture itd. Jednak można opowiedzieć tę historię nieco inaczej, z innej perspektywy – z perspektywy pakowacza. Okazuje się, że jeszcze w I połowie XIX wieku wyruszając w podróż należało zamówić pakowaczy, którzy przede wszystkim zabezpieczali posiadane dobra, bo mówimy przecież o zamożnych ludziach, owe dobra posiadających. Rozwój kolejnictwa powodował, że dystanse między miastami się skracały, a tym samym rosła częstotliwość podróży. Z czasem pojawił się również pomysł, by pojechać do jakiegoś miejsca, by je zwyczajnie zwiedzić. Po prostu turystyka w naszym rozumieniu do tej pory nie istniała. Zmiana myślenia o podróżowaniu pociągała za sobą zmianę myślenia o pakowaniu. I tutaj jest miejsce na Louisa Vuittona, który był zafascynowany zmianami i śledził je uważnie i przez to odgadywał potrzeby klientów. Bycie liderem na rynku oznaczało nie tylko dużą presję, ale i uciążliwość kradzieży pomysłów. Można było oczywiście opatentować własny wzór tkaniny, lecz niestety nie przeszkadzało to nieuczciwej konkurencji. Można pomyśleć sobie: co kopiować? Przecież kufer to kufer. I na tym właśnie polega dobrodziejstwo tej biografii. Pozwala ona zrozumieć, że nawet sam kształt kufra nie był oczywisty – trzeba dopiero było go dopasować do miejsca w wagonach kolejowych czy automobilach. Można jeszce wymyślić łóżko polowe składane tak, że ostatecznie nie różni się od innych kufrów. Zaprojektowanie  wewnątrz kufra miejsca na drobiazgi także nie było oczywiste. Jest też kwestia zamka i szyfru do niego. No i sam surowiec – przecież kufer nie powinien być zbyt ciężki sam w sobie, ale jednocześnie powinien być solidny, by chronić zawartość. To tylko część wiedzy, jaką możemy posiąść czytając historię Vuittonów.

W swoim życiu czytałem kilka pozycji na temat Charlesa Fredericka Wortha, a jednak w żadnej nie znalazłem wzmianki o Louisie Vuittonie. Tymczasem w biografii pakowacza i producenta kufrów słynny Anglik pojawia się kilkakrotnie i to jako – uwaga – przyjaciel (!) Louisa. Panowie się podobno znali i wymieniali informacjami na temat prowadzonych biznesów. W podobnym wieku i w podobnym czasie (lata 50. XIX w.) postanowili odejść od dotyczasowych pracodawców i założyć własne firmy. Oboje mieli potomków, którzy kontynuowali ich drogę. Co ciekawe, w firmie Francuza zachował się rodzaj kroniki. W połączeniu z relacjami żyjących członków rodziny udało się autorce biografii opowiedzieć także historię syna Louisa – Georges’a, który zdominowany był przez ojca,  który próbował walczyć o swoją niezależność i samodzielność. Stanowi to kolejną warstwę historii firmy oraz czyni ją bardzo żywą. Dom mody Wortha wypada na tym tle słabiutko. Mamy informacje o klientkach, o ekscentrycznym zachowaniu Anglika, sukniach, ale w rezultacie nie wiemy o nim wiele. Wspomnienia wydane przez Jeana-Philippa są w zasadzie pochwałą dokonań ojca. Oczywicie miło się to czyta, ale bohater pozostaje raczej papierowy. Takie jednak jest prawo legend. Ostatecznie bowiem, mimo wszystko, to Worth jest legendą, a Louis Vuitton, który żyje w nazwie marki pozostaje w cieniu. Może Vuitton sam sobie jest winien, że nie bywał w towarzystwie tak, jak projektant. A może po prostu bycie pakowaczem (później wytwórcą kufrów) to jednak nie to samo co artysta? O Worth’cie wiemy, że potrafił pracować „pod natchnieniem” – jak to artysta, a Vuitton wykonywał fizyczną pracę w warsztacie. Kufry nie cieszyły się też takim prestiżem i zainteresowaniem jak balowe suknie.

Sięgając po biografię rodziny Vuitton można przeczytać niemal alternatywną historię mody XIX wieku. Nie znaną tak powszechnie, a przez to naprawdę ciekawą. Bedę jednak szczery – początkowo saga rodu szła mi dość opornie. Nie czyta się jej gładko. Na szczęście w pewnym momencie to się zmienia. Warto więc czytać dalej i dalej, tym bardziej, że autorka pokazuje również nie będące powodem do dumy poczynania Vuittonów podczas II wojny światowej. Kończy się w momencie, w który część czytelników zapewne widziałaby właśnie początek historii. Dowiadujemy się bowiem jak firma trafiła do Bernarda Arnault. To za jego rządów stała się absolutnie światową firmą.  Mnie jednak ten brak nie przeszkadza. Skupiam się raczej na tym, że książka ta ujawnia ciekawą perspektywę na wiek XIX, który potrzebuje tego bardzo. Ileż razy można słuchać/ czytać o krynolinach? Choć raz zobaczmy jak ktoś pakuje je do kufra. I to nie byle jakiego, bo pochodzącego z warsztatu Louisa Vuittona.

Louis Vuitton. Francuska saga, Stéphanie Bonvicini, Wydawnictwo Dolnośląskie 2015